[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (3 listopada 2000)


JOZEF BARAN

Zmartwychwstanie Janusza Szubera

Wielkie odkrycie ostatnich lat w poezji polskiej: Janusz Szuber z Sanoka. Pisze wiersze juz od 1967 roku, ale zdecydowal sie je wyjac z szuflady dopiero 6 lat temu. I to za namowa kuzynki Grazyny Jarosz, doktora mikrobiologii w instytucie w Oslo, ktora pokryla koszty druku jego "piecioksiagu", czyli pieciu tomikow. Ukazaly sie drukiem prawie jednoczesnie - na przelomie lat 1995 i 1996 - w bibliofilskich nakladach: 350 egzemplarzy kazdy. Od tego momentu zaczyna sie blyskotliwa kariera spoznionego, 46-letniego debiutanta. Tomiki rozsylane przez niego badz przez jego znajomych do wybitnych poetow, pisarzy i krytykow - z wolna poszerzaja krag zwolennikow. Zachwycaja sie nimi Herbert i Milosz, Pankowski i Libera, Szymborska i Baranczak. Poeta dotad nieznany otrzymuje nagrody: im. Illakowiczowny i im. Sadowskiej (za debiut), Fundacji Kultury (1999) i Fundacji im. Turzanskich (Toronto). Dostaje tez nominacje do wyroznienia Paszport "Polityki". Powstaje o nim wiele entuzjastycznych recenzji i esejow. W prestizowych wydawnictwach ukazuja sie nowe zbiory Szubera, m. in. Biedronka na sniegu (a5), Chlopiec mieszajacy powidla (Znak). Co najwazniejsze, ten sukces poetycki wydaje sie byc jak najbardziej zasluzony.

Janusz Szuber przy blizszym poznaniu okazuje sie skromnym, bezpretensjonalnym czlowiekiem, ktoremu obce sa wszelkie artystowskie pozy i chimery... A przeciez to niezwykla osobowosc, i to nie tylko ze wzgledu na talent (talent bywa tez udzialem glupcow), lecz na styl, w jakim radzil sobie z bolem, cierpieniem, kalectwem. Swietny poeta porusza sie od lat na wozku inwalidzkim, a wiekszosc wierszy napisal walczac z okrutna choroba.

Sanoczanin z urodzenia Jan Skoczynski, autor ksiazek eseistycznych i wykladowca filozofii na Uniwersytecie Jagiellonskim, tak mowi o nim:

- Chodzilismy razem do gimnazjum. Potem stracilismy sie z oczu na cwiercwiecze. I oto jakies 6 lat temu Janusz przyslal mi do Krakowa swoj debiutancki tomik pt. Paradne ubranko, a za jakis czas - nastepny... Wiersze tak mnie zachwycily, ze postanowilem go odnalezc. Dowiedzialem sie, ze nie chodzi. A zapamietalem go jako wysportowanego mlodzienca, zawsze elegancko ubranego, przystojnego, wypielegnowanego przez mame. Pochodzil z bardzo dobrej inteligenckiej rodziny, w ktorej byl dziadek - filolog klasyczny i dyrektor gimnazjum w Sanoku, prababka - zalozycielka szkoly sredniej dla dziewczat, wujek - profesor uniwersytecki w Warszawie. Jego ojciec byl pilotem.

Szuber po latach sie zmienil, ale po przywitaniu z miejsca nawiazalismy intelektualny kontakt. Wcale nie trzeba bylo dlugo odnawiac znajomosci, ktora potem przerodzila sie w meska, dojrzala przyjazn. Choc probowalem go pytac o jego chorobe, niechetnie o tym mowil. Pewne fakty musialem odtworzyc z jego wierszy. Co moge o nim powiedziec? Na pewno jest to bardzo gleboki czlowiek, ktoremu los nie skapil najciezszych doswiadczen egzystencjalnych, i to w wymiarze ostatecznym... Powiem wiecej - to wielka postac, wielka osobowosc. Podziwiam, ze ten czlowiek skazany na wieloletnie lezenie i bycie czyms w rodzaju wegetujacej rosliny - zyje pelnia zycia. Nie chcialbym naduzywac pojec, ale w jego przypadku - jak pisalem o tym w pewnym okolicznosciowym felietonie na Wielkanoc - mamy do czynienia z rodzajem zmartwychwstania. Zmartwychwstania czlowieka skazanego - z punktu widzenia diagnoz lekarskich - na powolne konanie i unieruchomienie ciala. A w konsekwencji, gdyby on to przyjal - na unieruchomienie takze w sensie psychicznym. Tymczasem tworzy piekne, madre wiersze, uczestniczy w wielu inicjatywach kulturalnych, a nawet stal sie tu kims w rodzaju autorytetu, wyroczni. Otwiera wystawy, premier Buzek poswieca mu godzine na prywatne spotkanie, gdy przejezdza z wizyta na Podkarpacie! Ilez musialo byc uporu i odwagi w tym czlowieku, ze pisal przez cwiercwiecze do szuflady! Z dziesieciu teczek wybral do druku tylko niewielka czesc i jest to naprawde znakomita esencja jego poezji.

Anna Strzelecka, bibliotekarka, osoba z bliskiego kregu znajomych poety:

- Janusz jest zyczliwy ludziom az do przesady. Organicznie nie lubi sprawiac nikomu przykrosci. Poza tym ma zdrowe poczucie humoru, umie sie nawet sam z siebie smiac. Dzentelmen w kazdym calu (tu klania sie wspaniale wychowanie w inteligenckiej rodzinie), erudyta, ktory potrafi dostosowac sie do poziomu rozmowcy, tak ze kazdy w jego towarzystwie czuje sie dobrze. W poezji ujmuje jego powsciagliwosc w wyrazaniu uczuc i emocji, panowanie nad slowem.

Choroba i poezja

Z bohaterem tego reportazu spedzilem dwa piekne, pogodne dni w Sanoku. Najpierw w jego mieszkaniu na drugim pietrze. Potem - w plenerze: w Gorach Slonnych i ukochanych, "magicznych" miejscach, gdzie lubi przebywac, czyli w okolicach zabytkowej cerkiewki w Miedzybrodziu i w ogrodzie-skansenie panstwa Ludmily i Kazimierza Patalow. Przy twarogu i kwasnym mleku podanym przez gospodynie, wsrod egzotycznych kwiatow, Janusz rozgadal sie na temat, ktory zwykle zbywa milczeniem zarowno w liryce, jak i w wywiadach. Mianowicie w pierwszych latach literackiego "ujawniania sie" - Szuber nie zwykl byl zalic sie na swoj los niepelnosprawnego. Ba, ukrywal to raczej. Dzis twierdzi, ze nie chcial, bron Boze, by zastosowano wobec jego poezji jakakolwiek taryfe ulgowa.

- Wyobraz sobie - wspomina poczatek choroby - ze mialem dwadziescia pare lat, kategorie A, rozpoczete studia polonistyczne w Warszawie i dosc bujna mlodosc, gdy przeszedl gosciec, ktory byl jak tajfun. Najpierw - laska, potem szwedki, wreszcie kilkanascie lat lezenia, operacja, rehabilitacja, sanatoria, kliniki... A przeciez bylem tegim piechurem, ktory wedrowal po Bieszczadach, jezdzil na polowania z ojcem, wedkowal. I wlasnie - o ironio losu - moje sprawne nogi zostaly zaatakowane. Etiologia tej choroby niszczacej narzady ruchu jest do dzis malo znana. Zostalem wrzucony w "inny" swiat. Obserwowalem reakcje wspoltowarzyszy choroby, ktorzy nagle stali sie kalekami. Bardzo czesto zdarzaly sie tragedie i samobojstwa. Mlodzi ludzie zwiazani z wojskiem (przebywalem w szpitalach Ministerstwa Obrony Narodowej) nie mogli sobie wyobrazic, ze nie beda chodzic. Ja z poczatku tez nie... Ratowal mnie wrodzony optymizm wynikajacy, czy ja wiem, moze z wiary? Cierpienie wystawia na najciezsza probe nasze intuicje religijne i poczucie religijnosci. Czasami dopadaly mnie depresje i wydawalo mi sie, ze wierze tylko w bol, a wszystko jest bez sensu. Dzis mysle sobie, ze to doswiadczenie nicosci bylo rodzajem "nocy mistycznej", z ktorej w koncu jakos sie wydobywalem... Zreszta pewnie patrze na to dzis inaczej, z perspektywy literackiego spelnienia sie. Inaczej to wygladalo wtedy, gdy nie bylo jeszcze podbarwione sukcesem.

Najwazniejsze, ze trwalem przy czytaniu ksiazek, studiowaniu na swoj prywatny uzytek literatury, antropologii, filozofii, pisaniu wierszy, z ktorych wiekszosc palilem, i notowaniu uwag na marginesie kazdej przeczytanej lektury. Bylo tego bardzo duzo. Nawet gdy mialem zmiazdzona kosc udowa i przez 10 miesiecy lezalem w tej samej pozycji, najpierw zawieszony na wyciagu, potem w gipsie - prosilem pielegniarki o specjalne deseczki z podporkami, zeby moc pisac w pozycji pollezacej. Na oknie mialem swoja biblioteczke. Pamietam, ze gdy powstawal wiersz Las wielki i niedzwiedziow dosyc, skomponowany z samych cytatow, to zeby znalezc wers w jezyku jidysz, musialem przekartkowac 500-stronicowa ksiazke Marii Brzeziny Polszczyzna Zydow polskich. A pisalem wiersz na 4-osobowej sali. I o dziwo - ten bardzo bolesny czas byl - jesli chodzi o pisanie - jednym z najszczesliwszych, mimo ze zdarzaly sie noce nie do zniesienia. Piekielny bol. 10 kilo obciazenia i gnijaca kosc. A najgorsza sprawa - kibel. Makabra.

- Wyobraz sobie - ciagnie Janusz Szuber po chwili namyslu - sytuacje chlopca, ktoremu konsylium lekarskie wystawia diagnoze: "Musi pan sie pogodzic, ze nie bedzie mogl siedziec". A pozniej dzialy sie te straszne rzeczy przez 10 lat... Moja matka wstawala do mnie w nocy po 16 razy... Czy wierzylem, ze wyjde z tego i ze bede kiedykolwiek siedzial na wozku? Chyba tak. Gdybym nie wierzyl, prawdopodobnie calkowicie bym sie zalamal. Nie wiem, czy to byla wiara natury metafizycznej, zwierzecej, czy tez - brak wyobrazni. Dlatego po latach ubiegloroczny wyjazd do Warszawy po Nagrode Fundacji Kultury byl dla mnie czyms niesamowitym. Nie chodzi tylko o to, ze bylem laureatem i ze Antoni Libera wyglosil laudacje na moja czesc. I ze przywolano glosy Baranczaka, Milosza, Herberta. Bylo to niesamowite, ze oto jechalem po dwudziestu paru latach od wydania wyroku, ze w ogole nic ze mnie nie bedzie. Tymczasem siedzialem na wozku, mozna bylo mnie wniesc, wyniesc. Moglem sie normalnie zalatwic i zrobic inne rzeczy przy sprzyjajacych okolicznosciach (smiech). Moglem prawie normalnie zyc, dotykac rzeczywistosci. I to byl moj prawdziwy sukces. Literacki tez, owszem, bo przeciez przez kilkadziesiat lat nie mialem pojecia, czy to moje pisanie ma jakis sens. Tymczasem zostalem tak pieknie przyjety przez srodowisko literackie i w dodatku uznany przez moich mistrzow.

Poza bolem

Pisanie - jak mowi - dalo mu pewien swiat: - Moglem tu funkcjonowac poza bolem. A jednoczesnie choroba, bol, wyostrzaly moj odbior rzeczywistosci. Inaczej smakuje rzeczywistosc, gdy sie wie, ile kosztuje dostep do niej. Jesli sie normalnie funkcjonuje, to jedzenie, spacer, siedzenie pod drzewem sa oczywistosciami. A jak musisz zaplacic za to slona cene, to widzisz jaka to radosc: z tej drobiny, z tego co jest dla ciebie do osiagniecia! Smak wody... Golisz sie rano, splukujesz woda. Niby zwyczajne. A to jest cud sam w sobie. Te cuda codzienne, ktore kazdy poeta winien dostrzegac, skierowaly moja uwage w chorobie ku buddyzmowi. Zreszta juz od dziecka bylem uwrazliwiony na szczegol, na smak. Kawalek kory, gdy szedlem z psem na spacer. Kropla rosy. Zapamietane na cale zycie obrzedy kuchenne przy przygotowywaniu wigilii. Moja poezja wiele czerpie z tego mikroswiata pamieci szczegolow. Milosz nazwal ja poezja "uwazna", a inny eseista - "metafizyka konkretu".

Choroba zintensyfikowala drobiazg. Nawet ten wygrzebany ze starych kronik. Przez szczegol, konkret wydawaloby sie bezuzyteczny, staram sie w wierszu wejsc w kontakt z ludzmi dawno niezyjacymi, uzyczyc im swojego glosu. Niejako ozywic ich. Wazny jest starty kozik, stara fotografia czy banalny list o zakupie butow, gdy u bram stoja wojska rosyjskie, a Austriacy uciekaja. Wtedy wlasnie ktos z rodziny pisze o zamowionych trzewikach, ktore trzeba wykupic. Wylaczony z normalnego zycia moge cierpliwie i calymi latami szlifowac nieraz jeden wers w wielu wersjach...

Kiedy nastapil zwrot w chorobie? Gdzies pod koniec lat 70. Ni stad ni zowad zaczela sie remisja. Nie wiem, co pomoglo: czy Harris, czy specyfiki ziolowe przywozone przez rodzine czasem nawet z zagranicy, czy dobry Bog? A moze ten demon, ktory mnie niszczyl, wyladowal sie juz, wyczerpal? Oczywiscie choroba wraca pod roznymi postaciami: bolu, obrzeku, wypryskow, ale to nie jest tak grozne jak kiedys. Pozwala w miare normalnie egzystowac - pod okiem ciotki, ktora zdecydowala sie po smierci moich rodzicow poswiecic mi pare lat swojego zycia.

Kosc ogonowa Herberta

Pierwszy niespodziewany list od Herberta otrzymal poznym latem 1996 r. Jego wspolsprawca byl przyjaciel obu poetow Antoni Libera, ktory przekazal panu Zbigniewowi tom sanockiego autora. W kopercie oprocz zbioru Herberta Napis z dedykacja ozdobiona bukietami kwiatow ("Drogiemu Koledze Januszowi Szuberowi - Poecie, co do tego ostatniego nie mam zadnych watpliwosci, z serdecznym usciskiem dloni Zbigniew Herbert, starzec") - znajdowal sie list. Debiutant przeczytal w nim m. in. "... na poezji sie nie znam i stosuje w praktyce metode pewnego Anglika (...), ktory to przenikliwie zauwaza: wiersz, utwor muzyczny, obraz sa wtedy, jesli czytelnikowi dretwieje kosc ogonowa. Otoz w czasie lektury Pana wierszy kosc ma ogonowa dretwiala wielokrotnie. Niestety moj drogi Przyjacielu jest Pan poeta i nic na to nie mozna poradzic (...)".

Kilka entuzjastycznych listow autora Pana Cogito (podobnie jak karteczki od Milosza, Szymborskiej czy eksanoczanina z Brukseli pisarza Mariana Pankowskiego) wskazywaly na wielki szacunek, z jakim znani i uznani poeci pochylali sie nad wierszami debiutanta. Zapewne te listy w pewnym stopniu pomogly w przekonaniu innych tuzow srodowiska literackiego i krytykow. W kazdym razie teraz do "salonu" Szubera (duze mieszkanie w starej kamienicy) ciagna jak do mekki koledzy po piorze. Bywa tu Andrzej Stasiuk (podziwiacz cynowej wanny) i Jozef Kurylak ("przy Januszu to ja wydaje sie chory, a on tryskajacy optymizmem"), i profesor Andrzej Lam, i poeta Bronislaw Maj, i prozaicy - Pawel Huelle, Kazimierz Orlos, Wilhelm Dichter i Augustyn Baran, ze wymienie nielicznych.

W "salonie" bywaja tez czlonkowie Korporacji Literackiej w Sanoku (okolo 50 osob - malarze, pisarze, poeci, dzialacze kultury), ktorej istnienie jest rowniez zasluga poety (oraz tlumacza i hebraisty Tomasza Korzeniowskiego).

Korporacja tworzy ferment artystyczno-literacki Sanoka: m.in. wydaje od lat znakomity Dodatek Kulturalny do Tygodnika Sanockiego, organizuje spotkania z wybitnymi ludzmi sztuki przybylymi czesto na prywatne na zaproszenie Janusza do biblioteki sanockiej czy do jego mieszkania.

- Odkad stalem sie znany - wyznaje poeta - zrozumialem, ze moge to wykorzystac dla innych...

I wykorzystuje. Razem z filozofem Janem Skoczynskim zalozyli Fundacje Stypendialna, ktora ma pomoc mlodym ludziom z Sanoka podczas studiow. Ba, ze Skoczynskim staraja sie od pewnego czasu, by powstala w Sanoku wyzsza uczelnia. O tym rozmawial m.in. Szuber z premierem Buzkiem podczas ubieglorocznego godzinnego spotkania.

*

Poezja Janusza Szubera jest mocno zanurzona w przyrodzie i historii ziemi sanockiej. Ale tez czerpie garsciami z bogatej historii rodzinnej. Swoim dziadkom, babkom i ciotkom uzycza glosu i schronienia w swietnych wierszach. Inspiracja dla nich bywaja tez dokumenty z kronik, cenne ikony (na zamku w Sanoku istnieje najwiekszy w Polsce zbior ikon; oprowadzil mnie po wystawie mlody, zdolny prozaik Artur Olechniewicz).

Poeta twierdzi zartobliwie, ze uprawia animistyczny kult przodkow. Pewne epizody z ich zyciorysu pomagaja mu odtworzyc ich portret duchowy. Wychowany w wielopokoleniowej rodzinie ludzi dlugowiecznych nauczyl sie cenic tradycje. Totez Milosz czytajac jego wiersze powiedzial, ze przywraca nam w nich "ducha Galicji"...

Swoje zycie dzieli na pierwsze aktywne 20 lat i nastepne - refleksyjne:

- Tamten chlopiec, ktorym bylem we wczesnej mlodosci, wciaz jeszcze intensywnie we mnie istnieje, przywolywany przez poezje. Czasami mam wrazenie, ze obecne zycie jest na niby, a tamto bylo prawdziwsze. A czasami mysle, ze to moje zycie na niby w niektorych elementach jest szczesliwsze, niz gdyby sie toczylo normalnie. Przede wszystkim jest swiadome... Mam poza tym czas na pewne wazne dla mnie rzeczy. A przed pewnymi moze zostalem uchroniony?

 

-----------

 

 

Pani Zofia

Jej mlodosc i wiek dojrzaly znalem z fotografii,
Elegancka kobieta, pedantka, dobra gospodyni
Starej daty: wyszukane ciasta i pasztety,
Czas poddany dyscyplinie ladu i umiaru,
Kunsztowny haft pisma, pasjans i lektura.
W ostatnich latach zycia przestala byc soba:
Upokorzony umysl, wech i obrzedy z wydalaniem,
Slady ekskrementow na przedmiotach,
Zegar bez wskazowek, belkot w miejsce mowy.
Tego doswiadczenia nie moglem zrozumiec;
Nie bol, smierc, kalectwo - to bylo zrodlem mego buntu;
Zdegradowanej nie dzwigaly wzniosle monologi Hioba.

(Z tomu Biedronka na sniegu)

 

Kuzynka Wanda

Co za falbanki! jakie aplikacje!
Ilu staran wymaga taka fryzura!
Dookola szyi prawie roslinne koronki.
Guziczki ozdobne z masy perlowej.
Cera matowa, regularne rysy.
Ani ladna ani brzydka, panna na wydaniu.
Dziuwenka takie zdrobnienie od imienia Wanda.
Pensja ukonczona z postepem celujacym.
Spiesz sie, spiesz, bo nie zdazysz
Wyjac szpilek i rozpuscic wlosow,
Ani piersi uwolnic z uscisku gorsetu
I dotknac brzucha odbitego w lustrze.
Zadurzona na zaboj w kuzynie.
Za malo jeszcze tego na burzliwy romans.
Mojej wiedzy o tobie, Wando, starczy
Zaledwie na kilkanascie wersow.
Galopujace suchoty, inaczej galopki,
Posrod sniegow alpejskich przescieradel.
Rok 1910 - zatrzymany oddech.
I krotka wiecznosc w rodzinnym albumie.

(Z tomu Pan dymiacego zwierciadla)


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail