Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Sanatorium pod Pegazem
Każdy dzień to początek wszystkiego najlepszego
Wojciech Piotrowicz, pisarz z
Wilna
O tym, jak niesprawiedliwe mogą być pochopne oceny, a co gorsza sądy, jak niecelne mogą być nasze wybory prowadzące nierzadko zamiast do celu - do celi, przekonujemy się piorąc codzienną bieliznę życia. Wieszamy ją na sznurku z węzełkami miesięcy i lat, nawet nie dostrzegając jej barw i koronek - z braku czasu, sił i ochoty do czegokolwiek poza snem. Aż wreszcie spada na nas, jak manna z nieba, skierowanie do krajowego sanatorium. Pakujemy manatki i wskakujemy do szybkich wagonów kolei (jeszcze) państwowych oraz klimatyzowanych autobusów (już częściowo prywatnych), by w kilka godzin przenieść się do świata jak nie z tego świata. Jesteśmy na wczasach gdzieś w góralskich lasach, łysy didżej przygrywa skocznego begina, podają potrawy, ciasta i wina, a Wojciech Młynarski zapewnia ze zdartej płyty: ..."to nie moja wina, że podrywam cię". Jest też sympatyczna panna Krysia, ale jakaś nieobecna, i nie chce być dzisiaj podrywana, przynajmniej przed wieczorkiem zapoznawczym.
Na początku października ja też trafiłem do sanatorium, na odział chorób narządów ruchu, a wraz ze mną grupa dziwnych osób. Nie wyglądali na ludzi po przejściach na kopalnianych przodkach i fabrycznych halach, na parkiecie w "Glorietcie" oraz w "Krakowiaku" tańczyli nawet krakowiaka, byli też stale uśmiechnięci, czym wyróżniali się na tle smutnej na ogół załogi, wyjętej jakby żywcem z Rejsu Marka Piwowskiego, a zwanej turnusem. Ranki i wieczory przepędzali na rozmowach o literaturze, a wieczorami w sypialniach oddawali się rozkoszom intymnego obcowania z własną twórczością - zamiast zbiorowo oglądać telewizję. Jedynie Tadeusz Witkowski z Ann Arbor opuszczał często kolejkę, by pracowicie ślęczeć nad wykładem, jaki miał wygłosić uczniom szkoły zawodowej w Krośnie. Mieszkałem z nim w jednym pokoju sanatorium "Ziemowit" w Iwoniczu Zdroju, mogłem więc podziwiać jego oddanie sprawie literatury i niezwykłe, jak na uzdrowisko, zdrowie: o piątej rano budził mnie szept oryginalnej modlitwy, dochodzący już to z ust pracoholika, już to od klawiatury jego powerbooka. Rytm szeptu narastał i przygasał, jak w tańcu pierwotnych plemion. Czasami rozlegał się cichy chichot, wtedy autor witał z ukontentowaniem zgrabne zdanie; innym razem szept zupełnie zanikał, milkła klawiatura, co wytrącało mnie z drzemki i pytałem ze strachem, czy dobrze się czuje, skoro nie pracuje?
Nasz oddział szybko zyskał zaszczytną nazwę oddziału chorób narządów ruchu umysłowego. Do czasu pojawienia się na nim poety w kwadratowych okularach wszystko przebiegało w miarę normalnie. Mówiono dużo na temat Miłosza oraz blasków i cieni wygnania. Pisarka Birute Jonuszkajtie, wiceprezes Związku Pisarzy Litwy, a prywatnie zgrabny rudzielec z rentgenem w zielono-niebieskich oczach (posiadam jej pisemną zgodę na opublikowanie powyższej charakterystyki) uświadamiała nam, pacjentom oddziału narządów ruchu, że Miłosz też nie wiedział, co robić z rękami, to znaczy jak zachować się przy stole, w strasznym dla niego, pełnym udręk świecie konwenansów i towarzyskich pląsów i dąsów. Dwór w Krasnogrudzie, podobnie jak wybrane pomieszczenia sanatorium w Iwoniczu, zapełniała wczasująca inteligencja bynajmniej nie pracująca; ta ostatnia pojawiła się dopiero po wojnie. Zanim ją w Polsce wytępiono i z Polski przepędzono, inteligencja była po prostu inteligencją samą z siebie, a nie z nadania oraz definicji rządzącej koalicji farbowanych lisów.
Olga Lalic z Chorwacji, mieszkająca w rozsławionej przez Andrzeja Stasiuka Dukli, i Henryk Mażul z Wilna, wspomniany już Tadeusz Witkowski, wydawca rocznika Periphery z USA oraz wspomniana także Birute Jonuszkajtie z Litwy, poetka i dziennikarka Barbara Gruszka-Zych z Czeladzi i Romuald Mieczkowski, poeta i wydawca Znad Willi, Elżbieta Adamska-Mohos z Węgier i Janina Hahula z Rumunii, Dana Platter ze Szwecji i cytowany na wstępie Wojciech Piotrowicz z Litwy, poeci Wacław Turek i Jan Tulik z Krosna (współorganizatorzy II Polonijnych Spotkań Literacko-Artystycznych) dokładali wszelkich starań, by po raz kolejny udowodnić sobie i innym, że polskość pisarzy nie ma nic wspólnego ani z miejscem przebywania, ani z miejscem pisania, a nawet z bezbłędnym rozpoznawaniem przypadków naszego szlachetnego narzecza.
Ma też niewiele wspólnego z "polonijnością", czy jakąkolwiek przynależnością do czegokolwiek, poza jedną, jedyną kategorią: współodczuwaniem. Dotyczy to zarówno wspólnoty losu, jak i mentalności, czy mówiąc językiem psychologii - narodowego charakteru. Przebywając z tymi ludźmi, po raz kolejny uświadomiłem sobie istnienie konieczności identyfikacji. Identyfikowania się nawet nie ze wspólną kulturą czy literaturą, historią czy martyrologią, a nawet szlachetnym losem wygnańca, ale z wymiarem nazywanym górnolotnie "duszą". Duszą nie tyle Polaka, Słowianina czy człowieka Wschodu (lub tylko środkowego wschodu) Europy, co duszą człowieka ducha.
Kategoria człowieka uduchowionego, bynajmniej nie jest w tak dramatycznym odwrocie, jakby mogło się nam wydawać. Lokowanie nosicieli wirusa zwanego czuciem i myśleniem (natchnieniem?) w jednym sanatorium ma swoją głęboko literacką wymowę (Sanatorium Pod Klepsydrą), ale daje także nadzieję, że dalsze egzystowanie podobnych placówek, zapełnianych w jednej dziesiątej stanu posiadania literatami, uratuje Polskę przed stratowaniem kopytami kobyły krwiożerczego kapitalizmu, czyli współczesnej historii. Jest wszakże jeden warunek: że większość podobnych instytucji, łącznie z domami dla nerwowo i umysłowo chorych, przyjmie na swoje pokoje po kilku lub kilkunastu twórców kultury. Nie piszę o szpitalach i domach opieki społecznej, bo artystów tam ci urodzaj. Zgłaszam ten pomysł pod rozwagę ministerstw przemysłu, kultury i zdrowia. Niech połączą wysiłki i otworzą bramy podległych sobie placówek, przygarniając szerokim gestem ludzi sztuki - zwłaszcza zimową porą, gdy kończą się jesienie poetyckie i trzeba czekać do kolejnego "Maja nad Wilią", czy krośnieńskich, warszawskich, zakopiańskich, mazurskich i Bóg wie jakich jeszcze spotkań literackich, by się porządnie najeść i napić znowu "Trzech dziewiątek", czyli przedniej litewskiej nalewki na ziołach.
Co do wspomnianego wyżej tajemniczego poety w kwadratowych okularach, to pojawił się przy naszym stoliku i próbował zawrócić Wisłok paskiem od spodni, wymachując nam nad głowami sprzączką i grzmiąc: "Alfonsy, demoralizatorzy nieletnich!". Siedziała z nami 20-letnia poetka, całkowicie już zdemoralizowana przez polski przemysł tytoniowy. Poeta paska usłyszał od niej stosowne ostrzeżenie i w porę się oddalił, mrucząc pod nosem, o ile mnie słuch nie zmylił: "Wszystkiego najlepszego"...
|
|