[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 24 września 2004


CZESŁAW KARKOWSKI

Nowojorska
kronika kulturalna (sztuki plastyczne)


Tors eleganckiego mężczyzny w muszce i klawiaturze fortepianowej zamiast białej koszuli; okulary z uszami miast szkieł i napis look an hear; trąbka wzlatująca na skrzydłach w powietrze, albo po prostu brodaty młody mężczyzna siedzący na stołku i puszczający kolorowe bańki mydlane, to tylko niektóre z ponad czterdziestu polskich plakatów zaprezentowanych w Jazz Gallery (290 Hudson St., między Spring i Dominick St., Manhattan). Wystawę "Polish Jazz Poster" zorganizował Donal S. Mayer z Contemporary Posters. On i jego firma należą od lat do niestrudzonych propagatorów polskiego plakatu w Ameryce. Parę lat temu mieliśmy okazję oglądać (m.in. w konsulacie RP) kolekcję polskich plakatów poświęconych cyrkowi; nie dojechała do Nowego Jorku, ale zainteresowaniem cieszyła się na zachodzie USA sztuka polskiego plakatu do westernów. Dziś otwiera się kolejna ekspozycja - tym razem plakat związany z muzyką jazzową, festiwalami i koncertami tej popularnej w Polsce muzyki.

W galerii można obejrzeć głównie dzieła trzech artystów: Rafała Olbińskiego, Jana Sawki i Waldemara wierzego, pochodzące z lat 70. i 80. ub. wieku. Polskim widzom to wystarczy, aby przypomnieć sobie dawne plakaty porozklejane na słupach ogłoszeniowych, porozwieszane w rozmaitych miejscach i dzięki tym przykładom raz jeszcze uświadomić sobie, czym była polska sztuka plakatu, dzięki której polscy artyści zasłynęli na świecie.

Polski plakat tamtych lat i okresu wcześniejszego łączył metaforę z dosłownością, konwencję z oryginalnością, konkret z abstrakcją, informację z poezją. Plakat z natury ma charakter użytkowy, ale Polacy przekształcili go w dzieło sztuki plastycznej. Zdołali zawrzeć zwięzłą, skondensowaną informację o wydarzeniu, które plakat obwieszcza, komunikując ją środkami artystycznymi, wzmacniając i uzupełniając zawiadomienie podane tekstem pisanym. Dla polskich artystów obraz przestał być ozdobnikiem, dodatkiem do obwieszczenia, a przekształcił się w samoistne dzieło. Pełnił nie tylko funkcję informacyjną, ale nade wszystko - estetyczną. Plakaty były ładne, interesujące, pomysłowe; przyciągały wzrok, pobudzały wyobraźnię.

Na wystawie w Jazz Gallery zobaczyć można zaledwie próbkę tej sztuki - surrealizm Olbińskiego, liryzm Sawki i poetycki realizm wierzego. Zobaczymy też coś szalenie ważnego: choć wydarzenia, o których obwieszczają, dawno minęły, plakaty te straciły więc swą bezpośrednią funkcję użytkową, to jednak pozostały samoistne dzieła sztuki, trwają poza chwilą, która powołała je do życia.

Otwarcie wystawy nastąpi w niedzielę, 26 września w godz. 6-8 wieczorem i połączone będzie z występem popularnego polskiego pianisty jazzowego Leszka Możdżera. Wstęp na wystawę bezpłatny, ale bilet na koncert kosztuje 15 dol. Rezerwacja - tel. (212) 242-1063.

Bogusław Lustyk mieszka i pracuje w Saratoga Springs, miejscowości-kurorcie na północy stanu Nowy Jork, słynnej z wyścigów konnych i w ogóle imprez związanych z końmi. Polski artysta specjalizuje się w malowaniu koni. Wpierw dał się poznać amerykańskiej publiczności w Louisville, Kentucky, w stanie także znanym z hodowli i wyścigów koni. Swą sztuką tak zachwycił miłośników tego sportu i tych zwierząt, że został nawet mianowany w 1988 r. oficjalnym artystą Kentucky Derby. Lustyk był drugim twórcą (po LeRoyu Neimanie w 1997 r.), którego spotkał ten zaszczyt.

Polak miał w Louisville dobrze prosperujące studio, gdzie malował głównie to, co lubił i to, na co jednocześnie w tym "końskim" stanie był największy popyt - konie, jeźdźców, wyścigi, dżokejów. Malował dzieła pełne impresyjnego, migotliwego obrazowania, gdzie zwierzęta w pędzie stapiają się w oczach patrzących z jeźdźcami, a stając się trudno odróżnialne nabierają człowieczego charakteru. Poryw powietrza sprawia, że ich sylwetki rozpływają się, zamazują. Ogromnie dynamiczne, kolorowe i efektowne obrazy Lustyka mogły doprawdy się podobać.

Po paru latach artysta przeniósł się do Saratoga Springs, gdzie nie tylko popyt na jego obrazy był większy, ale gdzie także mógł rozwinąć swą sztukę, poszerzyć zakres działania. Konie, jeźdźcy wyścigi to tylko szczególny przypadek ogólnych, estetycznych zainteresowań Lustyka, którego w ogóle fascynuje ruch (na przykład taniec) i kolor, połączenie soczystych różnorodnych barw.

W Saratoga Springs na początku września stworzył dzieło, które zatytułował Ogród tańca. Składa się nań 20 ponaddwumetrowych sylwetek ustawionych na trawniku w pobliżu Narodowego Muzeum Tańca i Izby Sław. Są to płaskie postaci w tanecznych przegięciach ciała, pomalowane w jaskrawe, barwne plamy albo w równie kolorowe geometryczne wzory. Inne, podobne figury rozmieścił w parkach i na trawnikach miasta. Te skręcone sylwetki Lustyka, wycięte z blachy aluminiowej, lśnią jaskrawymi błękitami, pomarańczowymi i żółtymi kolorami. Choć są odporne na warunki atmosferyczne, w zimie mają być przeniesione do wnętrza lokalnego muzeum.

Ponadto w oknach tamtejszego City Center artysta zawiesił wielkie kolorowe obrazy przedstawiające tancerzy. Skyline Dance to dzieła powstałe ku czci George'a Balanchine'a i Nowojorskiego Baletu Miejskiego. Przynajmniej część z tych dzieł została zainspirowana jego własnymi, wykonanymi w mniejszej skali, które wcześniej zaprezentował na indywidualnej wystawie w warszawskim Teatrze Narodowym.

Przedsięwzięcie Lustyka zakrojone jest na dużą skalę i poruszyło całe nobliwe Saratoga Springs. Jego dzieła nie tylko widać w różnych częściach miasta, nie tylko mówi się o nich i pisze w lokalnej prasie (polskiemu artyście i projektowi, który jest jego wkładem w dzieło upiększania i urozmaicania scenerii miasta poświęcono kilka artykułów), ale przede wszystkim Bogusław Lustyk stworzył nową imprezę plastyczną i taneczną zarazem. Jego program artystyczny składa się łącznie z siedmiu jednoczesnych wydarzeń, otworzył ludziom oczy na nowe możliwości artystycznego organizowania przestrzeni, łączenia sztuk, przekonuje ich do malarstwa, rzeźby i tańca jako naturalnego i koniecznego przedłużenia codziennego bytowania mieszkańców. "Co roku w Saratoga Springs chcę zrobić coś szczególnego, coś innego" - powiedział Lustyk lokalnej gazecie.

*

Galeria Kuriera Plus zorganizowała wystawę fotografii Zofii Zalewskiej pt. "Normandia - śladami Moneta". Pomysł krakowskiej artystki polegał na odnalezieniu miejsc, które przed ponad stu laty malował francuski impresjonista i sfotografowaniu ich nie tylko w dzisiejszym wyglądzie, ale także, a w istocie: przede wszystkim - pokazaniu, jak prezentują się widziane okiem aparatu fotograficznego z tej samej mniej więcej perspektywy, z jakiej wcześniej widział je i utrwalił na płótnie malarz. Obok dużych powiększeń zdjęć Zalewska dla porównania umieszcza kolorowe kopie stosownych obrazów Claude'a Moneta.

Różnicę najdobitniej widać chyba w przypadku Jeziora nenufarów - stawu z liliami wodnymi w ogrodzie w Giverny, założonym przez malarza, dziś wielkiej atrakcji turystycznej. Monet malował plamami barwnymi, szukał zestawień rozmaitych odcieni zieleni i gry barwnej w zależności od sąsiedztwa kolorów - żółtego, różowego, czerwonego itp. Na fotografii Zalewskiej mamy zalew zieleni, zarośnięty staw, mostek nad nim, wokół pełne liści drzewa.

Monet, którego malarstwo, jak wszystkich impresjonistów, było w dużej mierze odpowiedzią artystów na konkurencję (i zagrożenie) ze strony rozwijającej się w drugiej połowie XIX wieku fotografii, pokazywał, że kamera nie jest w stanie sprostać dziełu malarskiemu.

Dziś wiemy, że drogi malarstwa i fotografii jako sztuki rozeszły się, nie konkurują ze sobą, ale stwarzają odrębne światy. Na przykładzie prac Zalewskiej widzimy, że słynny impresjonista nie tyle utrwalał ulotne wrażenia, ale w istocie eksperymentował z kolorami. Zalewska daje nam fotograficzny ekwiwalent tamtych obrazów - nie substytut, naśladownictwo Moneta, ale osobne dzieło sztuki rządzące się własnymi prawami: szczegółowym odwzorowaniem przedmiotu, właściwym uchwyceniem momentu, "złapaniem chwili", stworzeniem specyficznej aury obecności artysty w danym miejscu.

Zofia Zalewska wędrowała po Normandii, dotarła do plaży w Etrat, gdzie w morze wychodzi osobliwa forma skalna, rodzaj bramy. Monet malował ją z łódki wśród wzburzonych fal. Aparat fotograficzny "widzi" tamte miejsca inaczej, niż je przedstawiał malarz, który dla efektu artystycznego zmieniał proporcje, spłaszczał bądź rozciągał perspektywę, a przede wszystkim nasycał scenerię kolorami.

Krakowska artystka podjęła się ciekawego eksperymentu, nie warto go jednak kontynuować, ponieważ przez te zestawienia pokazała nam naocznie to, co już wiemy: że malarstwo i fotografia to różne dziedziny sztuki i traktują inaczej swą materię - przedstawianą rzeczywistość.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail