[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (24 listopada 2000)


JAN ZIELINSKI

Pod innym katem

Kolebka smierci

Jest taka sugestywna rycina Durera z cyklu ilustracji do Apokalipsy, przedstawiajaca aniola, ktory stoi na kolumnach z ognia. Zawsze mnie fascynowala absurdalna doslownosc tego przedstawienia: niemiecki artysta nie narysowal dwoch slupow ognia, jak nalezaloby zapewne interpretowac biblijny tekst, tylko dwie solidne kolumny, z ktorych (jak z rakiety) wychodza plomienie i na ktorych wspiera sie postac aniola.
W dorobku eseistycznym Zbigniewa Herberta takimi kolumnami byly dotad Barbarzynca w ogrodzie i Martwa natura z wedzidlem, nazwijmy je umownie kolumna prowansalska i niderlandzka. Dzis do tej pary ognistych kolumn trzeba dodac trzecia, ktora siega do kolebki kultury europejskiej, do Grecji i Rzymu, a nosi tytul Labirynt nad morzem.

*

Dzieje edytorskie tej ksiazki to swoisty przyczynek do paranoicznej sytuacji kultury w powojennej Polsce. Poeta zlozyl tom esejow w wydawnictwie Czytelnik w maju roku 1973. Wszystkie (procz jednego) zamieszczone w nim teksty byly publikowane w latach 1965-73 na lamach Odry, Poezji, Tworczosci i Wiezi. Ale potem przyszedl zakaz publikowania Herberta. A po stanie wojennym juz i autor nie chcial w Czytelniku drukowac. Nie bardzo wiadomo, dlaczego nie doszlo do publikacji ksiazki po zmianach w Polsce, kiedy to Wydawnictwo Dolnoslaskie przystapilo do wydawania dziel Herberta. W kazdym razie dopiero po smierci meza Katarzyna Herbertowa powierzyla maszynopis Zeszytom Literackim. Ksiazka, ozdobiona gwaszem Jana Lebensteina, ukazala sie na Miedzynarodowe Targi Ksiazki we Frankfurcie.

*

Pierwsze wrazenie: ksiazka stoi pod znakiem smierci. Oto na przyklad niesamowity opis widmowej wedrowki po Heraklionie: "Wymiary swiatla zastygly i choc slysze zgrzyt piasku pod nogami i stukot wlasnych krokow, nie poruszam sie chyba wcale, zanurzony po glowe w upale, zatopiony w blasku. Zaczyna sie bolesny ubytek realnosci. Widze sie teraz jak we snie, z boku, bez mozliwosci porozumienia sie z moim cialem, poruszajacym sie jak wahadlo - nieruchomy, przybity do bialej przestrzeni, utrwalony raz na zawsze jak na fotografii, zlapany w potrzask pozoru z ciezkim cieniem za plecami. Dlugie lata przesladowac mnie bedzie ten obraz i wspomnienie wedrowki po stromej ulicy Handakos, obraz spetania - jakby to wowczas dotknela mnie po raz pierwszy smierc w oslepiajacym sloncu poludnia".

To dotkniecie smierci wyznacza osobista perspektywe patrzenia na greckie zabytki, uwrazliwia na mroczna, cienista strone odkrywanej przeszlosci. A takze przyszlosci. Patrzac na greckiego rzeznika, zajetego artystycznym cwiartowaniem wolu, Herbert utozsamia sie z oprawianym cialem zwierzecia: "Mysle o krytykach, ktorzy zajma sie nami i beda sie znecali nad tym, co po nas zostanie, klujac i szarpiac na oslep".

*

Wstepne zetkniecie sie z dzielami sztuki kretenskiej jest dla Herberta rozczarowaniem. Wyczuwa ich nieautentycznosc, potem, zaglebiwszy sie w literature przedmiotu, stwierdza, iz rzeczywiscie malowidla, odkryte w palacu Knossos przez sir Atrhura Evansa byly w tak zlym stanie, ze polecono szwajcarskiemu artyscie Gilliéronowi uzupelnienie luk i "odtworzenie" rozpadajacych sie w proch wizerunkow.

Herbert zdumiewa sie, dlaczego "fantazje Szwajcara na temat kretenskich freskow" uchodza w podrecznikach historii sztuki za oryginaly i wyznaje, ze nie udalo mu sie natknac "na wlasne prace mistrza Gilliérona czy chocby na wzmianki o tym artyscie". Trudno mi sie tu oprzec przed dygresja, oparta przede wszystkich na informacjach ze slownika artystow szwajcarskich Bruna. Otoz "rysownik, malarz i archeolog" Émile Gilliéron urodzil sie 26 pazdziernika 1851 roku w Villeneuve. Studiowal w akademii sztuk pieknych w Monachium, nastepnie w Paryzu. Od roku 1877 mieszkal w Atenach, gdzie wyspecjalizowal sie w rysunku archeologicznym. Wspolpracowal z roznymi archeologami zachodnioeuropejskimi, w koncu - z Evansem. "Zawdzieczamy mu bardzo wazne uzupelnienia (reconstitutions) czesci skarbu z Myken, przechowywanego w muzeum atenskim i slynnych zlotych naczyn z Vaphio, odtworzenia przychylnie przyjete przez muzea; G. zapewnil sobie wspolprace grawera-zlotnika George'a Hantza z Genewy". Dalej Brun powiada, ze Gilliéron zostal nauczycielem rysunku ksiazat i ksiezniczek greckich. W roku 1884 wystawil w Genewie widok Akropolu (szkoda, ze Herbert, ktory zdaje w ksiazce sprawe z wyjatkowej roli, jaka Akropol odegral w jego zyciu, nigdy nie natrafil chocby na reprodukcje tego widoku). Takze zona Gilliérona, o 13 lat od niego mlodsza, byla artystka - to jego uczennica, Hélene Oltramare, ktora wyspecjalizowala sie nastepnie w ceramice. Szwajcarski malarz zmarl w roku 1940.

*

Po tej dygresji wracam do watku smierci. Zbrzydzony rekonstrukcjami malarstwa kretenskiego (o jednym z freskow powiada, ze jest "smiertelnie ranny; luszczy sie jego kolor skrzeplej krwi"), Herbert odkryl jednak w muzeum w Heraklionie cos dla siebie, odkryl arcydzielo: sarkofag z Hagii Triady. Daje nam jego subtelny opis, po czym przechodzi do interpretacji. Otoz okazuje sie, ze nie tylko mamy do czynienia z arcydzielem, ale tez z unikatowym dokumentem, z "jedyna ocalala minojska Ksiega Zmarlych". Poszczegolne sceny na scianach sarkofagu sa etapami rytualu zwiazanego z kultem zmarlych. "Uroczystosc zalobna, ofiary, sakralne gesty maja cel praktyczny: czuwanie nad zyciem zmarlego - albowiem smierc i zmartwychwstanie byly prawem naturalnym jak prawa przyrody, nastepstwa por roku, opadanie lisci i kielkowanie zboz".

Podobnie z samym palacem w Knossos. Herbert fascynujaco opowiada dzieje odkrycia budowli, wchodzi w szczegoly watpliwych z dzisiejszego punktu widzenia praktyk Evansa, po czym przedstawia hipoteze niemieckiego paleontologa Wunderlicha, zgodnie z ktora najwiekszy zachowany zabytek kultury kretenskiej nie byl wcale siedziba krolow, tylko miastem umarlych. "O zyciu Minojczykow, podobnie jak o cywilizacji Etruskow nie mialyby swiadczyc ich tetniace niegdys zyciem porty i miasta (zdobyte zreszta i przebudowane przez najezdzcow) - ale ciche zatoki smierci, owe rozlegle nekropole, obszary zamieszkane przez cienie, grobowce, trwalsze niz domy zywych".

*

W tej perspektywie jest rzecza jasna, ze nastepna kwestia, jaka zajmie Herberta, bedzie pytanie o "kierunek, z ktorego przyszla smierc". To jedna z najpiekniejszych czesci tytulowego eseju ksiazki: splot erudycji i artystycznej intuicji, polaczenie wiedzy z madroscia poety.

Ale gdzies w tym miejscu perspektywa niepostrzezenie sie zmienia. Zwiedzajac Delos, Herbert spostrzega, ze to "umarle miasto jest zywe. Slady codziennosci jak odcisk reki odczytac mozna na scianach swiatyni i magazynow, palacow i lunaparow". Albo wezmy takie kluczowe zdanie z zakonczenia eseju Labirynt nad morzem: "Nie ma innej drogi do swiata, jak tylko droga wspolczucia". I troche dalej: "Ich [Kretenczykow] ruiny to ruiny kolyski, ruiny pokoju dziecinnego". Mam wrazenie, ze dotykamy tu zasadniczej tajemnicy podejscia Herberta do dawnych kultur: jest to patrzenie na smierc z perspektywy narodzin, kontemplacja grobow i ruin poprzez kolyski, cofniecie sie do odczuc wlasciwych wiekowi dzieciecemu dla uchwycenia istoty dawno umarlych kultur.

*

Przygotowaniem do tej zmiany punktu widzenia jest wspomnienie Maciusia. Najpierw Herbert wyznaje, ze kiedy ojciec opowiadal mu po raz pierwszy o Minotaurze - "uczulem bolesny skurcz serca i wspolczucie dla pol zwierza, pol czlowieka, spetanego labiryntem i obca sobie ludzka historia, pelna podstepow i toposow". Nawiasem mowiac, to samo wspolczucie wroci potem w znanym wierszu o torturowanym Marsjaszu. Po czym pojawia sie Macius ("moj prywatny Minotaur, mieszkajacy pod schodami wiodacymi do piwnicy") - kot, ktory mial niezwykle doniosly wplyw na Herberta: "Maciusiowi zawdzieczam, ze pozniejsza lektura mistykow nie byla dla mnie calkiem niezrozumiala; byl dla mnie niedostepny, wypelniony obcym zyciem, rzadko odpowiadal pomrukiwaniem na moje litanie milosne, na moje strzeliste akty uwielbienia, patrzac obojetnie z wyzyn swojej kociej boskosci".

W swietle tej nowej perspektywy szczegolnie przejmujaca staje sie - w eseju Proba opisania krajobrazu greckiego - relacja ze zstapienia kolo wioski Psychro do groty, w ktorej wedle przekazow mial sie narodzic Zeus. Opis oddaje niesamowitosc tego miejsca ("Juz po paru krokach ciemnosci gestnieja; ogarnia zimno i przenikliwa, kamienna wilgoc. Czarne stalaktyty - kolumnada szalonego architekta, waskie korytarze, zakamarki poteguja wrazenie lepkiej, biologicznej tajemnicy narodzin"). Tym wieksza ulga, kiedy z mroku wychodzi sie w radosny krajobraz kretenski. Grota Zeusa "jest ciemna kolyska nowej religii swiatla". Podobne odczucia mial Herbert wieczorem kolo - znanego z rysunku i wiersza Slowackiego - grobu Agamemnona. "Noc schodzi z gor, ale gniazdo Atrydow swieci jeszcze rudym kolorem starego zlota i starej krwi". Gniazdo, kolebka, grota narodzin. Chcac do tego poczatku dotrzec, trzeba w sobie odszukac dziecieca wrazliwosc.

*

W eseju O Etruskach motyw ten powraca w innej postaci: boga Tagesa. Religia Etruskow, powiada Herbert, w odroznieniu od greckiej i rzymskiej byla objawiona. Pewnego dnia przed oczyma etruskiego rolnika wynurzyl sie z bruzdy ziemi bog Tages. "Mial postac dziecka, lecz madrosc wiekowego starca". To uwrazliwienie na dziecieca strone madrosci stanowi tez o specyfice sztuki zycia - dziedziny, ktorej Etruskowie byli mistrzami. "Cechowala ich ujmujaca dziecieca lekkomyslnosc, kult zabawy, sklonnosc do wyrafinowanej elegancji i luksusu".

Prawdziwym jednak zwienczeniem obu watkow - smierci i dziecinstwa - jest zamykajacy ksiazke esej Lekcja laciny. Plasuje sie on w nurcie wlasciwych autorowi Barbarzyncy w ogrodzie rozwazan o ciaglych zmaganiach cywilizacji i barbarzynstwa. Esej rozgrywa sie na dwoch planach - wspomnienia z lwowskiego gimnazjum przeplataja sie z relacja o podboju Brytanii przez Rzymian. I kiedy czytelnik zastanawia sie nad zwiazkiem miedzy tymi dwoma planami, kiedy zadaje sobie pytanie, dlaczego Herbert tak szczegolowo opisuje rzymskie legie, strategiczne plany i taktyczne podstepy, a potem przeskakuje do swego gimnazjum i wspomina lekcje z profesorem zwanym (zdrobniale jak boski kot spod schodow do piwnicy) Grzesiem, nagle pada odpowiedz: "Pracowalismy w pocie czola. Zblizala sie pora owocobrania: w nastepnym roku mielismy przejsc do poezji Katullusa i Horacego. Ale wtedy wkroczyli barbarzyncy".

Inaczej mowiac: Herbert i jego koledzy chcieli zastosowac zdobyta znajomosc laciny do poznania wielkiej literatury, ale jesienia roku 1939 do Lwowa wkroczyli Sowieci. I rozumiemy, ze dzieje odwiecznego zmagania nie maja konca, ze wracajac pamiecia i wrazliwoscia do swego dziecinstwa wracamy zarazem do kolebki cywilizacji, ze warto studiowac archeologie, historie i historie sztuki chocby po to, by dotrzec do boga, ktory byl madrym dzieckiem.

*

W teczce z notatkami do Labiryntu nad morzem znalazl sie wiersz Ostatnie slowa (opublikowany w Zeszytach Literackich nr 72). To rzeczywiscie jeden z ostatnich wierszy Herberta, jako ze jest w nim mowa o smierci czeskiego poety Miroslava Holuba, ktoremu dedykowany byl szkic Sprawa Samos, a ktory zmarl 14 lipca roku 1998, na dwa tygodnie przed Herbertem. Po przeczytaniu w Labiryncie nad morzem opisu widmowej wedrowki po Heraklionie dodatkowej wymowy nabiera pierwsza zwrotka:

Od paru lat
smierc
przechadza sie po glowie
tam i z powrotem

Z tego obrazu, ktory mnie kojarzy sie tez z obsesjami Edgara Allana Poego (Studnia i wahadlo) i z wierszem Wata rozpoczynajacym sie slowami W czterech scianach mego bolu, Herbert przechodzi do refleksji nad przypuszczalnym ksztaltem ostatniej chwili:

kiedy linia zycia
uklada sie poslusznie
jak plaski horyzont
jak struna po koncercie

Napisany cwierc wieku wczesniej Labirynt nad morzem nie ma jeszcze w sobie tego wybrzmiewania i zamierania. Dominuje w nim tytulowy obraz labiryntu, czyli linii pokretnej, zwijajacej sie w klebek. Autor wyrusza w podroz tropem Tezeusza, z pozostawionych przez swoich poprzednikow sladow probuje rozplatac klebek. Przypatrujac sie uwaznie zmaganiom cywilizacji z barbarzynstwem rozpoznaje mechanizmy, ktore dobrze, na wlasnej skorze poznal w XX wieku (dalszym przykladem beda edytorskie dzieje jego ksiazki). Zarazem wie, ze smierc zbliza sie nieuchronnie. I oto, medytujac nad smiercia i nad kolebka europejskiej cywilizacji, dochodzi do przekonania, ze miedzy tymi dwoma stanami, miedzy poczatkiem a kresem, istnieje nierozerwalna wiez. Ze z jednej strony w obliczu smierci wracamy pamiecia do swego dziecinstwa, a z drugiej, wracajac do kolebki cywilizacji, rozpoznajemy w niej zarodki przyszlego barbarzynstwa. Ze u zrodel stoi kolebka smierci.

----------------------

Zbigniew Herbert, Labirynt nad morzem, Fundacja Zeszytow Literackich, Warszawa 2000, s. 197 plus nota edytorska, cena 22 dol. plus NY tax i 4.50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail