MACIEJ PATKOWSKI
Kongres Kultury Polskiej 2000
Wolna, lecz bez dobrodzieja
Gdyby Chopin zyl,
To by pil -
Stanislaw Wyspianski, Wesele
Poprzedni kongres przerwaly po dwu dniach obrad czolgi
generala. Wtedy, w 1981 roku, o wolnosc slowa, kultury i
narodu walczyli pisarze, artysci, aktorzy, rezyserzy; byl
to zjazd tworcow. Teraz, w grudniu 2000 r. szanowne gremium
glownie profesorow wzbogacono o honorowych gosci - prezydenta
Aleksandra Kwasniewskiego, premiera Jerzego Buzka, ministrow
i dyrektorow, prezesow radia, telewizji itp. Z niczym juz
nie walczono, wszyscy sie zgadzali, ze kultura jest wolna,
podobnie jak spoleczenstwo. A jednak cos jest nie tak. Wszyscy
sa niezadowoleni. Oto co napisal Kazimierz Kutz w przeddzien
otwarcia kongresu: "... kultura zostala zepchnieta na margines.
Skurczyly sie mozliwosci kontaktu spoleczenstwa z wyzsza
sztuka. Zdolni artysci nie maja mozliwosci realizowania
swoich talentow, nie maja gdzie zaistniec, tulaja sie jak
psy bezpanskie. Nieszczescie naszej kultury polega na tym,
ze panstwo przestalo uprawiac polityke kulturalna. (...)
Pieniadz stal sie religia. Dawniej kazdy mlody aktor marzyl
o wielkiej roli - o Hamlecie, o Konradzie. A teraz prawie
kazdy marzy, zeby zyskac popularnosc i wejsc do elity ludzi
wynajmowanych do reklam, bo to daje niewyobrazalne pieniadze.
W wielu dziedzinach, m.in. w kinie, zostalismy polknieci
przez popularna kulture amerykanska - przez dziesiec lat
prawie do nas nie dochodza filmy europejskie, nie wiemy,
co sie dzieje we Francji, we Wloszech, w Rosji. Stajemy
sie w dziedzinie kultury czyms w rodzaju spoleczenstwa podbitego,
ktore sie latwo poddalo". I konczy: "Kultura wysoka juz
jest uwazana za domene nawiedzonych dziwakow, Bozych szalencow.
Moze swiat pomyslany jest jako raj dla przecietnych, ale
to nie znaczy, zeby Polska byla rajem dla baranow".
Kazimierz Kutz od lat jest znany z nazywania rzeczy po
przesadnym imieniu. W referacie wprowadzajacym Ryszard Kapuscinski
zanalizowal sytuacje w kulturze polskiej w sposob, ktorego
najtezsze naukowe umysly mogly pozazdroscic. "Polska - mowil
- stoi (nie sama) przed swiatowym dylematem: model kulturowy
amerykanski, gdzie owoce dzialalnosci tworczej sa takze
towarem i decyduje o ich losie sytuacja rynkowa, i drugi
- model europejski, ktory zostawiajac rozrywke i kulture
masowa prawom rynku - mecenasuje kulturze wysokiej". Na
ten cel lozy sie w krajach "euro" od 2% do 1,1% budzetu.
Ale w Polsce jeszcze przed rokiem bylo 0,88%, a na przyszly
rok rzad sie wybral z kompromitujacym 0,43%. Jestesmy w
tyle nie tylko za Francja czy Hiszpania. Krzysztof Penderecki
opowiedzial po powrocie z Wilna, gdzie trafil na calkiem
dobra orkiestre symfoniczna, ze gdy pogratulowal ministrowi
kultury, ten powiedzial: "Niech sprobuja inaczej! Wydajemy
2% na kulture, cos sie ludziom nalezy". Wiec nawet Litwa
przed nami.
A jednak sluchalem swietnej gawedy prezydenta Kwasniewskiego
- i zna sie na kulturze, i sam potrafi sprostac zgromadzeniu
czolowych osobistosci polskiej profesury, bo ta zjechala
na kongres (kiedys sam oglosil Rok Kultury Narodowej, o
ktorym to roku rychlo zapomniano), i uwaza sie za dobrodzieja
kwalifikowanego. Premier Buzek w bardzo osobistym wystapieniu
opowiadal, jak mu ojciec przed laty zza Olzy pokazywal na
horyzoncie Polske nie jako obszar geograficzny, lecz sfere
intymnych doznan wyzszego rzedu. Premier nie ma watpliwosci,
ze wejscie Polakow do Unii Europejskiej stawi ich w obliczu
albo zaglady kulturowej, albo - w roli zaczynu kulturowego
w srodku Europy, w zaleznosci jak sie do niej odniesiemy.
Jesli zatopi nas obcosc innych kultur i tygiel amerykanski
- bedzie po nas w krotkim stosunkowo czasie. Ale jesli wejdziemy
do UE z naszym dziedzictwem tysiacletniej tolerancji, z
wieloetniczna kultura, ze wspanialym dorobkiem cywilizacyjnym
od Kazimierza Wielkiego po dzisiejszych noblistow, jesli
zabierzemy ze soba wszystko, co mamy najlepszego, to sie
w tyglu nie roztopimy i w morzu obcosci nie utoniemy. Wybor
od nas zalezy. Minely zagrozenia wewnetrzne, nadciaga czas
niepokojow plynacych z zagranicy, ze swiata z jego globalizmem
i komercja. Co nas odroznia - to nasze dziedzictwo godne
narodu o wielkich ambicjach.
*
Spojrzmy na krajobraz. Bedac na aukcji malarstwa w Bristolu
wyczytalem, ze muzea maja pierwszenstwo zakupu przed osoba
prywatna; szlachetne, lecz muzea nie maja grosza na jakiekolwiek
zakupy.
Stowarzyszenie literatow nie moze rozeslac ankiety, bo
nie ma pieniedzy na znaczki. Profesor (doktor habilitowany)
wyzszej szkoly sztuk plastycznych zarabia 800 zlotych miesiecznie.
Filmoteka Narodowa powinna kupowac wybitne dziela kinematografii
swiatowej w jednym egzemplarzu dla celow badawczo-archiwalnych.
W ubieglym roku z braku funduszy zakupiono jeden film.
W tejze filmotece archiwalne kopie naszych filmow sa przechowywane
w warunkach, ktore gwarantuja, ze po kilku latach beda to
juz tylko kopie czarno-biale. Nie bedzie wiec mozna obejrzec
ani Pana Tadeusza, ani Ogniem i mieczem w
kolorze.
52% archiwaliow jest skazone choroba "kwasnego papieru";
nieleczona sprawi, ze za 10 lat nie bedziemy ich mieli.
32% archiwaliow nie mozna udostepnic do badan i opracowan,
bo sie po prostu rozpadna w rekach.
Nie tak dawno do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich przyszedl
list zaadresowany: "Szanowny Pan Jaroslaw Iwaszkiewicz".
Byl to list od posla, ktory chcial cos zalatwic dla poety
ze swego regionu. Prezes SPP zadzwonil do sekretariatu nadawcy:
- Tu kancelaria Pana Boga, dzwonimy w sprawie listu pana
posla.
- Jakiego boga?
- W Trojcy Swietej Jedynego, chcemy mowic z panem poslem.
Pan posel, zaintrygowany, podniosl sluchawke.
- Panie posle, pan Jaroslaw dawno temu zmarl i zostal uroczyscie
pochowany...
- A skad ja mam wiedziec!? Ja sie zajmuje owcami!
Wiec zostaje jedyny Kazimierz Kutz...
*
Wdrozono w zycie przedwojenna instytucje chudego literata.
Kilkaset lat trwajaca epoka Guttenberga odchodzi w zaswiaty
na naszych oczach. Mlode pokolenie, niezaleznie od adresu
geograficznego, przechodzi na audiowizualne odbieranie swiata,
w tym kultury, w tym literatury. Nie czyta sie wiecej. Mlodziez
nie czytuje nawet lektur szkolnych, lecz biega na filmy,
reszte znajduje w Internecie. Literature tez. Przy czym
coraz powszechniej za kulture bierze sie rozrywke lub hollywoodzkie
obrazy, pelne wszystkiego z wyjatkiem dobrego smaku. Polskie
oficyny szykuja sie do recesji w ruchu wydawniczym, ktora
juz sie zaczela. Coraz mniej sie drukuje, ksiegarze nie
rozliczaja sie z hurtowniami, wiec hurtownie sie nie rozliczaja
z domami wydawniczymi, a te nie maja funduszy na nowa produkcje,
wiec drukarnie maja niewykorzystane moce przerobowe itp.
Nawet Proszynski musial odeslac do domu kilkudziesieciu
pracownikow. Inni ida w jego slady. Aby sie utrzymac, trzeba
redukowac personel. Przyklad: jedna z najbardziej znanych
serii "A to Polska wlasnie", ukazujaca sie w nakladzie minimum
5-6 tys. egz., zebrala zamowienia na kolejny, bardzo atrakcyjny
tytul w liczbie... 900. Tytul spadl z planu wydawniczego,
a jak tak dalej pojdzie, to seria podazy za tytulem. Literatury
pieknej nikt nie chce drukowac, bo jest deficytowa niezaleznie
od tego, o jakim nazwisku wspolczesnym mowimy. Nawet slawy
nie zarabiaja na siebie. Naiwni mysla, ze to zjawisko przejsciowe.
A prawda jest taka, ze do spisu nieszczesc polskiej kultury
doszedl koniec ery Guttenbera. Wieksze wydawnictwa juz rozpoczely
wyscig do Internetu w Ameryce i zachodniej Europie, w Polsce
zjawisko tez nie jest nowe, lecz bardzo mlode i zaledwie
kilka prob internetowych przynosi jakis sukces... Coraz
mniejsze dotacje Fundacji Kultury tylko przewlekaja chorobe,
lecz nie sa w stanie kurowac pacjenta. Ksiadz Jan Twardowski,
po ktorego autograf dwa lata temu na targach ksiazki stala
kolejka okolo 300 osob, w tym roku zadowolil sie podpisaniem
kilkunastu ksiazek. Ksiadz-poeta sie nie zmienil, zmienil
sie krajobraz wokol niego.
*
Telewizji podczas kongresu dostalo sie mocno, na co zasluzyla,
lecz jak powiada jej prezes, nie telewizja jest winna. Cala
dyskusja zaczynala sie i konczyla na odpowiedniku amerykanskiego
PBS-u, ktorego w Polsce nie ma. Tworcy kultury maja to za
zle zarzadowi TVP, a prezes mowi, ze gdyby nieznacznie zmienic
ustawe o radiu i telewizji - znajda sie fundusze na polska
"trzynastke" bez koniecznosci dofinansowania PR i TVP. Coz
by znaczyla amerykanska telewizja bez PBS-u? A taka jest
wlasnie polska telewizja. Na ekranie sprzedaje sie towar,
na wyzsza kulture nie ma miejsca, a jesli jest - to nieczesto
i w srodku nocy. Amerykanska stacje stworzyli sponsorzy,
ale w Polsce nie ma bogatych dobrodziejow. Jedynym dobrodziejem
na horyzoncie jest rzad, ktory wlasnie obnizyl wydatki na
kulture z wspominanych 0,88% do 0,43%. Kto wykazuje brak
zrozumienia: Sejm, rzad, prawodawcy? Polskie prawo utrudnia
dzialalnosc tych nielicznych i niebogatych dobrodziejow,
ktorzy sa. Kongres podjal rezolucje w tej sprawie; jesli
zarysuje sie mozliwosc powstania kanalu na wzor PBS bedzie
mozna powiedziec, ze odniosl rzadki w ostatnich kilku latach
sukces. Oby.
*
Quo vadis, nasza kulturo? Z rejestru trosk latwo zgadnac,
ze "gdyby Chopin zyl, to by pil". Napisal to Wyspianski,
a wiec mamy do czynienia z powtorka. Nasza kultura byla
zagrozona w przeszlosci z zewnatrz, przez zaborce, ktory
albo nas germanizowal, albo ruszczyl. Dzisiaj tez jestesmy
zagrozeni z zewnatrz, ale przez innego wroga, wroga w czapce
najlepszego przyjaciela. Nie ma w kraju dobrodziejow, tylko
sponsorzy; nie mozna niczego wydzierzawic, tylko wyleasowac,
nie mowi sie "dobrze", tylko OK, nawet w domowych pieleszach
Jasio zostal Johnem, a kochana Elzbietka - Betty, polowa
sklepow w stolicy cos tam sobie nagryzmolila na szyldach
- im sie wydaje, ze po angielsku - zeby miec wieksze powodzenie
u klientow. Kiedys zalaly nas makaronizmy, potem kiepska
francuszczyzna, teraz psuedoangielszczyzna. Razem z pseudokultura
Hollywoodu, razem z Playboy'ami etc. Profesor Andrzej
Sicinski i prezydent Kwasniewski powiedzieli dobitnie to
samo: jesli nie oprzemy sie na naszym wspanialym dziedzictwie
i wielkiej kulturze - zmiele nas eurodolar i eurokultura.
Slabsi zanurza sie pod lod, tylko narody mocno osadzone
w swoim dziedzictwie potrafia zachowac tozsamosc. W tej
chwili robimy wrazenie kaczki, ktora mysli, ze jest bocianem
i chce odleciec do Egiptu.
*
Tym razem wrog nie strzela i nie zsyla na Sybir, ale pozycza
pieniadze i zacheca do ich brania. Masowa, globalna rozrywka
taniego rzedu i czesto niemoralna, uwazana jest za kulture.
Albo to zrozumiemy, albo za pol wieku jezyk polski bedzie
ludowa gwara, ktorej beda sie wstydzic po miastach, a nasza
kultura bedzie znana jedynie etnologom.
Znowu wiec mamy do czynienia z wyraznym zagrozeniem z zewnatrz.
Od razu na mysl mi przychodza sasiedzi Stanow Zjednoczonych:
przyznajacy sie do francuskiej tradycji mieszkancy Quebecu.
Duzo by sie mozna od nich nauczyc, jak zachowac swa tozsamosc
w ramach unii. W naszym przypadku bedzie to UE. Przed laty
czesciej jezdzilem do Montrealu i do dzis pamietam, jak
mnie smieszylo, ze nikt tam nie umial mowic po angielsku.
Dopiero gdy wyznawalem, ze jestem europejskim turysta nie
mowiacym po francusku - nagle wszyscy wladali piekna angielszczyzna.
Jest to sprawa bardzo prywatna, powiedzialbym intymna, kim
sie czujemy i jak sie czujemy wobec innych. W Warszawie,
niestety, szerzy sie pseudoangielszczyzna, ciagle miara
sukcesu jest jedynie sukces zagraniczny. Wystarczy kichnac
w Nowym Jorku, by w kraju uchodzic za niemal geniusza. Tak
bylo od lat, tylko ze dawniej odniesieniem byl Paryz.
Najmlodsza czesc spoleczenstwa ma sie dobrze: Brzechwa,
Tuwim, Kubus Puchatek, Maly Ksiaze - ci autorzy i te ksiazki
sa w ksiegarniach i ida jak woda. Psuje sie to gdzies na
poziomie nastolatkow, gdy juz nie ma "tak, Elzuniu", lecz
"okay, Betty"...
Jestesmy bardzo doswiadczonym narodem. Bylismy w unii przez
dobre kilkaset lat (polsko-litewsko-bialoruskiej), nauczylismy
sie kochac swoje i szanowac cudze. Polonez Oginskiego "Pozegnanie
ojczyzny" to przeciez nie z Warszawa pozegnanie, lecz z
jego Bialorusia. Mieszkancy Europy patrza na nas z mieszanymi
uczuciami. Wiedza ze stereotypu, ze Polak to gamon, nierob
i pijak. Ale wiedza tez, ze to u nas pekla tama i zatopione
zostalo krolestwo komunizmu; patrza na nasz kulturalny pluralizm
uprawiany przez wieki, chcieliby sie od nas tego nauczyc.
Jak powiedzialem - mamy doswiadczenie, bylismy przez setki
lat w trudnej unii, ktora przetrwala.
Nie chce byc trywialny przypominajac, jak dobrze jest wreszcie
miec wolna kulture. Lecz przynajmniej od czasow Kazimierza
Wielkiego zawsze miewala dobrodzieja (dzis po warszawsku
- sponsora). Bywal nim krol, magnat, szlachcic, bogaty mieszczanin.
Dzis na Zachodzie sa wyprobowane sposoby spolecznego finansowania
kultury wyzszej, lecz nie w Polsce. U nas jest to na razie
niemozliwe. Skonczyly sie palace, dwory i mecenat mieszczanski,
nikt w Polsce nie ma duzych pieniedzy, jestesmy zrownani,
prawie jakby z idealu komunizmu, nikt nie ma niczego. Ale
czy to znaczy, ze nalezy oczekiwac wszystkiego od panstwa?
Musimy sobie powiedziec, ze zyjemy w czasach przejsciowych,
upadku dawnych form mecenatu, podczas gdy nowe sie jeszcze
nie wytworzyly. Bo polski dobrodziej jeszcze cienko przedzie
i nie moze ufundowac ani kanalu telewizyjnego wolnego od
komercji, ani przedstawienia w operze, ani utrzymac muzeow.
Ktos to musi robic. Niech to pachnie socjalizmem - bez 2%
budzetu narodowego polska kultura dlugo nie pociagnie. Jesli
nam sie przewroci w glowach i bedziemy udawac bociany -
do Egiptu nie zalecimy. Musi wyksztaltowac sie instytucja
dobrodzieja: panstwowa, spoleczna, samorzadowa, powszechna.
Szczesliwie nie trzeba juz drugi raz wykupywac Wawelu, ani
odbudowywac zamku, trzeba natomiast odbudowac biblioteki,
repertuar teatrow, dobre imie telewizji, szacunek dla tworcow
kultury.
Jezeli wszystko pojdzie w tym kierunku, po latach bedziemy
mogli sobie powiedziec, ze Kongres Kultury Polskiej w 2000
roku byl dobrym zaczynem.
Kazimierz Braun
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |