[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 15 października 2004


CZESŁAW KARKOWSKI

Malarstwo zredukowane

O sztuce Krzysztofa Zacharowa


To, co robię - mówi Krzysztof Zacharow, artysta mieszkający w Greenwich Village - może niektórym wydawać się tradycyjne. Teraz główny nurt działań artystycznych przesunął się w kierunku instalacji, video art, sztuki komputerowej, performance itp. Tymczasem ja pozostaję wierny sobie, robię to, co uważam za konieczne.

- Ale też konieczność zmusiła Pana do ustępstw...

- Zacząłem jako malarz, natomiast po przyjeździe do Nowego Jorku zacząłem pracować nad grafiką użytkową, robiłem ilustracje. Traktowałem to zajęcie jako swoisty kompromis, sposób zarabiania na życie. Moje grafiki były efektowne, pomysłowe, barwne, mogłem konkurować na tym rynku z innymi, kupowano je. To mi bardzo pomogło, zwrócono na mnie uwagę.

W początkach lat 80. dzieliłem tę sztukę z wieloma innymi polskimi artystami, którzy w tym świecie zaczynali, zdobywali tutejszy rynek ilustracji. Dzięki tej właśnie sztuce weszli szturmem w tutejszy świat.

Miałem dobre przygotowanie akademickie i już za pierwsze trzy ilustracje dostałem nagrody. Pochodziliśmy z Europy, byliśmy wykształceni na dobrym malarstwie, z dobrym przygotowaniem technicznym, mieliśmy wreszcie w świeżej pamięci znakomitą polską szkołę plakatu.

Jednak uważałem tę działalność tylko za narzędzie, za sposób na zarabianie pieniędzy. Ilustracja wymaga ogromnej energii i trzeba jej poświęcić dużo czasu. Dzisiaj mogę zarabiać inaczej - pracuję na trzech uczelniach artystycznych - Cooper Union, Parsons i Pratt.

Nigdy jednak nie traktowałem ilustracji jako ślepego zaułka, a wyłącznie jako środek, nie cel mojej sztuki. Zabierała mi czas, jaki mógłbym poświęcić dla niej, ale dawała środki na życie. Dawała jeszcze coś więcej: mogłem pokazać, że jestem warsztatowo dobrze przygotowany, nikt nie mógł mi zarzucić, że nie umiem malować. Potrafię, ale moje poszukiwania artystyczne idą w kierunku bardzo uproszczonego malarstwa. Do tego jednak trzeba bardziej wyrafinowanego odbiorcy.

*

Zacharow zaprzecza, jakoby jego malarstwo uproszczone do granic możliwości było reakcją na staranną, pełną detalów, kolorową, realistyczną ilustrację, której poświęcił tyle lat. Twierdzi, że obie techniki i oba sposoby ujmowania rzeczywistości rozwijały się równolegle. Od dawna fascynowało go pierwotne malarstwo naskalne. Jest ono bardziej niż wyrafinowane; to sztuka bardziej wystudiowana od ilustratorskiej działalności.

Ta przedziwna dwoistość sprawiła, że o ile metaforyczne, pomysłowe ilustracje Zacharowa stały się dziedziną werystycznego popisu, o tyle w malarstwie zaczął odchodzić w przeciwnym kierunku - tak daleko w pierwociny malarstwa, by dotrzeć niemal do początków, kiedy jeszcze język nie odłączył się od obrazowego przedstawiania, kiedy jedynym sposobem komunikowania była sztuka, ideogramy, uproszczone symbole; niby już pismo, a może jeszcze obrazowy symbol. Dochodził do własnego języka jakby powtarzając drogę, na którą ludzkość weszła od zarania dziejów, pragnąc w najprostszych formach zamknąć ludzkie emocje, wiedzę, wyobrażenia o świecie.

Uproszczone w formie prace Zacharowa sprawiają wrażenie grafik, choć jest to malarstwo, obrazy na papierze, do których używa kredek woskowych, różnej grubości ołówków, gwaszu. Stwarza to dodatkowe efekty artystyczne, w tym charakterystyczne wrażenie jakby wyżłobienia rysunku. Uważa, iż tworząc coś w rodzaju reliefu, właśnie znaku, piktogramu wyrzeźbionego w skale, uzyskuje większe możliwości ekspresji.

Jak można pogodzić tak prosty język ze skomplikowanymi treściami, które chce w nim wyrazić? Malarstwo Zacharowa zmierza niemal do znaku, który byłby zarazem ponadkulturowy. Jest to sztuka przedstawiająca, ale jednocześnie przechodząca w abstrakcję. Stara się znaleźć najbardziej uproszczoną, wyabstrahowaną z konkretnego "tu i teraz" formę wyrazu. Sięga do tak dalece uproszczonego języka, jak rysunki odnalezione gdzieś na Saharze albo sztuka australijskich aborygenów, jakby chciał powiedzieć, że jego odbiorcy mogą być wszędzie, w każdej kulturze, ponieważ jest to język, w którym można wyrazić uniwersalne treści. Jakby rozwój cywilizacji spowodował wpierw rozbicie sztuki na jej poszczególne dziedziny, a jednocześnie dokonał się podział na regionalne sposoby obrazowania. Artyści zachodni poszli w kierunku dosłowności, narzucając odbiorcy konkretne wyglądy rzeczy. Trzeba więc cofnąć się do malarstwa sprzed cywilizacji zachodniej, aby zobaczyć, gdzie ludzkość popełniła błąd odrywając malarstwo od pierwotnego, symbolicznego języka.

- Pokłady wspólnego przedstawiania mamy w sztuce bizantyjskiej, zachodnioeuropejskiej czy nawet australijskich aborygenów. Jesteśmy wszyscy tacy sami. Malarstwo jest tym jedynym dla nas ludzi wspólnym językiem. Wieża Babel nas podzieliła - języki mówione mamy różne, natomiast malarstwo i muzyka jest medium, które nas łączy - mówi Zacharow.

*

- Jak to się stało, że Pan, wywodzący się ze szkoły kolorystycznej, doszedł do podstawowych, równo "ciętych" barw z dominacją bieli i czerni?

- Zawsze interesowała mnie forma, a kolor był jej podporządkowany, był czymś wtórnym. Na tym w końcu polega różnica między malarzem emocjonalnym a "mózgowym", że ci pierwszy myślą wpierw w kategoriach koloru, a potem formy, podczas gdy drudzy - przede wszystkim w kategoriach formy. Wszystko zaczęło się od linii, konturu, a dopiero wypełniano tę formę kolorem. Ja jestem ekspresjonistą, to przeze mnie przepływa sztuka. Nie może ona być za intelektualna, zbyt "mózgowa". Dużo artystów wymyśla sztukę, ale jest ona od samych narodzin martwa.

Zacharow dąży nie tylko do uproszczonego rysunku, ale również do redukcji barw. Stąd jego prace mają graficzny charakter. Przyglądając się jego obrazom można pytać: co to jest? Czarno-białe malarstwo czy może grafika, szkic... Malarstwo to farby, półcienie i półtony. Tymczasem w jego sztuce jest wyraźnie graficzny rysunek, widać ciągłe przechodzenie, zacieranie granic między grafiką a pełnym obrazem.

- Proszę spojrzeć na detal - mówi Zacharow. - Niesamowicie ważny. Często wykonuję prace kredką woskową, która zostawia jakby wyżłobienia na papierze. Ta faktura powierzchni jest dla mnie istotna, wchodzę niejako w środek materii. Najbardziej w tym cieszy, że każde pociągnięcie kredki zostawia ślad i nie da się go już usunąć, dzięki temu nawet przypadkowe, błędne ruchy nabierają znaczenia w dziele, bo już są, zostają.

Oglądam najnowsze obrazy Zacharowa, a na nich eksplozje, żołnierze z karabinami, czołgi, tłumy ludzi jak żabi skrzek lub ikra, postaci w maskach, przemoc, gwałt i wojna. Irak? Irlandia Północna? Konflikt żydowsko-palestyński? Zacharow uprawia swoistą publicystykę malarską. Czy odwoływanie się i komentowanie bezpośredniej, otaczającej nas rzeczywistości jest faktycznie funkcją sztuki, a zadaniem artysty - zaangażowanie w bieżące sprawy? Wyrażam wątpliwość. Za, powiedzmy, dziesięć lat nikt już o tych wydarzeniach nie będzie pamiętał, więc i jego sztuka ulegnie przedawnieniu...

- Nie martwi mnie to, bo ja właśnie opieram swój komentarz na formie. Toteż właśnie liczę na to, że nikt o tych wydarzeniach nie będzie pamiętał, ale odnotuje mój uniwersalny język sztuki - kształty, kolory, kompozycję. Rzemiosło zostanie. Cokolwiek robię, dbam przede wszystkim o warsztat, o precyzję. Pracuję długo nad każdym obrazem. Nie wolno dać się oczarować efektami, jakie nam daje technologia, i nawet jeśli w tym kierunku zacznie rozwijać się sztuka, to ja pozostanę przy swojej działalności.

Wpierw są emocje skłaniające do uzewnętrznienia. Usiłuję więc powiedzieć, co czuję. Często przez dłuższy czas temat mnie męczy, nie wiem, co z nim zrobić. Następnie usiłuję szkicować, szukać właściwego wyrazu; szukam w internecie, w dostępnych sposobach obrazowania. Ciągle więc komentuję bieżącą rzeczywistość. I na przykład studentom to się podoba. Często przychodzą do mnie od innych profesorów właśnie dlatego, że tamci zdają się im być oderwani od rzeczywistości.

*

Większość dzieł Zacharowa składa się z dwóch, czterech, sześciu czy nawet większej liczby części wyglądających jak różne wariacje na ten sam temat. Ów powielany po wielekroć obraz narodził się z konieczności dochodzenia do najlepszej formy. Dla niego gotowe dzieło nie istnieje bez poprzednich faz tworzenia. Nie da się pokazać wielu rozwiązań tego samego problemu w jednej skończonej formie. Według Zacharowa albo więc skończona postać dzieła może przybrać różne kształty, albo też proces dochodzenia do dzieła jest samym dziełem.

- A zaczęło się od tego - wyjaśnia - że przypinałem rysunek do ściany, by zobaczyć, przyjrzeć się, zapamiętać, co zrobiłem. Jeden za drugim, aż wypełniłem całą ścianę. Popatrzyłem, który mam wybrać, i nagle zorientowałem się, że całość jest tym właśnie dziełem, o które mi chodzi. Pokazanie tylko finalnego kawałka nie ma dla mnie tego wydźwięku.

Wprawdzie zawsze chodzi mu o stworzenie ostatecznego obrazu, często jednak kończy tylko na próbach. Zarazem w tym powielaniu dąży do redukcji elementów komunikacji artystycznej. Upraszcza wizerunek, odrzuca to, co wydaje się zbędne. Najsilniejszą ekspresję osiąga się przecież poprzez komunikowanie najprostszymi środkami.

Ponieważ nie są to zestawy narracyjne, ponieważ nie ma tu ciągu zdarzeń, przeto Zacharow jakby mówił, że każde zdarzenie jest niewyczerpane w bogactwie znaczeń. Można je opracowywać wciąż na nowo. Takie powtarzanie wariantów wzmacnia też ekspresyjną siłę całości. Stanowi swoiste wizualne ćwiczenie różnych form wyrazu, ciągle ponawianą próbę, w której nie ma końcowego obrazu. Te studia stwarzają określoną wartość. W istocie to one są ostatecznym produktem.

- Czy się posunę dalej - pyta retorycznie - ponieważ jestem wciąż niezadowolony z tego, co osiągam? Czy zadowolę się tym, co mam? W rzeczywistości każdy fragment jest końcowym dziełem, ale nierozłącznym z procesem, który doń prowadził. Droga i cel tej drogi to jedno. Tego nie da się oddzielić, jak nie można odrzucać drabiny, po której wspięliśmy się na dach.

Czasami tworzy jednotematyczny układ, a czasami kompletuje zestaw stwarzając kompozycję, która nie ma charakteru narracyjnego, ale powstają w ten sposób rozmaite wizerunki pozostające wobec siebie w pewnym związku.

Sekwencja obrazów tworzy jednak namiastkę narracji, co zbliża sztukę Zacharowa do komiksu i sposobów jego wykorzystania przez twórców pop-artu. Przyznaje się do inspiracji strukturą komiksową. Interesuje go także tekst, tylko jeszcze nie wie, jak go zastosować, jak go wkomponować w całość dzieła.

*

Krzysztof Zacharow pochodzi z Zamościa, skąd wywodzi się kilku innych artystów nowojorskich.

- Znali się panowie w swoim mieście?

- Oczywiście. Uczyliśmy się w tym samym liceum. Adam Niklewicz równolegle, Jerzy Kubina był nieco młodszy. Potem straciliśmy kontakt ze sobą i ponownie odnaleźliśmy się w Nowym Jorku.

- To osobliwy zbieg okoliczności, że trzech dobrych artystów pochodzących z małego miasta znalazło się w Nowym Jorku w tym samym czasie...

- Zaczęliśmy dojrzewać w okresie Solidarności, w czasie rozbudzonych ambicji, a zarazem coraz większej świadomości rzeczywistości, w jakiej nam przyszło żyć. Dla nas, początkujących artystów, PRL tamtych czasów nie stwarzał perspektyw. Poza tym wyrastaliśmy w złotych czasach zamojskiego liceum plastycznego. Mieliśmy bardzo dobre tradycje powiązań z akademią krakowską i warszawską; z Zamościa zawsze przychodzili na wyższe studia interesujący młodzi ludzie. Myślę, że w małym mieście nabywa się większego ducha walki. Trzeba się starać podwójnie, wysilać podwójnie, aby pokazać w Krakowie czy w Warszawie, że się coś potrafi. Jako emigranci w Nowym Jorku to samo mamy tutaj. Musimy być dwa razy lepsi od Amerykanów, aby nas zauważono, doceniono, dano pracę. Nowy Jork nieustannie trzeba zdobywać.

Przyjechałem do tego miasta nie na stałe, ale z myślą, żeby trochę zarobić i wrócić. W Polsce wprowadzono jednak stan wojenny i zostałem. Miałem 26 lat, byłem względnie ukształtowanym młodym człowiekiem. Straszliwe wyzwania tego miasta ukształtowały mnie w tym sensie, że musiałem szybko i bardzo wnikliwie odpowiedzieć sobie na pytania: kim jestem, czego chcę, co potrafię? Od odpowiedzi na te pytania zależała moja dalsza egzystencja, kierunek wysiłku i działań. Miałem młodzieńczy optymizm i swoistą naiwność (z dzisiejszego punktu widzenia), postanowiłem więc dążyć do wytkniętego celu. Była to ogromna, ciężka praca. Towarzyszyła jej świadomość, że nie mam na kim się oprzeć - nie mam tu rodziny, krewnych, bliskich znajomych.

Przyjechałem do Ameryki w 1981 r. z pięciuset dolarami. Daleka znajoma mojej matki, mieszkająca tutaj, zgodziła się przyjąć mnie na początek. Wylądowałem na Greenpoincie, na Freeman St. Po dziesięciu dniach znalazłem się z walizką na Manhattanie, na 2 Ave. i St. Mark's Place. Nie znałem języka, nie miałem znajomych ani przyjaciół i tylko parę dolarów w kieszeni. Poznałem przypadkowo malarza Andrzeja Urbanowicza i on skontaktował mnie ze swym kolegą, który malował obrazy dla jednej z galerii. Było to zajęcie wielu polskich artystów na dorobku w Nowym Jorku. Znalazłem dach nad głową, miałem pracę w Colb Gallery, mogłem wyruszyć na podbój Ameryki.

W 1988 r. miałem wystawę na West Broadway i podpisałem umowę na pięć lat. Było to olbrzymie pomieszczenie, w którym malowałem wielkie obrazy. Panowała wówczas taka moda, a nacisk na tego typu produkcję wywierali handlarze sztuką, właściciele galerii. Duże obrazy były w modzie, kupowano je - przede wszystkim duże kompanie, banki, tysiące firm nowojorskich, ale także i indywidualni nabywcy do swoich wielkich domów gdzieś na Long Island czy w Connecticut. Potem ceny czynszu poszły w górę i właściciel nie mógł utrzymać galerii. Musiał ją zamknąć.

*

Jak wszyscy emigranci, Krzysztof Zacharow przebył w USA długą drogę. I choć zajmował się różnymi dziedzinami sztuki, to jednak w istocie ciągle dąży tą samą drogą i stale rozwija się. Nie przerzuca się gwałtownie z jednej formy na drugą ze względów koniunkturalnych czy po prostu z przypadku. Nieustannie poszukuje, wciąż pogłębia swą wrażliwość artystyczną.

W swoim credo stwierdza: "Moje dzieła stanowią reakcję na bieżące wydarzenia polityczne - wojnę i terroryzm - ale zarazem dotyczą czegoś delikatniejszego i bardziej ulotnego: braku wewnętrznej równowagi spowodowanej tak dramatycznymi zdarzeniami. Uważam swoje rysunki za barometr żywionych przez nas wszystkich odczuć, lęków, a także nadziei. Prace te wywodzą się z bogatej tradycji obrazów wojennych Goi, Picassa i Motherwella. Choć często składają się z wielu fragmentów i ich polimorficzny aspekt odwołuje się do formy komiksu czy gry komputerowej, to jednak ostateczny obraz czerpie znaczenie z doświadczenia".


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail