JAN ZIELINSKI
Pod innym katem
Archipelag porozumien
Zaczne od tego, ze znalazlem sie w niezrecznej, a zarazem
komfortowej sytuacji. Rzadko sie zdarza, zeby staly felietonista
odczuwal potrzebe zdecydowanej polemiki z redaktorem/redaktor
naczelna macierzystego pisma. Jeszcze rzadziej wszakze felietonista
nie tylko nie boi sie dac swej opinii wyraz, a nawet czuje
sie do zabrania glosu zachecony. Do niezrecznosci sytuacji
doklada sie fakt, ze - choc zaproszony - w zorganizowanej
przez Pracownie Badan Emigracji Instytutu Literatury Polskiej
Uniwersytetu Mikolaja Kopernika w Toruniu pierwszej konferencji
z serii "Zycie literackie drugiej emigracji niepodleglosciowej"
niestety udzialu wziac nie moglem. Do komfortu - fakt, ze
literatura emigracyjna zajmuje sie od cwiercwiecza, czego
swiadectwem zarowno Leksykon polskiej literatury emigracyjnej, jak i ksiazka o Jozefie Czapskim, edycje dziel Aleksandra
Wata, Czapskiego i Jozefa Wittlina czy obecna wystawa "Wiek
Wata" w Bibliotece Narodowej w Warszawie.
*
Julita Karkowska ("Ocean nieporozumien", Przeglad Polski z 1 grudnia br.) zaczyna od nakreslenia dziejow nieobecnosci
literatury emigracyjnej w PRL i obecnosci tegoz w III Rzeczypospolitej.
Ma oczywiscie generalnie racje piszac, ze w PRL "zajmowali
sie nia glownie propagandysci", naukowcy zas raczej nie,
bo temat nie byl mile widziany, a dostep do zrodel - "utrudniony,
jesli nie wrecz niemozliwy". Ma tez generalnie racje piszac,
ze w III Rzeczypospolitej dziela Nieobecnych zaczeto w kraju
wydawac w sporych nakladach, ze ksiazkom towarzyszyly liczne
omowienia oraz prace naukowcow.
Nie ma natomiast Julita Karkowska racji, ustawiajac w czasie
cezure miedzy nieobecnoscia a obecnoscia emigrantow w krajowym
zyciu literackim. Owszem, masowe, wrecz zawrotne dla samych
autorow badz ich spadkobiercow naklady ksiazek emigracyjnych
przypadaja na przelom lat osiemdziesiatych i dziewiecdziesiatych,
na czas obalania muru berlinskiego i demontazu systemu komunistycznego.
Ale poszczegolnych pisarzy zaczeto wydawac juz wczesniej,
za "pierwszej Solidarnosci" (a i przedtem), wydawano ich
tez - rzecz paradoksalna - takze i w stanie wojennym. Zas
zainteresowanie historykow literatury fenomenem pismiennictwa
emigracyjnego tez jest starsze, na szersza skale mozna mowic
o przebudzeniu w koncu lat siedemdziesiatych. Sesja naukowa,
zorganizowana z inicjatywy Aliny Brodzkiej, Janusza Slawinskiego
i Romana Zimanda, nie wziela sie z powietrza, z kilkudziesieciu
bioracych w niej udzial badaczy wiekszosc od dawna sledzila
to, co sie na emigracji dzieje, nawet jesli trudno bylo
na te tematy pisac. Jej poklosiem jest tom Literatura
zle obecna, wydany, to prawda, w Londynie, ale sesja
odbyla sie przeciez w Rynku Starego Miasta w Warszawie.
*
To wprawdzie drobiazg, ale sprostowania wymaga tez stwierdzenie
"W kraju zaczely sie ukazywac ksiazki pisarzy dotychczas
wykletych, jak chocby Jozef Mackiewicz". Ten akurat przyklad
zostal niefortunnie dobrany, poniewaz Wielki Nieobecny,
autor Kontry, do dzis nie jest w Polsce wydawany.
Sprawa ta stala sie ostatnio przedmiotem burzliwej dyskusji
na lamach Tygodnika Powszechnego i Rzeczpospolitej.
Nie wchodzac w meritum powiem tylko na uzytek tego tekstu,
ze choc w niektorych ksiegarniach polskich mozna kupic poszczegolne
tomy pism Mackiewicza, sa to ksiazki wydawane przez Nine
Karsov w Londynie (wydawnictwo Kontra). Wydan sensu stricte krajowych nie ma i nie bedzie, poki nie zakonczy sie nieszczesny
spor o prawa autorskie i o ostatnia wole pisarza. Nie wdajac
sie w tej chwili w tamta polemike powiem tylko, ze szkoda.
Uwazam, ze gdyby ksiazki Jozefa Mackiewicza byly latwiej
dostepne pare lat temu, gdyby Kontra i Nie trzeba
glosno mowic ukazaly sie wowczas w masowych nakladach,
moze inne bylyby polityczne wybory wiekszosci rodakow w
ostatnim czasie. Stalo sie jednak tak, jak sie stalo i nie
ma sensu gdybac.
*
Wracam do polemiki z "Oceanem nieporozumien". Przechodzac
do omowienia niedawnej sesji w Toruniu, Julita Karkowska
zwraca uwage na pewna chwiejnosc czy niepewnosc metodologiczna
oraz na widoczne w kilku referatach "podchodzenie do tworcow
i instytucji zycia kulturalnego na emigracji z pewna doza
poblazliwosci, taryfy ulgowej". Dla poblazliwosci nie mam
poblazania, protekcjonalnosc swiadczy o braku kultury wlasnej.
Natomiast inaczej widze kwestie metodologii badania pismiennictwa
emigracyjnego. Mam wrazenie, ze to dobrze, iz badacze daja
rozne odpowiedzi na stawiane pytania o metode, o sposob
badania tego pismiennictwa i badania zycia literackiego
polskiej emigracji. Roznorodnosc jest zawsze plodniejsza,
a w kazdym razie ciekawsza, mniej monotonna. Zauwazmy, ze
duzy rozrzut odpowiedzi na zadawane sobie samemu i innym
badaczom pytania metodologiczne koresponduje z sama natura
literatury emigracyjnej, ktora tez, po czesci z racji swego
rozproszenia i powstawania w otoczeniu odmiennych literatur
krajow osiedlenia, jest roznorodna, barwna. Pozwolmy badaczom
zachowac odmiennosc podejscia do tematu, nawet jesli mialaby
sie ona wiazac z bladzeniem i wkraczaniem w slepe zaulki.
*
Julita Karkowska ma niewatpliwie racje piszac, ze pismiennictwo
emigracji osiadlej w Europie jest juz poznane i opracowane
stosunkowo dobrze i ze w porownaniu z Europa tematyka amerykanska
na sesji torunskiej byla "reprezentowana bardzo skromnie,
i to wylacznie przez badaczy krajowych". Podejrzewam jednak,
ze przyczyny tego stanu rzeczy sa bardzo prozaiczne. Skoro
nie wiadomo, o co chodzi, najczesciej chodzi o pieniadze.
Ze wzgledu na ograniczony budzet organizatorzy nie zapewniali
zaproszonym referentom zwrotu kosztow podrozy. W tej sytuacji
latwiej bylo do Torunia dotrzec z Katowic, Warszawy, Rzeszowa,
Krakowa, Lublina, Olsztyna, Poznania, Szczecina, Bydgoszczy,
Bialegostoku niz z Nowego Jorku, Chicago, Bloomington czy
Berkeley. Trudno sie zgodzic z zarzutem nieznajomosci w
Polsce dorobku naszych pisarzy, ktorzy mieszkali lub nadal
mieszkaja w Stanach Zjednoczonych. Wydaje sie przeciez ksiazki
Wierzynskiego, Lechonia, Janty, Wittlina (wyszly Pisma
posmiertne i inne eseje, wyszedl Moj Lwow, Wydawnictwo
Literackie szykuje reedycje Orfeusza w piekle XX wieku).
Baranczak, Dichter, Glowacki, Grynberg sa w kraju stale
obecni, wydaja w Polsce wiecej niz za granica. Ukazal sie
niedawno wspaniale wydany, opasly tom wierszy Tymoteusza
Karpowicza. Biblioteka Narodowa w Warszawie dba o systematyczna
prezentacje polskich instytucji za Wielka Woda.
Wydawanego w Lublinie Leksykonu kultury polskiej poza
krajem od roku 1939 bronic nie zamierzam, metoda niderlandzka
nie powinna byc przeciez parawanem umozliwiajacym manipulowanie
doborem hasel, a ignorancji nic nie usprawiedliwia. Ale
chcialbym sie opowiedziec za krytykowanym przez Julite Karkowska
rozproszeniem krajowych badan literatury emigracyjnej.
To rozproszenie, podobnie jak roznorodnosc metodologiczna,
swietnie koresponduje z charakterem badanego przedmiotu.
Pismiennictwo emigracyjne tez bylo rozproszone, a jedyny
w zasadzie wspolny mianownik znajdowalo w negatywnym stosunku
do systemu politycznego, narzuconego Polsce w roku 1945
(tez zreszta z pewnymi wyjatkami, ktore na ogol prowadzily
do powrotu z emigracji). Mielismy zatem z jednej strony
wielosc pisarzy, wielosc propozycji literackich, a z drugiej
jeden scentralizowany aparat partyjno-policyjny, majacy
chronic obywateli PRL-u przed miazmatami, saczonymi przez
"wrazych" literatow emigracyjnych. Dlatego dzis nie domagajmy
sie skupienia badan nad emigracja i jej literatura w jednym
osrodku. Osobiscie uwazam, ze dobrze sie stalo, iz spuscizne
emigracyjna gromadza w kraju na duza skale i Biblioteka
Uniwersytetu Warszawskiego i Biblioteka Narodowa i Muzeum
Literatury w Warszawie, i Ossolineum we Wroclawiu, i Krakow,
i Torun, i Lublin. Dobrze, ze wokol tych placowek skupiaja
sie badacze, ktorzy opracowuja zbiory i wykorzystuja je
edytorsko oraz naukowo. Nie po to walczylismy o obalenie
monopolu na prawde i centralnego sterowania nauka, zeby
teraz ubolewac nad rozproszeniem badan. W dodatku istnienie
kilku podobnych osrodkow badawczych prowadzi do plodnej
konkurencji.
*
Troche inna sprawa jest oczywiscie kwestia przeplywu informacji.
Ignorancji, jak powiedzialem, nie mozna usprawiedliwiac.
Broniac rozproszenia badan nad pismiennictwem emigracyjnym
nie zamierzam rozgrzeszac poszczegolnych badaczy, ktorzy
nie wiedza o tym, co sie dzieje juz nie za oceanem, ale
obok, w kraju, w sasiednim osrodku. Podejrzewam jednak,
ze niewiedza o stanie rzeczy bierze sie w duzej mierze z
przepracowania (nadmiar zajec dydaktycznych i koniecznosc
"dorabiania" do skromnych pensji) oraz z nieumiejetnosci
poslugiwania sie dostepnymi zrodlami informacji. Totez nie
bede apelowal o stworzenie internetowego banku danych o
badaniach nad pismiennictwem emigracyjnym. Kto ciekaw, moze
sobie taki bank bez wiekszej trudnosci na wlasny uzytek
sporzadzic. A kto nie - temu centralny bank danych tez nic
nie powie.
*
I dlatego metafore oceanu nieporozumien proponuje zastapic
wizja archipelagu (bylo niegdys w Berlinie niezle polskie
pismo pod tym tytulem) porozumien. Taki archipelag, zlozony
z zainteresowanych emigracja badaczy, przewaznie sredniego
i mlodszego pokolenia, juz poniekad stal sie faktem. Nalezaloby
mu zyczyc, zeby poszczegolne wyspy rozwijaly sie i krzeply,
ale niech pozostana samodzielnymi wyspami, ktore, owszem,
wiedza o sobie i wymieniaja sie doswiadczeniami (chocby
w ramach cyklu konferencji torunskich), ktore sie ze soba
porozumiewaja, ale nie walcza o monopol na prawde o emigracji.
Od autorki:
Bardzo sie ciesze, ze Jan Zielinski, ktorego zaslugi w
badaniu literatury emigracyjnej sa niepodwazalne, zgodzil
sie na podjecie polemiki z moimi uwagami bedacymi poklosiem
konferencji torunskiej. Jakkolwiek zgadzam sie z czescia
jego opinii, w jednej kwestii podtrzymuje swoje stanowisko:
nie ubolewalam nad wieloscia osrodkow zajmujacych sie zyciem
kulturalnym emigracji, prosze bardzo, niech bedzie ich jak
najwiecej. Niech sie nawet spieraja! Jednak marnowaniem
sil i srodkow jest odkrywanie przez poszczegolnych badaczy
zjawisk dawno juz rozpoznanych i opisanych. A tak sie wciaz
dzieje. Owo rozproszenie nie ma nic wspolnego z "obalaniem
monopolu na prawde" i z "centralnym sterowaniem nauka".
To czesto - wstyd powiedziec - wynik niezbyt zdrowego wspolzawodnictwa
poszczegolnych osrodkow, a co za tym idzie - brak wymiany
informacji.
Przyklad Wielkiego Nieobecnego rzeczywiscie wybralam niezbyt
szczesliwie. Nazwisko Jozefa Mackiewicza nasunelo mi sie
automatycznie, gdyz byl w PRL pisarzem uwazanym za bodaj
wroga numer jeden. Zamiast pisac, ze zaczeto wydawac w kraju
jego utwory, winnam stwierdzic jedynie, ze pojawily sie
na rynku ksiegarskim.
Idea archipelagu porozumien bardzo mi sie spodobala. Zgoda,
niech bedzie archipelag. Tylko niech miedzy poszczegolnymi
wyspami i wysepkami zacznie plywac prom. Pokonywanie odleglosci
miedzy nimi wplaw jest zbyt ryzykowne (rekiny, rekiny!),
a i szkoda na to czasu.
Julita Karkowska
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |