[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (26 grudnia 2003)


BEATA DOROSZ

Co laczylo "polskiego faszyste"
z "bolszewickim agentem"

czyli dzieje trudnej przyjazni Lechonia i Tuwima (dokonczenie)

Rozdzwiek miedzy Lechoniem i Tuwimem zamienil sie w otwarta wojne. Ze strony Lechonia przeniosla sie ona na lamy redagowanego przez niego Tygodnika Polskiego. Gdy w listopadzie 1943 r. Tuwim przeslal Kongresowi Przyjazni Amerykansko-Radzieckiej list, w ktorym m.in. zyczyl mu owocnych obrad i dawal wyraz swojej fascynacji Krajem Rad - redakcja Tygodnika opublikowala pelny jego tekst i komentowala, ze poglady polityczne Tuwima sa jego prywatna sprawa, ale "[...] sprawa ogolniejsza i bardziej obchodzaca nas wszystkich jest fakt, ze poeta [...] pisze swoj list i sklada "zyczenia" w czasie, gdy Rosja zada nowego rozbioru Polski, w czasie jej najperfidniejszej w stosunku do nas polityki i najpodstepniejszych zabiegow dyplomatycznych, w czasie jej zamachow na konstytucyjny rzad polski w Londynie, w czasie oskarzenia o faszyzm przywodcow narodu walczacego z Niemcami i w czasie bestialskiego meczenia setek tysiecy obywateli Rzeczypospolitej w jej wiezieniach i obozach. Ta strona wystapienia Tuwima obchodzi wszystkich Polakow, i to jest w nim najwazniejsze. Poeta moze byc pewny, ze trudno nam bedzie zapomniec o jego "najlepszych zyczeniach".

Niczym w przewrotnej odpowiedzi, 21 grudnia 1943 r. Tuwim wystapil w Town Hall w Nowym Jorku na wiecu Przyjazni Polsko-Radzieckiej pod haslem "American Stake in Polish-Soviet Collaboration". Komentarz pojawil sie w Tygodniku w artykule redakcyjnym Nowa Targowica, w ktorym Tuwima, Langego i ich politycznych towarzyszy pozbawiono "piekniejszego dzis i zaszczytniejszego niz kiedykolwiek imienia Polakow". Zas z poczatkiem r. 1944 rzad polski na uchodzstwie wstrzymal wyplacanie Tuwimowi zapomogi z Funduszu Kultury Narodowej.

Tuwim tymczasem konsekwentnie manifestowal prosowiecka postawe, m.in. wysylajac na rece Ilii Erenburga depesze do pisarzy sowieckich, datowana 24 lipca 1944, w ktorej wyrazal radosc z "wyzwolenia" Polski.

Nazwisko i sprawa Tuwima jeszcze tylko dwukrotnie pojawily sie na lamach Tygodnika Polskiego. W artykule "Tuwim u Rzymowskiego" (ministra spraw zagranicznych rzadu PRL) na temat przyjecia w ambasadzie polskiej, na ktorym "nie bylo nikogo waznego z Polakow, ktorych nazwiskami mozna by sie pochwalic", skrytykowano postawe Tuwima: "[...] trzeba wreszcie jasno i wyraznie postawic sprawe, ktora ze wzgledow na sytuacje literacka Tuwima dlugo wszyscy staralismy sie przemilczec. Tuwim - swoja dzialalnoscia polityczna nie liczaca sie ani z uczuciami i myslami, ani nawet z bezmiernymi cierpieniami Polski, odcial sie raz na zawsze od narodu. Mozna bylo miec nadzieje, ze skoro tak propaguje raj Osobki [Morawskiego, premiera komunistycznego rzadu - przyp. BD] i jakoby wierzy w szczescie pod Sowietami, uczyni to przynajmniej, ze gdy stanie sie to mozliwe, czym predzej tam pojedzie, aby dzielic los tych, ktorych namawial na to szczescie. Nie przestalibysmy go wtedy uwazac za ciezkiego szkodnika sprawy polskiej, ale przyznalibysmy przynajmniej, ze to szalenstwo jest wynikiem glebokiego przekonania i ze Tuwim gotow jest cos dla swoich przekonan poswiecic. Ale Tuwim siedzi w New Yorku i na Zjazd Pisarzy w Polsce nie pojechal, wymowiwszy sie ´trudnosciami transportowymiª. Siedzi syty, bezpieczny, ma dach nad glowa, moze pisac, co chce i jak chce, gdy w owym raju, jakoby utesknionym przez niego, pisarze polscy musza milczec lub klamac, aby ratowac swe zycie, nie majac co do ust wlozyc i czym sie przyodziac. I wreszcie, on poeta pierwszego blasku idzie witac czlowieka, ktory zostal wyrzucony poza nawias literatury za zwykle przestepstwo literackie i, przyzwyczajony do kontaktu z ministrami wszystkich obozow, klania sie plagiatorowi, dlatego, ze Sowiety mianowaly go ´ministremª. Jedno jest ciekawe. O czym tez rozmawiali ci dwaj nowo kreowani przeciwnicy ´sanacjiª? Prawdopodobnie o dawnych czasach, kiedy pili z ´sanacjaª, pisali w ´sanacyjnejª prasie i zarabiali na sanacji piekne grosze". Poinformowano tez, ze Rzymowski zostal w 1937 usuniety z Polskiej Akademii Literatury za "oderzniecie calych stron" z ksiazki Bertranda Russella.

W najmniej oczekiwany przez Tuwima sposob przypomniano go jako poete. W artykule "Tuwim przeciw linii Curzona" przedrukowany zostal jego wiersz Stolice, ktory napisal w zwiazku z traktatem pokojowym w marcu 1918 miedzy aliantami i Zwiazkiem Sowieckim, a komentarz glosil: "Brawo Tuwim z 1918 - brawo byly Tuwim, ktory rozumial, ze bez Lwowa i Wilna nie ma wolnej Polski. I jakze ciezkim oskarzeniem jest ten piekny wiersz bylego Tuwima w stosunku do obecnego, ktory widzi wolnosc w niewoli, prawde w klamstwie, cnote - w Rzymowskim, bohaterstwo - w Zymierskim".

Trudno sie dziwic, ze tak traktowany przez redakcje Tygodnika Polskiego Tuwim staral sie deprecjonowac jego range w zyciu srodowiska emigracyjnego i lekcewazaco wyrazal sie o jego poziomie. Leopolda Staffa informowal: "Leszek i Kazio [...] Wydaja pismo gloryfikujace durnia Bora i zboja Andersa". Slonimskiemu wyznawal: "Tygodnikiem Polskim, tj. organem Andersa, Bora, [...] Heleny Rubinstein i Matki Boskiej nie interesuje sie", ironizujac m.in. na temat szaty graficznej pisma oraz reklam firmy kosmetycznej; notabene jej wlascicielka jako jedna z pierwszych przyszla z pomoca finansowa skamandrytom, gdy przybyli do Nowego Jorku, organizujac ich wieczor poetycki w swoim salonie na Fifth Avenue.

Z poczatkiem r. 1945 Tuwim podjal decyzje o powrocie do kraju. Usilowal tez sklonic ku temu Wittlina: "Mysle, Joziu, ze i Ty powinienes powaznie zastanowic sie nad powrotem. Zwlaszcza ze wzgledu na Elzunie, bo grozi jej, jak wszystkim dzieciom europejskim na tym kontynencie, ajskrimizacja uczuciowa i intelektualna. [...] Poza tym: z czego Ty bedziesz zyl? Nasz rzad otoczy pisarzy najczulsza opieka - ale w kraju. Tutaj przeciez nie bedzie przysylal ´zapomogª, bo to byloby groteskowym zjawiskiem. Nie mysl, ze ciebie w kraju ´nie chcaª i pozbadz sie nalogu jalowych rozwazan o ´grzechachª i ´winachª z powodu niebytnosci w Polsce w ciagu ubieglych szesciu lat. [...] Nikt do Ciebie nie bedzie mial o nic pretensji: ze nie byles, ze nie cierpiales, ze nie pisales, ze nie podpisywales ze mna oswiadczen prosowieckich i prolubelskich - ani nawet o to, ze podpisywales jakies antylubelskie. [...] Mozesz byc w Polsce tym, czym jestes, nikt Ci w ´swiatopogladª nie bedzie zagladal. Oczywiscie, jezeli zaczniesz dzialac przeciw rzadowi, jego zarzadzeniom politycznym itd. albo jezeli sie spikniesz z faszystowskimi skurwysynami, ktorzy ciagle jeszcze prowadza tzw. krecia robote - pojdziesz do wiezienia. Ale przeciez Ty nie jestes polityk, tylko Jozio Wittlin, pisarz. [...] I nie mysl, jak mysla ci durnie, ze Cie ktos bedzie ´zmuszalª do pisania tych, a nie innych, utworow. Bo tylko zrozpaczeni durnie i bankruci rozsiewaja te plotki. Bo zalezy im na tym, aby do Polski wrocilo jak najmniej ludzi i zeby w Polsce bylo jak najgorzej".

Choc a priori udzielal przyjacielowi odpustu z "grzechu emigracji", sam nie byl go pewien, gdy wyznawal Iwaszkiewiczowi: "Kochany, kochany moj Jaroslawie! [...] nie bedzie w tym liscie zadnych zwierzen natury ´duchowejª czy ´intelektualnejª - bo na to trzeba by sie wlasciwie polozyc na kanapie psychoanalityka - i bredzic, plesc, belkotac co najmniej przez 6 lat, tj. przez tyle lat, ile minelo od czasu wyjazdu z Polski. I kto wie, czy nie trzeba bedzie: tyle we mnie kompleksow. Kompleksy ´nieuczestniczeniaª, ´nieobecnosciª, ´bezpieczenstwaª, ´sytosciª - jeden wielki ´kompleks ocaleniaª, glownie z poczuciem winy (?) i grzechu (?) w stosunku do zamordowanych Zydow polskich. Mysle, ze sie z tego otrzasne po powrocie do kraju. W waszych oczach, zaraz przy pierwszym spotkaniu, bedzie wyrok. Pamietajcie!".

Podobne niepokoje zywil wobec dawnych przyjaciol z "drugiej strony barykady". Podroz powrotna do Polski zamierzal odbyc przez Londyn, ale obawial sie konfrontacji z bliskimi mu niegdys osobami, gdy pisal Slonimskiemu: "Jak dlugo zostaniemy w Londynie, trudno mi dzis powiedziec; nie chcialbym dluzej niz 2 tygodnie, potem statkiem do Gdyni. Bardzo Cie prosze o zamowienie dla nas jakiegos porzadnego i niezbyt drogiego pokoju w hotelu: zeby bylo blisko do Ciebie, blisko ambasady, blisko portu, niedaleko od ksiegarni (liczba mnoga) i antykwarni, bardzo blisko jakiegos baru, a bardzo daleko od Nieprzejednanych, Nieustepliwych, Dumnych, Szlachetnych, Bolesnych a Zacietych, slowem - od Zasranych. [...] Czy Stas poda mi reke? Czy Kuncewicz splunie, gdy mnie zobaczy? Czy Grydz przejdzie na druga strone? (ulicy; nie pod wzgledem politycznym)".

Z Londynu do Warszawy Tuwim dotarl 12 czerwca 1946 r. Gdy rozdzielily ich nie tylko poglady polityczne, ale i Atlantyk, Lechon juz tylko poprzez prase krajowa mogl sledzic dzialalnosc Tuwima. Wrazeniami dzielil sie z Grydzewskim: "Czytam teraz po kolei Odrodzenie. Zgroza! Pomimo wszystko Galczynskiego trzeba bedzie skazac na dozywotnie wygnanie. Tuwima sam wybronie. Ale bez wieszania sie nie obejdzie". Nie zamierzal jednak wszystkiego puszczac Tuwimowi plazem - gdy konflikt zbrojny w Korei w 1950 r. obudzil w czesci emigracji nadzieje na zmiane politycznego porzadku na swiecie, a zatem i koniec wygnanczego zycia, obmyslal swoisty "rewanz", piszac do redaktora Wiadomosci: "Wszystko u nas z dnia na dzien przestawia sie na wojne. Bog wie jeszcze, jakie to zrobi zmiany w zyciu kazdego z nas. [...] Daj mi slowo, ze przynajmniej przez pierwszy rok nie bedziesz drukowal Tuwima w Wiadomosciach, kiedy powrocimy do Warszawy".

Manifestowana przez Tuwima postawe polityczna krytykowal bezlitosnie, ale czy to w imie dawnej przyjazni, czy z upodobania do dobrej poezji, czasem szukal dla niej pewnego rodzaju usprawiedliwienia (Dz., 18.02.1952): "Wiersz Tuwima Do corki w Zakopanem, gdyby z niego wyrzucic zwrotke o Leninie, moglby ujsc za spontaniczny. Nie ma rady na prawdziwa poezje, na prawdziwego poete. Bucha ta poezja z owego wiersza bezczelnie glupiego albo bezczelnie podlego - bo przeciez niewole nazywa ten wariat wolnoscia".

Byla wszakze dla Lechonia granica nieprzekraczalna, wobec ktorej - niezlomny i nieprzejednany - nie uznawal zadnych kompromisow, czemu dal wyraz w pelnej dramatyzmu notatce w Dzienniku (31.03.1953) o reakcji pisarzy w kraju na smierc Stalina: "Tuwim napisal w Przekroju: ´Dlugie sa dzieje nasze - dzieje rodu czlowieczego na ziemi - a nie bylo jeszcze zaloby tak powszechnej, tak bolesnie w zbiorowym sercu ludzkosci wezbranej, jak po Nim - pierwszym tej ludzkosci obywateluª. A jako nowa i widac chcaca lata wahan odrobic ´usierdiemª komunistka Maria Dabrowska: ´Smierc Jozefa Stalina tak mna wstrzasnela, ze nie jestem w stanie znalezc slow na wyrazenie tego, co sie przezywalo w ciagu tych dni, w ktorych stan chorego wazyl sie miedzy zyciem i zgonemª. [...] I to wszystko pisza Polacy o czlowieku, ktory kazal zamordowac polskich jencow wojennych, zabral polowe polskiego panstwa, dopomogl do zburzenia Warszawy, zeslal na Sybir miliony Polakow, ktory doszedl do wladzy po trupach najblizszych sobie ludzi, wymordowanych zdradziecko, ktory byl tryumfujacym Gradiuszczym Chamem! Coz za podlosc, coz za tchorzostwo, coz to za kanalie!".

Na Dziennik Lechonia warto spojrzec pod katem czestotliwosci i "sposobu" pojawiania sie w nim Tuwima. Widac, ze w sercu i umysle Lechonia - mimo uplywu czasu i opisanych wydarzen - ciagle istniala niezalatwiona do konca "sprawa Tuwima". Lechon sam usilowal ja nazwac (Dz., 17.12.1951): "Nie jest mi to wcale obojetne, ze imie ´Leszekª zostalo na kartach Kwiatow polskich. Moje rachunki z Tuwimem wcale nie sa skonczone przez to, ze go nie znam i do smierci znac nie chce. Jest miedzy nami - jeszcze inna sprawa, toczaca sie wyzej, romantyczny poeta powiedzialby ´miedzy gwiazdamiª". Analizowal wiec niezwykle czesto tworczosc bylego przyjaciela; czytajac innych poetow, czynil porownania z poetyckimi dokonaniami Tuwima i ten zawsze wychodzil z nich potezniejszy i zwycieski. Wydaje sie, ze najpelniej okreslil wlasny stosunek do "sprawy Tuwima" w pelnym ekspresji stwierdzeniu (Dz., 19.01.1950): "Wszystko miedzy mna a Tuwimem zerwane na zawsze oprocz poezji. W niej bedzie jego ulaskawienie".

Momentem przelomowym stal sie nagly zgon Tuwima, 27 grudnia 1953 r. w pensjonacie w Zakopanem. Nastepnego dnia Lechon pisal: "Umarl Tuwim. Ta wiadomosc napelnila mnie czyms, czego nie nazwac inaczej niz solennoscia - bo tez sprawa miedzy nami byla tak powazna, ze ani jej nie mozna zaklamac, ani sie z niej wyklamac. I teraz nie moge zapomniec o tych 7 ostatnich latach - ale pamietam jeszcze 20 pare lat - mych wloczen sie, milczen, zartow, ale przede wszystkim jego wierszy. Gdym je pierwszy raz jeszcze przed Czyhaniem na Boga przeczytal - wiedzialem, ze nigdy takich nie bede pisal, ze jesli stana sie one jedynym wzorem owczesnego i idacego okresu - bede nie uznany, moze wysmiewany - ale czulem, ze w tej nowej obcej mi epoce jest on prawdziwym i w pewnym niepatetycznym sensie wielkim tworca. Wszyscy, ktorzy po nim przyszli, i wielu jego rowiesnikow powinno powiedziec teraz: ´My wszyscy z niegoª. [...] Juz nie nam go sadzic i szkoda kazdego slowa naszego ludzkiego sadu. ´Niech Ci lekka bedzieª, Julku, ta ziemia polska, ktoras tak zle, tak glupio, ale naprawde kochal".

Od tej chwili byl gleboko przekonany o potrzebie osobistego, dramatycznie spoznionego, rozliczenia z przyjacielem (Dz., 19.04.1954): "Smierc Tuwima jest jakas data zwrotna, jakas miara dla mnie. [...] Ta miara jest nieziemska i tylko ja jej moge uzyc".

Jednak dopiero w blisko rok po smierci przyjaciela powstal wiersz Tuwim, konczacy sie slowami:

Wyciagasz dlon swa w mroku, przestepco niewinny,

Do podanej z daleka znowu bratniej dloni.

Rownoczesnie podjal wysilek pisania obszernego eseju o Tuwimie. W odnotowane w Dzienniku zmagania z trudna emocjonalnie, merytorycznie i literacko materia tego szkicu wplotl m.in. uwagi o reakcji srodowiska literackiego w kraju i na emigracji na zjawisko, jakim byl Tuwim (18.01.1954): "Cala Nowa Kultura zawalona wspomnieniami o Tuwimie, wierszami na jego czesc. Na czesc prawdziwego Tuwima, ktorego i mysmy tu zegnali. Tylko tu i owdzie w bardzo oficjalnym dytyrambie przesliznie sie cos caroslawiacego, poprzez zal naprawde i hold dla poezji, nie zadnej proletariackiej, tylko polskiej i prawdziwej. Krzycza, ze ten pogrzeb - czlowieka, ktory pierwszy i frenetycznie ukorzyl sie przed bolszewia, byl, takie bywaja paradoksy, katharsis polskiej literatury w Kraju, byl jakby dlugo hamowanym i nagle wybuchlym placzem za wolnoscia". O rezultatach swojej pracy informuje Grydzewskiego: "Jezeli mozna sie pochwalic, to zaleta tego, co napisalem, jest, ze niczego nie pomijam, ze nie apoteozuje Tuwima i nie rozgrzeszam, ale mowie o nim jako o poecie rzeczy, ktorych nikt o nim, uwazam, nie powiedzial i ktore sa prawdziwa, nie brazownicza apoteoza. Pisze o nim to - co sie o nim mowi w niebie [...]; jesli dotrwam i napisze jeszcze tych pare stronic, jak zaczalem, to bedzie to cos i nie pozalujesz, jesli to wydasz".

Redaktor Wiadomosci istotnie opublikowal ten szkic - ale jakby zawilosciom i paradoksom przyjazni Lechonia i Tuwima nie bylo dosyc - stalo sie to juz po samobojczej smierci Lechonia (8 czerwca 1956 r.), ktory nie zdolal ukonczyc tego swoistego rozrachunku. Obszerny tekst czytelnicy dostali do rak w chwili, gdy obaj poeci spotkali sie ponownie "po tamtej stronie", Lechonia jednak nigdy nie opuszczalo poczucie szczegolnej, pozazmyslowej - wbrew czasowi, przestrzeni i roznicom politycznym - lacznosci z przyjacielem, pisal bowiem (Dz., 9.01.1954): "Wittlin powiedzial mi wczoraj w czasie audycji o Tuwimie: "ja ci mowie, ze on jest tutaj". Odpowiedzialem: "tak", i jestem prawie pewny, ze tak bylo".


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail