[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 8 października 2004


EWA BERBERYUSZ

Kartki ze skażonej strefy


Twarz zwracająca uwagę urodą, ale nic z lalki, raczej intelektualistka. Bujne kruczoczarne włosy. Mogłaby grać w filmie rolę idealnego sędziego. Powab skryty w surowości. - Jeszcze raz usłyszę wybuch śmiechu, wyproszę wszystkich z sali - mówi stanowczo podczas rozprawy pokazywanej w telewizji. Pierwsza dama sądu. Barbara Piwnik, krewna legendarnego dowódcy AK "Ponurego". Doskonała parantela, doskonała prezencja. Postać medialna; zapraszana do dyskusji.

Powierzono jej najpoważniejszą w Polsce gospodarczą sprawę karną, zwaną aferą FOZZ-u (Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego). Ogromne pieniądze, ogromne zapętlenie oszustw i tajemnic, straty miliardowe. Nitki prowadzą do najwyższych przedstawicieli władzy i partii PRL-u. Kto sprawy tknął - przepadał, był nawet przypadek śmiertelny. Sprawa ciągnie się czternaście lat. Gdyby nie głosy opinii publicznej, milczkiem czekano by na przedawnienie.

I oto sprawę obejmuje Barbara Piwnik. Prowadzi ją przez sześć lat. Jej popiersie z łańcuchem ledwie widać nad niebotycznym stosem akt. Nowy duch. Nowa nadzieja.

Niestety, kiedy proces wchodzi w decydujący etap i poszlaki prowadzące do ludzi z pierwszych stron gazet epoki socjalizmu klarują się coraz wyraźniej, ku powszechnemu zaskoczeniu, premier Leszek Miller powołuje ją na ministra sprawiedliwości. Sprawa FOZZ-u zostaje przekazana innemu sędziemu. Zgodnie z procedurą proces musi zacząć się od początku. A na horyzoncie coraz wyraźniej rysuje się termin przedawnienia.

Sędzia Piwnik niewiele się tym przejmuje. Udziela wywiadów. Podkreśla, że jest dumna z uczestnictwa w rządzie Leszka Millera. Sielanka. Krótka.

Premier Miller po serii wpadek pani minister, wpadek niebagatelnych, wręcz kompromitujących, o które nikt by jej nie podejrzewał, odwołuje ją ze stanowiska. Pożegnanie w telewizji. Największy bukiet kwiatów, jaki widziałam, zakrywa jej twarz. Uśmiecha się przez łzy do premiera.

Krótka kariera ministerialna, ale - i to jest pech pani minister - zahaczająca o kluczowe wydarzenie w gabinecie premiera, które da początek nowej, wielkiej aferze, tym razem w branży paliwowej. Dlatego obecnie sędzia Piwnik występuje jako świadek komisji sejmowej w aferze Orlenu. Włosy ścięte jak na pokutę, siedzi i mówi, mówi, mówi bez końca. I zupełnie bez sensu. Nie jest w stanie odpowiedzieć na proste pytanie. Przywoływanie do porządku przez przesłuchujących jakby do niej nie docierało. Proszą, błagają, wreszcie grożą. Żądania odpowiedzi "tak" lub "nie" - ignoruje. Mówi sobie a muzom, typowy szum medialny. Broni Millera? Po co? Broni siebie? Kompromitujący sposób obrony, zwłaszcza dla sędzi. Gdyby świadek jej tak odpowiadał, jak ona komisji, zmiażdżyłaby go jednym słowem.

Jak się okazuje, Barbara Piwnik była zupełną "pomyłką obsadową", jak mówią aktorzy. Aleksandra Jakubowska też kłamała komisji w sprawie Rywina, ale jej słowa trzymały się kupy. Piwnik bredzi.

Jeżeli już jesteśmy przy sędziach: sędzia Marek Sadowski przed dziewięciu laty, jadąc samochodem, potrącił kobietę, która do dziś jest kaleką. Sędzia nie poniósł żadnej odpowiedzialności, ponieważ chronił go immunitet sędziowski. Gdy premier Belka zrobił go ministrem sprawiedliwości, dziennikarze wreszcie podnieśli raban. Premier Belka pozbawił go stanowiska, ale tego samego dnia nowy minister zrobił Sadowskiego prokuratorem, któremu również przysługuje immunitet. Pozostaje nietykalny. Poszkodowana kobieta chodzi o kuli.

Przyrzekłam sobie solennie, że nie będę się zajmować aferami władz sądowniczej, ustawodawczej, wykonawczej i samorządowej, bo dzieją się nagminnie i w takiej liczbie, że na wołowej skórze by nie spisał. wiat ogarnięty jest sprawami strasznymi, nowej nieznanej natury, u nas - jak gdyby nigdy nic - rośnie jedynie góra tych samych nieprawości.

I to niezgulstwo w wykrywaniu! Najbardziej mnie wścieka. Oto księgowe wielkiego szpitala kradły na masową skalę pieniądze przeznaczone na leki. Kradły, no to kradły, rzecz powszednia. Ale przez lata!!! Ponadto przyznawały sobie premie. Sprawa wyszła, bo umarła dyrektorka szpitala. Jej następczyni była bardziej dociekliwa.

*

Polski Czerwony Krzyż to instytucja zacna, zasłużona, o pięknej karcie, zwłaszcza w czasie okupacji. Po kraju rozstawione białe metalowe skrzynie z emblematem. Na zużytą odzież. Ludzie, zadowoleni, że bez kłopotu, a z pożytkiem, mogą upłynnić ubrania, które przestali nosić, chętnie z nich korzystają.

Najpierw dowiadujemy się, że PCK wynajął obsługę skrzyń prywatnej spółce, która nie tylko nie robi żadnej selekcji (a są tam rzeczy naprawdę porządne), tylko wszystko hurtem sprzedaje na przemiał papierniom. No dobrze, niech i tak będzie. wiat naprodukował łachów ponad miarę. Ale okazuje się, że jedynie bardzo mała suma pieniędzy uzyskanych ze sprzedanego surowca spływa do Czerwonego Krzyża, czyli na pomoc potrzebującym, a prawdziwy interes - dzięki przywłaszczonemu logo - robi oczywiście wynajęta spółka. Proceder kwitnie. Wreszcie tajemnica wychodzi na jaw. Publiczne zgorszenie. Ludzie obchodzą z daleka białe skrzynie. Wolą położyć niechciane rzeczy na ławeczce. Niech weźmie, kto chce. Uczciwiej niż dalej demoralizować złodziejskie zapędy spółki żerującej na charytatywnej instytucji.

Prezes PCK postawiony przed ludźmi w telewizji oburza się naturalnie na ten proceder. Wygląd i słowa takie jak u dawnego powiatowego sekretarza partii. Raczej zawstydzają, niż przekonują.

*

Jan Maria Jackowski, autor książek Bitwa o Polskę i Prawda o Polsce, jeden z liderów pobożnej i liczebnej partii, Ligi Polskich Rodzin, obecnie radny Warszawy, młody blondyn o świetlistej uczciwej twarzy - ma sześć mieszkań. Mieszkał w mieszkaniu komunalnym (przeznaczonym, zaznaczam, dla rodzin bez dachu nad głową), ale ponieważ miał dużą rodzinę, zamienił je na większe, również komunalne. Ze strychu zrobił "pracownię", za którą płaci za metr jeden złoty z groszami miesięcznie. Resztę mieszkań wynajmuje. I żeby było całkiem śmiesznie, w Urzędzie Skarbowym nie ma śladu tej działalności.

Podobno nadużycia w samorządzie przewyższają o krocie państwowe, i to na każdym szczeblu.

Piszę o tym beznamiętnie, wręcz z nudą, bo masowe przekręty, niedoróbki w każdej dziedzinie stały się chlebem powszednim. Zastanawiam się, ile nam czasu potrzeba, żeby umieć się rządzić, choćby tak jak Słowacy. Boli być Polką.

*

Wakacje spędzam w Łazienkach. Biorę tam furaż, książki, zeszyty; piwo kupuję na miejscu (wolno pić otwarcie) i tylko zmieniam ławki w zależności od nachylenia słońca. Zabieram też pestki słonecznika dla sikorek, które jedzą z ręki. Wiewiórek mało. Przetrzebiły je lisy, które tu się zadomowiły. Jak? - Bóg raczy wiedzieć.

Jak dobrze jest pracować w Łazienkach pod baldachimem wielkich drzew! Mówił mi profesor Aleksander Gieysztor, że Łazienki są za małe. W planie parku dzikiego, w stylu angielskim, nie mają sobie równych, ale trzeba by je rozepchnąć, żeby uwidocznić perspektywy. Jak na przykład w londyńskich Kew Gardens.

*

Rano budzę się z depresją, jak do koszmaru, ani chwili szczęścia, że nowy dzień nastał. Czym prędzej łykam garść leków i jak do tortur zabieram się do porannej toalety. Później garść otrębów, prosto z młyna, zalewam wrzątkiem i jem to świństwo, popijając kawą. Cały czas słucham radia TOK FM, z którego dowiaduję się, co się stało. Komentują dziennikarze z różnych gazet. Wystarczy. Nie sięgam do nich. Wręcz nabrałam wstrętu. Przerzuciłam się na książki.

Depresja powoli ucicha, zbliżam się do komputera jak do potwora i usiłuję pisać. Reportaż o sobie i rodzinie dla "późnego wnuka", bo te "bieżące", wątpię, czy zainteresują. Chociaż, kto wie. Profesor Janion uważa, że każdy człowiek powinien zapisywać codziennie - co chce, byle zapisał.

Tak się złożyło, że moje losy podczas powstania warszawskiego przedrukował Die Welt, duże pismo niemieckie, z Plusa-Minusa, dodatku świątecznego do dziennika Rzeczpospolita.

*

Ku starości pojawił się we mnie pęd do alkoholu. Dobrego, zaznaczam. Mąż kupuje dla siebie byle jakie wino, ja przebieram. Oczywiście, na te najlepsze mnie nie stać, muszę więc poszukiwać tańszych, ale dobrych. Każde więc z nas ma swoje wino do obiadu. Lubię merloty bułgarskie, których smak poznałam w tym kraju. Niestety, ten najlepszy z winnic carskich, zwróconych obecnemu premierowi Bułgarii, u nas nieosiągalny. Krzyczeli, że wina z krajów unijnych stanieją z chwilą naszego wejścia do UE. Nic podobnego. Nasi handlowcy mają sposoby. Trudno, nie zrezygnuję. Czekam obiadu, żeby się napić.

Co na to psychiatra? - Można pić, byle nie popijać psychotropów winem.

Spotkania autorskie, promocje książek, których w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich z nadchodzącą jesienią coraz więcej, kończą się zawsze lampką wina. Sądzę, że biję rekord w spijaniu kieliszków. Jak dobrze wchodzi wino w rozmowie, z widokiem na kolumnę Zygmunta, zanurzoną już w mroku! Wcale mi nie szkodzi. Jazda autobusem do odległego domu na Dolnym Mokotowie oczyszcza z miazmatów alkoholu. W autobusie odstępują mi miejsca. Siedzę więc, patrzę na podświetlone kościoły, pokarmelicki i wizytek, na pomnik Mickiewicza, Kopernika, potem na Łazienki i udanego Piłsudskiego przed Belwederem, i myślę, że Warszawa jest piękna.

Założycielka pierwszego hospicjum, Angielka, kazała podawać pacjentom gin z tonikiem. Dla kurażu. Miała rację.

Na naszych spotkaniach autorskich zawsze z boku siedzą "menele". Bezrobotni alkoholicy. Nigdy nie przychodzą tylko na bibkę. Siedzą w czasie spotkania i słuchają. Siedzą blisko drzwi, żeby pierwsi dotrzeć do wodopoju. Wszyscy ich znamy i tolerujemy. Są umyci, w porządku. Oczywiście, konkurencję ze mną w wypitych kieliszkach wygrywają.

Lubię ich. Widzę ich każdego ranka, wyglądając przez okno, gdy penetrują śmietnik, który mam na widoku. Z wózkami, czyści, nie brudzą, nie rozrzucają śmieci. Z kompletu gazet, które mąż kupuje codziennie, gdy się uzbiera, robi ściśle ubitą składkę, oklejoną taśmą. Waży kilkanaście kilo. Syn kładzie ją koło śmietnika. Natychmiast znika w ich wózkach. Mnie rozpoznają i dziękują. W porze południowej ustawiają się w kolejce do kapucynów na Miodowej, którzy wydają zupę. W centrum miasta, tuż przy przystanku autobusowym. Wyglądają jak każdy z nas. Nie jest to typ bandziorów ani biorących na litość trzęsących się nieszczęśliwców, których należy unikać. Są to wykolejeni indywidualiści, z którymi czuję wspólnotę.

Warszawa, 20 września 2004 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail