JERZY R. KRZYZANOWSKI
"Memorbuch"
Adama Bromberga
Dwa angielskie slowa memory i book, dostatecznie wyjasniaja znaczenie tytulu nowej ksiazki Henryka Grynberga. Jest to bowiem istotnie ksiega pamieci znanego powojennego wydawcy Adama Bromberga, z jego notatek i nagranych tasm spisana przez autora, ktory stworzyl z nich ksztalt ostateczny, ksiazkowy. "Sam pomysl ksiazki - powiedzial Grynberg reporterowi tygodnika Plus-Minus, dodatku do Rzeczpospolitej (14 pazdziernika 2000 r.) - wyszedl od wspomnien Adama Bromberga. Byl to jakby proces odwrotny. Kiedy zaznajomilem sie z materialami, postanowilem nadac im wymiar dodatkowy, takze literacki. Inaczej by mnie one malo interesowaly, nie chodzilo mi przeciez o zredagowanie jakichs wspomnien".
Rezultatem jest Memorbuch, ksiazka zaslugujaca na uwage z bardzo wielu wzgledow, dodajmy od razu - nie tylko literackich.
W przeciwienstwie do autora, ktory Bromberga nigdy nie spotkal, stykalem sie z nim przez lat kilkanascie, totez powiedziec moge, ze Bromberga znalem na tyle, na ile skromny, mlody redaktor znac mogl dyrektora wielkiego wydawnictwa, czlowieka rozniacego sie ode mnie prawie wszystkim: wiekiem, pochodzeniem, stanowiskiem, zaangazowaniem politycznym i zwiazanymi z tym konsekwencjami. Jak sie obecnie dowiaduje z ksiazki Grynberga, istniala tez pewna wspolnota, a mianowicie Bromberg pochodzil z Lublina, gdzie w kilkanascie lat pozniej i ja sie urodzilem, chodzil tymi samymi ulicami, kupowal w tych samych sklepach, choc obracal sie w zupelnie innym srodowisku - najpierw bogatego zydowskiego mieszczanstwa, potem skomunizowanej mlodziezy lat dwudziestych. Laczylo nas takze wspolne w okresie powojennym zafascynowanie praca wydawnicza.
Spotkalem go po raz pierwszy w 1948 roku, kiedy do drukarni Spoldzielni Wydawniczej "Czytelnik" przy Marszalkowskiej 3 wkroczyl w blyszczacym odznaczeniami mundurze pulkownika jako dyrektor wydawnictwa "Prasa Wojskowa" i redaktor kolorowego tygodnika zatytulowanego bodajze Zolnierz Polski. W rok czy dwa pozniej, jako sekretarz Biura Wykonawczego Komitetu Upowszechnienia Ksiazki, bywalem czesto w Centralnym Urzedzie Wydawniczym, gdzie Bromberg dyrektorowal, nie zdejmujac przy uroczystych okazjach coraz bardziej imponujacego munduru, na ktorym dumnie blyszczal srebrny krzyz Virtuti Militari nadany mu za zajecie Bydgoszczy w 1945 roku.
Trzeba bowiem wiedziec, ze ten lubelski zloty mlodzieniec z lat dwudziestych szybko zmienil sie w wojujacego komuniste, a w rezultacie, gdy we wrzesniu 1939 roku znalazl sie we Lwowie, nie tylko objal odpowiedzialne stanowisko w tamtejszym Wydawnictwie Mniejszosci Narodowych Ukrainy jako redaktor podrecznikow dla "polskiej mniejszosci", ale w czerwcu 1941 r. ewakuowal sie wraz z Rosjanami i wkrotce - jak wielu innych - trafil do sowieckiego lagru. Ale nie na dlugo. Juz w 1943 r. meldowal sie w formowanej przez Zygmunta Berlinga armii polskiej: "Zglosilo sie nas czterdziestu szesciu Polakow i Zydow - szesciu Polakow, czterdziestu Zydow". Tym ostatnim powiedziano w Sielcach, ze "Zydow juz nie potrzeba" w tym "demokratycznym wojsku Wandy Wasilewskiej" (s. 146). Mimo to, dzieki uporowi i sprytowi Bromberg nie tylko zostal przyjety, ale wkrotce doszedl do stanowiska zastepcy dowodcy pulku (oczywiscie do spraw polityczno-wychowawczych), bral udzial w bitwie pod Lenino i ma o niej wiele do powiedzenia. Dowiedziec sie od niego, np. mozna, ze poza oslawionym Julianem Hibnerem, ktory bohaterem Zwiazku Sowieckiego zostal przez pomylke, to najwyzsze odznaczenie dostal takze Adam Wysocki, "ktory poszedl naprzod i zaginal z calym oddzialem, a zaraz po tym, jak zostal posmiertnym bohaterem, przemowil przez niemieckie radio i nadsylal nam ulotki z osobistym podpisem zachecajace do przechodzenia na niemiecka strone" (s. 154). Hibner, we wspomnieniach drukowanych w Zeszytach Historycznych 124 (1998), cala te afere dyskretnie przemilcza.
Nie kryje Bromberg swoich pogladow na bitwe pod Lenino, jak w ogole na Rosjan. Wyprzedzajac nieco chronologie wydarzen przytoczyc warto jego opinie o "sojusznikach" w walkach o Wal Pomorski:
"Polnocny front skladal sie ze zdziczalych oddzialow, ktore lezaly w okopach od kampanii finskiej - bez urlopu, bez kobiet, kontaktu z rodzina i cywilizacja - lub po dwoch latach wydostaly sie z leningradzkiego kotla. A ze na niemieckich ziemiach wszystko im bylo wolno, wiec jak drapiezniki wypuszczone z klatek rzucili sie na wszystko, co sie dalo posiasc, gwalcili kobiety publicznie, zbiorowo, na ulicy, wyciagali z domow dziewczeta dla swoich dowodcow, pili do nieprzytomnosci i tanczyli przy ogniskach, ktore palili w mieszkaniach eleganckimi meblami. Orgie te konczyly sie pozarami, ktore pochlanialy najwspanialsze budynki i najpiekniejsze kwartaly miast" (s. 172). Pod takim tekstem podpisac by sie mogl Solzenicyn.
A mowiac o "wyzwoleniu" Gdanska dodaje: "Zrobiono nam zdjecie, ktore obieglo wszystkie gazety i trafilo do podrecznikow szkolnych: sowiecki czolg, na czolgu Malutin, ja i jeszcze dwoch Rosjan, nad nami polski sztandar, a w tle bogaty niemiecki barok - ktory juz nastepnej nocy podpalili pijani weterani frontu finskiego. Noc w noc nowe luny stawaly nad zdobytym miastem i ogien dom po domu zjadal najstarsza, najpiekniejsza czesc miasta. Historia zaliczyla to do zniszczen wojennych, bo gdzie miala zaliczyc" (s. 174).
Nie pisze Bromberg o swojej wizycie w Katyniu, uprzednio jednak mozna bylo znalezc jego wypowiedz, do ktorej Grynberg najwidoczniej nie dotarl. Rozmawiajac mianowicie z Tomaszem Jastrunem o swoim zyciu powiedzial:
"Ja Katyn widzialem na wlasne oczy. Po bitwie pod Lenino wsadzili nas do autobusu, kilkunastu oficerow z I Armii. Nie zapomne nigdy tego soltysa. To byl glowny i jedyny rosyjski swiadek. Wystarczylo na niego spojrzec. Umieral ze strachu i caly czas patrzyl nie na nas, ale na tego oficera KGB. Belkotal, ze jak Niemcy przyszli, to slyszal strzaly. Nie bylo wsrod nas ani jednego oficera, ktory mialby watpliwosci, kto dokonal mordu. Rozmawialismy o tym ze soba szczerze. Potem juz do swoich zolnierzy mowilismy o zbrodni niemieckiej". (Encyklopedysta, Ex Libris, dodatek do Zycia Warszawy, nr 29, marzec 1993).
Ten komentarz uznac mozna za odpowiedz na pytanie Grynberga dlaczego hasla "Katyn" nie ma w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (t. 5, 1965), podczas gdy we wczesniejszej o lat szesc Malej Encyklopedii Powszechnej PWN pojawilo sie ono "w wersji klamliwej". Tak sie sklada, ze odpowiedz moge uzupelnic wlasnym komentarzem, nalezalem bowiem do czteroosobowej, pierwszej redakcji Encyklopedii PWN, wtedy gdy Bromberg jako dyrektor wydawnictwa zainicjowal jej wydawanie. Dodac na marginesie warto, ze sposrod tych czterech osob tylko kierownik redakcji byl czlonkiem PZPR, co raz jeszcze swiadczy o przedkladaniu przez dyrektora fachowosci nad przynaleznosc partyjna. Pisalem o tym obszerniej w artykule wspomnieniowym "Jak robilismy encyklopedie" (Zeszyty Historyczne, jw.).
Encyklopedia byla dzielem, chluba i duma, a w koncu przyczyna upadku Bromberga. Z malutkiego pokoiku na rogu Krakowskiego Przedmiescia i Miodowej rozrosla sie do dzisiejszych, gigantycznych zaiste rozmiarow przedsiebiorstwa, ktore obecnie rozpoczyna wydawanie 30-tomowej, nowoczesnej encyklopedii. Ale z czteroosobowego, a wkrotce - kilkudziesieciosobowego zespolu ludzi osobiscie, pieczolowicie przez Bromberga dobieranych, nie pozostal dzis prawie nikt. Nie tylko wskutek uplywu piecdziesieciu bez mala lat, ale dlatego przede wszystkim, ze wraz z Brombergiem jako dyrektorem PWN przepedzono wiekszosc pracownikow redakcji, a kilkadziesiat osob w protescie podalo sie do dymisji. Haslo "Katyn" w wersji wymuszonej przez cenzure w 1959 roku bylo tylko przykladem zmian, jakie w trakcie redagowania Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN nastepowaly.
Przeciwstawial sie im Bromberg jak umial i mogl, wolal z hasla tego calkowicie zrezygnowac zamiast powtarzac propagandowa wersje, kiedy jednak doszlo do spraw dotyczacych zaglady Zydow, okazal sie bezradny.
Pod zarzutem publikowania filosemickiej wersji hasla "obozy koncentracyjne" rozpoczeto przeciw niemu bezlitosna nagonke, w roku 1965 zmuszono do opuszczenia PWN, a w trzy lata pozniej - do emigracji.
Raz jeszcze, tuz przed smiercia w 1993 roku, zobaczyl Warszawe, swoje ukochane wydawnictwo, raz jeszcze powitali go najserdeczniej starzy pracownicy, ktorym udalo sie uniknac "czystki" i to byl koniec. Czlowieka o wielkim wymiarze, jego dziela, jego nadziei.
O wszystkich tych sprawach opowiada Henryk Grynberg najczesciej slowami bohatera ksiazki, w wielu jednak miejscach poszerzajac jego narracje, jak w przypadku wstawek dotyczacych wielu miast: do nazwy kazdego z nich autor dodaje zapisy dotyczace miejscowych Zydow, z reguly doprowadzajac je do momentu ostatniego - przeprowadzanych przez Niemcow wysiedlen i zaglady. Podobnie postepuje tez w ostatniej czesci ksiazki, gdy osobista historie Bromberga i jego rodziny umieszcza wsrod kilkudziesieciu podobnych biografii polskich Zydow w roku 1968 - najpierw szykan, potem przesladowan, w koncu wymuszonej emigracji. Powstaje w ten sposob wspolczesna ich historia, dla ktorej zywot Bromberga jest barwna kanwa znakomicie poszerzona i uwielokrotniona do rozmiarow istotnie historycznych. W sumie stworzyl Grynberg dzielo trwale, zaslugujace na poczesne miejsce w tym i nie tylko tym rozdziale najnowszych dziejow Polski.
--------------------
Henryk Grynberg - Memorbuch. Archipelagi.
Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2000, s.356, cena 16 dol. -
Do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |