PRZEMYSLAW CZAPLINSKI
Trzy razy to
Rzadko czytam poezje, z oporami, zawsze pelen obaw, ze
moje drewniane ucho nie wychwyci jakichs istotnych modulacji
glosu, zroznicowan tonu, gry sensu ukrytej we frazie. Ale
moze dzieki rzadkiemu czytaniu udaje mi sie zachowac swiezosc
reakcji: nudne wiersze czuje jako nudne, piekne jako piekne.
Wrazenia pozostaja nie zamazane - troche jak u widza, ktory
oglada filmy raz na tydzien, wiec podczas horrorow odczuwa
prawdziwy strach, a podczas romansow prawdziwe wzruszenie.
Byc moze wiec moja lektura najnowszego zbiorku wierszy Milosza bedzie malo subtelna i niezbyt uczona, ale chyba nie sklamana.
Najpierw jest tytul - To. Tytul tak intrygujacy, ze nie pozwala wejsc do srodka ksiazki bez namyslu. Zatrzymani przez zwykly zaimek wskazujacy nagle uswiadamiamy sobie, ze wlasciwie caly swiat istnieje dzieki temu slowu. Kiedy je wymawiamy, byt pojawia sie przed nami i trwa, jak okiem siegnac. Male "to" zawiera tez w sobie nasza ludzka chciwosc, chec posiadania calosci - od razu, hurtem, bez reszty. "To" jest przeciez jak zamach na caly swiat: zagarnia wszystko, co miesci sie w zasiegu slowa i wzroku, oznacza pragnienie, by zagarnac wiecej niz mozna miec. Ale zdradza tez nasza bezsilnosc: swiat jest bowiem jak sezam, ktory oddaje swoje bogactwo tylko na dzwiek imion wlasnych. Trzeba wiedziec, czego sie chce, aby moc to cos dostac, wiec kto mowi "to" - nigdy nie bedzie wiedzial, czy zostal nasycony.
Czy jest wyjscie z tego konfliktu, w ktorym pragnienie wszystkiego rozbija sie o nasza bezsilnosc, a pozadliwosc przerasta mozliwosci spelnienia? Jest i tkwi w samym tym slowku - pojmowanym juz nie jako zagarniecie calosci, lecz jako wskazanie jednej konkretnej rzeczy. Dzieki temu slowu cos, wlasnie jakies "to", zostaje wyroznione, jakby wyciagniete z tla i dotkniete. Jeszcze nie zabrane, jeszcze obce, nie zawlaszczone przez czlowieka, ale wstepnie oswojone.
Dzieje sie tak dlatego, ze zaimek "to" laczy. Laczy osobe wskazujaca i rzecz wskazana, ale takze zwyklosc z czyms niepojetym, oczywistosc ze zdziwieniem, trywialnosc z niewyrazalnoscia. Poslugujemy sie wszak tym slowem w dwoch sytuacjach. Raz wtedy, gdy wskazujemy na cos w zasiegu reki, cos podrecznego, dotykalnego, tak zwyczajnego, ze jakby niewartego osobnej nazwy: mowimy "podaj to", "zrob to", "przepisz to" - i gest uzupelniajacy starczy za wszystko, bo rzecz jest oczywista. Ale niekiedy "to" pojawia sie dlatego, ze brak nam slow: zagarnia wtedy cale istnienie, jak w pytaniu "co to jest?", albo sugeruje chec zrozumienia wszystkiego, jak w pytaniu "co to znaczy?". Male slowko TO oznacza wiec naoczna oczywistosc, ale i niewyrazalna tajemnice. Jest slowem z samego centrum sporu pomiedzy wola precyzyjnego nazywania i nadmiarem rzeczy, pomiedzy pragnieniem wszystkiego i mozliwoscia posiadania tylko czegos okreslonego.
Ktore z tych znaczen wykorzystuje Milosz w swoim zbiorku? Wszystkie.
Granice slowa
Zebym wreszcie powiedziec mogl,
co siedzi we mnie.
Wykrzyknac:
ludzie, oklamywalem was
Mowiac, ze tego we mnie nie ma,
Kiedy TO jest tam ciagle,
we dnie i w nocy
- takim wierszem zaczyna sie tomik. Dziwny to poczatek. Oto poeta przyznaje sie, ze pragnie dwoch rzeczy: sposobnosci do pelnego wyznania (zebym wreszcie powiedziec mogl) i wolnosci od wewnetrznego ciezaru (zebym wreszcie powiedziec mogl [...] ze tego we mnie nie ma). Zdanie mowi zatem, ze cos w poecie tkwi i ze tego czegos nie moze on wypowiedziec. Dzieki tej petli autor wzbogacil lekture wierszy o przygode intelektualna: czeka nas nie tylko spotkanie poetyckie, nie samo zdarzenie estetyczne, lecz cos w rodzaju sledztwa w poszukiwaniu odpowiedzi, dlaczego poeta nie mozna wypowiedziec tego, co prawdziwe.
Najpierwsza przeszkoda stojaca na strazy pelnego nazwania jest zakaz - calkiem realny, plynacy z wnetrza czlowieka, ktory wie. Wie wszystko. Tak przedstawia sie Milosz w swoim tomiku. A moze raczej nie siebie tak prezentuje, lecz poete. W jego utworach poeta to wlasnie ktos, kto poznal tajemnice ludzkiego istnienia, kto zostal obdarzony mroczna tajemnica. Obdarzony i obciazony, bo tajemnica dotyczy grozy koniecznosci, nieuchronnosci ludzkich przeznaczen - wiedzy o calkowitej nieistotnosci naszych dazen, marzen, osiagniec, skoro i tak wszystko podszyte jest nicoscia. Tytulowe "to" oznacza wiec kamiennosc, bezlitosnosc swiata, smierc spoczywajaca pod powierzchnia zycia. Tego nie wolno wypowiedziec, poniewaz, jak pisze Milosz, nie moze podobac sie ludziom/ Ten, kto siega po zabronione. Ale rowniez i dlatego, ze prawdziwa groza znajduje sie jeszcze dalej - poza zasiegiem slow: [...] wyznaje, ze moje ekstatyczne pochwaly istnienia/ Mogly byc tylko cwiczeniami wysokiego stylu,/ A pod spodem bylo TO, czego nie podejmuje sie nazwac.
Poeta okazuje sie wiec istota podwojnie skazana. Wybrany przez jakas sile nadrzedna zostal obarczony tajemnica, ktorej - po pierwsze - nie wolno mu wypowiedziec, poniewaz odslanianie wszechobecnosci smierci odbiera nadzieje. Jak czytamy w wierszu Przemilczane strefy:
[...] nic nie upowaznia mnie
do wyjawiania rzeczy
zbyt okrutnych dla ludzkiego serca.
Albo w tonacji nieco bardziej zartobliwej:
Skoro swiadomosc
rozne ma poziomy,
Na nizszy spycha mnie,
kto smiercia straszy
(Przeciwko poezji Filipa Larkina)
Nawet jednak, gdyby mogl wyznac wszystko, i tak nie potrafilby owej mrocznej tajemnicy do konca wyrazic. Kiedy wiec czytamy:
[...] TO oznacza natkniecie sie na kamienny mur,
i zrozumienie, ze ten mur nie ustapi zadnym naszym blaganiom
(Przeciwko poezji Filipa Larkina)
rozumiemy, ze Miloszowi chodzi o granice doswiadczen i granice ekspresji. Groza pojawia sie bowiem nie tam, gdzie rozposciera sie smierc, lecz tam, gdzie nie siegaja slowa - gdzie czeka na nas cos nienazywalnego.
Imiona zachwytu
Byc moze w tym, co zostalo wczesniej powiedziane, nie ma jeszcze nic niezwyklego. Bo przeciez podobnych wyznan, zastrzezen i pouczen bylo mnostwo i malo kto z nas sklonny jest przejmowac sie nimi. Tomik Milosza nie nabiera nas jednak na tani patos niewyrazalnej smierci. Bo najistotniejsze w tych wierszach rozpoczyna sie dopiero wtedy, gdy Milosz zastrzegl, ze nie podejmuje sie nazwac tego, co jest pod spodem. I calkowicie zmienia tonacje - z mrocznej na nostalgiczna. A takze temat: wyznanie niemocy ustepuje wyznaniom uczuc.
I teraz odslania sie drugi obszar niewyrazalnego - tym bardziej niepojety, gdy przeczytalismy wiersz poczatkowy. Jest to obszar ekstazy, zachwytu istnieniem. Przechodzimy wiec do niezrozumialego doswiadczania radosci istnienia - do wierszy, ktore swiadcza o niewytlumaczalnym odruchu wybierania zycia pomimo swiadomosci smierci. Tu wlasnie wylania sie przed nami TO ekstatyczne: nie dajacy sie wyrazic swiat, tym piekniejszy, tym bardziej pociagajacy, im bardziej pojedynczy, a w swej pojedynczosci nienazywalny. Tajemnica okazuje sie tutaj wszystko, co przezyte, doznane, doswiadczone. Przedmiotem poezji w tym zakresie nie jest zycie w ogole, bo to stanowi - jak pisze Milosz - material mydlanej opery; poezja jest od mnogiej pojedynczosci, przemieniajac rzeczy doznane w rejestr zachwytow (w tomiku znalazla sie krotka seria wierszy pod znaczacym tytulem O!, stanowiacych zapis spotkan z obrazami malarskimi).
Istotna wydaje sie wspomniana pojedynczosc. Jest to jeden z podstawowych watkow poezji Milosza - tym piekniej wiec utwory z To komponuja sie z tekstami wczesniejszymi, dopowiadajac do nich jedna, calkiem prosta rzecz. Staraniem poezji powinno byc nazwanie pojedynczosci, wyrazenie tego, co indywidualne, poniewaz ogolne, powszechne, zbiorowe to domena rozmaicie pojmowanej smierci. Pisze Milosz:
Liczba zarzadza
Ksiaze Tego Swiata,
Pojedynczoscia ukryty Bog wlada,
Pan poratowan i sprawca wyjatku
(Jeden i wiele)
Mowiac inaczej: jedyny sposob, w jaki poezja moze cokolwiek ocalic, to nadawanie sensu, to zas nie jest mozliwe bez nadawania imion. Tak chyba mozna rozumiec rozdzielenie Liczby od Jednostki - jako obowiazek nazywania konkretu nalozony na poezje.
Towarzyszy temu niezwykle prosta - wlozona przez Milosza w usta innego poety - skarga na niewydolnosc jezyka:
Jestem bardzo stary
i razem ze mna
znikna slowa niewymowione,
W ktorych mogly miec dom
osoby dawno umarle.
A ja nie umiem sprawic,
zeby ukazaly sie
Z ich tylko owalem twarzy,
ksztaltem brwi, kolorem oczu,
I wedruja gdzies
dolina przemijania,
Ledwie ze osobne
w nieogarnionym tlumie
Wiekow, jezykow, pokolen
(Osoby)
Jesli bowiem slowo oddaje sprawiedliwosc pieknu istnienia, tedy brak slow czyni byt ubozszym.
Jezyk pragnien
W jezyku magicznym "to" zastepuje rzecz, ktorej nie wolno nazwac - taki jest pierwszy sens tytulu Miloszowego zbiorku. Sens drugi wiaze sie z genezyjska moca jezyka, ktory powoluje do istnienia dzieki nazywaniu; "to" zastepuje imie wlasne, ktorego nie udalo sie znalezc. Ale jest jeszcze inny jezyk, w ktorym zaimek "to" sygnalizuje istnienie kogos w nas - istoty, ktora uzewnetrznia sie wylacznie poprzez pragnienia.
Wlasnie dzieki temu jezykowi - choc w szczegolny sposob wykorzystanemu - pojawia sie w wierszach Milosza trzeci, najbardziej moze zaskakujacy obszar niewyrazalnego - pozadanie. Pozadanie wszystkiego: swiata, zycia, piekna, zachwytu, lecz takze drugiego ciala, kobiet. Pisze Milosz:
Moje uszy coraz mniej slysza
z rozmow, moje oczy slabna,
ale dalej sa nienasycone.
[...]
Kazda podgladam osobno,
ich tylki i uda,
zamyslony, kolysany
marzeniami porno.
Stary lubiezny dziadu,
pora tobie do grobu,
nie na gry i zabawy mlodosci.
Nieprawda, robie to tylko,
co zawsze robilem,
ukladajac sceny tej ziemi
z rozkazu erotycznej wyobrazni.
(Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanka whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis)
Okazuje sie zatem, ze u zrodel poezji lezy nienasycenie. Ono jest najpelniejszym sposobem doswiadczania, dlatego ze wytwarza pragnienie najwiekszej powierzchni styku miedzy czlowiekiem i swiatem albo dlatego ze jest objawem pozadania, a wiec checi pochloniecia swiata, odbierania go wszystkimi zmyslami.
Jaka jednak w tym wszystkim rola poezji? Czy ma ona - po prostu - sluzyc wyrazaniu pragnien? To wcale nie byloby tak malo, jesli pamietac, ze uczucie zaplata nic pomiedzy czlowiekiem i innoscia i ze owa innosc staje sie wyzwaniem dla poetyckiego nazwania. Ale w wierszach Milosza gra z pozadaniem jest jeszcze bogatsza. Przekonuje on bowiem, ze to wlasnie nienasycenie popycha do poezji: niejawna, niejasna, niewytlumaczalna sila przemienia pisanie w poscig za pragnieniem. To nie pozadanie wiedzy podsyca istnienie, lecz pozadanie swiata. Poeta okazuje sie wiec w ostatecznosci ten, kto nie przestaje pozadac wszystkiego i kto nie ustaje w probach nazwania swoich pozadan.
TO znaczy wiecej
Wiersze Milosza wchodza od razu - szturmem i w calosci - do zbioru najwazniejszych tomikow lat 90. To nalezy postawic obok Plaskorzezby Tadeusza Rozewicza, Epilogu burzy Zbigniewa Herberta, Konca i poczatku Wislawy Szymborskiej, Mojego dziela posmiertnego Jaroslawa Marka Rymkiewicza, a takze wierszy Wojciecha Wencla, Marcina Swietlickiego, Jacka Podsiadly czy Krzysztofa Koehlera. Co decyduje, ze bez wahan i namyslow, w pierwszym odruchu potwierdzanym przez glebszy namysl uznajemy range tych wierszy? Najprosciej byloby powiedziec, ze to jest prawdziwa poezja. Ale to ogolnik, wiec starcza na rozmowe wsrod znajomych, ktorzy rozumieja sie w dwoch slowach. Obowiazkiem krytyki literackiej jest jednak tlumaczenie emocji na racje, rozbudzanie glodu lektury, odslanianie wielosci porzadkow przenikajacych dzielo, udzielanie radosci plynacej z odkrywania nieskonczonego procesu czytania.
Gdyby wiec chciec nazwac wartosc poezji Milosza, nalezaloby powiedziec, ze jest prawdziwa z wielu powodow. Decyduje o tym, po pierwsze, madrosc. Nie wiedza, nie wiadomosci, nie pouczenia, lecz madrosc, czyli zdziwienie swiatem wyrazane w zdaniach nieostatecznych. Po wtore szczerosc - posunieta daleko, najdalej sposrod wszystkich dotychczasowych tomikow Milosza, nawet ekshibicjonistyczna, ale zarazem nigdy samoswoja, nigdy w siebie zapatrzona, sobie wystarczajaca; jest to zawsze szczerosc bogata, spleciona z komentarzem, sluzaca poecie do przygladania sie temu, co w nim wlasne i powszechne, indywidualne i ludzkie, od razu przeksztalcana w refleksje. Po trzecie, gra z pozadaniem: Milosz pragnie wszystkiego, ale wlasnie dlatego jego pozadanie ma wiele imion, a kazde z nich odkrywa nieskonczone bogactwo uczuciowych powiazan ze swiatem; te wiersze poszerzaja wiec nasz slownik (pozadanie, pragnienie, tesknota, milosc, marzenie, lubienie, rozmilowanie), lecz takze ubogacaja nas wewnetrznie, pomagajac odkryc nam w samych sobie mnogosc tesknot. I wreszcie po czwarte - a z punktu widzenia rozwoju poezji moze najwazniejsze - najnowszy tomik Milosza pokazuje, ze mozna pogodzic styl wysoki z intymnoscia, ze mozna mowic o rzeczach waznych bez popadania w patos, o rzeczach prywatnych bez zeslizgiwania sie w trywialnosc. Wiecej nawet: ze mozna mowic o tym wszystkim w jednym stylu, ktory zachowuje prostote, a zarazem nie traci nic ze swej lekko podwyzszonej tonacji. W ten sposob Milosz godzi swoim tomikiem dwa style, ktore w polskiej poezji lat 90. stanely na biegunach: po jednej stronie mielismy klasykow, ktorzy doskonale opanowali styl wzniosly, lecz zamkneli zycie w sferach gornych (kontemplacji, sluchania muzyki, ogladania obrazow, zwiedzania miast); po drugiej stronie natomiast rozlokowali sie intymisci (barbarzyncy, poeci ekspresji), ktorzy potrafili wyrazic najdrobniejsze doznania zycia codziennego, najmniejsze drgnienia emocji, lecz za cene eliminacji calej sfery metafizycznej. Milosz nie stworzyl nowego stylu; raczej przypomnial, ze ten styl - styl pojemny - istnial w jego poezji od dawna. A przy okazji wskazal na kilku innych poetow, ktorzy rowniez poslugiwali sie stylem zdolnym pomiescic refleksje i liryke, filozofie i formy intymne.
Przez to "wskazanie na innych" nalezy rozumiec jeszcze jeden watek zbiorku Milosza. Oto w jego wierszach pojawiaja sie rozmaicie skomponowane "glosy wielkich poetow": Larkina, Lowella, Herberta, Rozewicza, Iwaszkiewicza. Kazdy z nich staje sie partnerem poetyckiego dialogu, wystepujac w imie racji, ktore wcielal w swoje wiersze. Tego rodzaju polemiki Milosz uprawial od dawna, tu jednak - bodaj po raz pierwszy - bawi sie w podrobki poetyckie. Pastisze tworzone przez Milosza - pozbawione agresji, cechujace sie lagodna ironia - sa dowodem klasy: klasy poety, ktory ma ucho wyczulone na najdrobniejsze niuanse cudzej sztuki poetyckiej, lecz takze klasy czlowieka, ktory potrafi uznac wielkosc innego.
Ale i na tym nie konczy sie bogactwo zbiorku To. Nalezaloby przeciez dodac - bardzo wazne, dostrzezone i docenione przez krytyke o nastawieniu religijnym - wiersze konfesyjne Milosza, w ktorych poeta wyznaje wiare i przyznaje sie do watpienia, rozmawia z Bogiem i planuje wlasne zycie po smierci, opisuje swoje zycie z perspektywy Boga i patrzy na Boga z perspektywy czlowieka. I jeszcze ciepla ironia w wierszach sobie poswieconych, i pogodnosc wierszy smutnych, i podnioslosc radosnych... Tego tomiku nie da sie opisac w jednej recenzji. Wszystko, co mozna zrobic, to zaledwie dotknac kilku watkow, podzielic sie radoscia z lektury i oddac glos innym.
___________________
Czeslaw Milosz, To, Wydawnictwo Znak, Krakow 2000, s. 99 cena 12 dol. plus NY tax i 4.50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |