[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 22 października 2004


STANISŁAW M. JANKOWSKI

Melchior Wańkowicz
zaprasza do sądu


Nie byłoby trwającego ponad dwa lata i przed opinią publiczną skutecznie utajnionego procesu, gdyby w redakcji Życia Literackiego w Krakowie nie pojawiła gruba koperta, nadana w Warszawie 4 marca l972 roku. Koperta zawierała obszerny maszynopis pod tytułem "Z czym wchodzimy w Międzyepokę?" oraz list osobisty do naczelnego ŻL - Władysława Machejka.

"Proszę o odpowiedź - kończy list Melchior Wańkowicz - czy redakcja przeczyta artykuł (bez zobowiązań) i czy w razie odmowy odeśle mi go".

Pisarz mógł mieć wątpliwości, bo jeszcze kilka lat wcześniej cenzura nie dopuszczała do druku jego artykułów, a jego samego włóczono po peerelowskich sądach oraz aresztach. I skazano na, bagatela, trzy lata więzienia za przekazanie do Stanów Zjednoczonych "fałszywych i oczerniających wiadomości o sytuacji na odcinku kultury w Polsce", czym - jak uznali sędziowie 9 listopada l964 roku - wyrządził istotną szkodę interesom Państwa Polskiego". O aresztowaniu i procesie Wańkowicza można było przeczytać w najważniejszych pismach na świecie, w tym - co oczywiste - w prasie wydawanej w USA, gdyż skazany, obok polskiego, miał również obywatelstwo amerykańskie*).

Obywatel uciążliwy i niepożądany

Pewnego dnia biorę do ręki dokumenty, utajnione nawet po roku l990. W archiwum "cywilnym" zajrzeć można do tego zbioru dopiero od kilku miesięcy, ale - jak się okazuje - nikt jeszcze nie próbował ich publikować. I tak, jako pierwszego z ciekawych, w lipcu roku 2004 kilka kartek maszynopisu zastępuje wehikuł czasu i przenosi mnie o prawie czterdzieści lat wcześniej.

W styczniu l965 roku prokurator generalny Kazimierz Kosztirko o decyzję w sprawie skazanego pisarza prosił... Władysława Gomułkę, ówczesnego I sekretarza PZPR. Prokuratora martwiła "demonstracyjna niechęć skazanego do odwołania się od wyroku", bowiem w takiej sytuacji - jak pisze - mogłaby być rozważona kwestia warunkowego zawieszenia kary. "Na dodatek Wańkowicz - czytamy dalej - demonstracyjnie nie planuje zwrócenia się do Rady Państwa z prośbą o zastosowanie wobec niego prawa łaski". Nie wchodzi w rachubę ewentualne wystąpienie z urzędu prokuratura generalnego o zastosowanie prawa łaski i nie powinno się również wnieść na korzyść skazanego rewizji nadzwyczajnej, bo to kroki "politycznie niewskazane". Nie wiedząc, w jakim humorze jest sekretarz Gomułka, prokurator Kosztirko miał dla niego dwa różne i odbiegające od siebie pomysły. Niech lekarze z urzędu - proponował - zbadają stan zdrowia skazanego i pamiętając o podeszłym wieku pisarza wydadzą opinię uzasadniającą odroczenie wykonania kary.

Gdyby towarzysz Gomułka nie przewidywał odroczenia, to można - pisał prokurator - "zrezygnować z wykonania kary i Wańkowicza wydalić z kraju jako uciążliwego i niepożądanego obywatela państwa obcego".

Z gaciami w teczce na Rakowiecką

21 stycznia 1965 r. okazało się, że sekretarz Gomułka nie wyrzuci z kraju niepożądanego w PRL obywatela Wańkowicza. Może poruszyły go słowa w depeszy amerykańskiego PEN-Clubu o "okrutnych prześladowaniach i stalinowskim kagańcu" nałożonym na pisarza? Może zaniepokoiła wiadomość, że w sprawie Wańkowicza interweniował były prokurator generalny USA, senator z Nowego Jorku Robert Kennedy? A może po prostu w styczniu był w dobrym humorze? I machnął ręką na niebezpieczeństwo, jakie zagraża PRL-owi w osobie przebywającego na wolności skazanego Wańkowicza, o którym poczta pantoflowa w Warszawie niesie wieść, jakoby ze szczoteczką do zębów i ciepłymi gaciami w teczce parokrotnie stukał do drzwi więzienia na Rakowieckiej.

Na piśmie, które dotarło do Władysława Gomułki, nawet po tylu latach widać dopisek "zawiesić", co oznacza, że nikt przed Wańkowiczem nie mógł otworzyć drzwi warszawskiego ani żadnego kryminału. Prokuratorzy Rybicki i Kosztirko dostali trzy dni na opracowanie wniosków, tym razem z obowiązkiem powiadomienia sekretarza Władysława Wichy. Decyzję Gomułki mieli ubrać w odpowiednie paragrafy. Od adwokatów pisarza zdążyli się dowiedzieć, że nie chce on zawieszenia kary, bo - jak uważa i czego najbardziej się obawia - nie mógłby wówczas wyjeżdżać za granicę.

"Chce iść do więzienia, licząc się z warunkowym przedterminowym zwolnieniem" - precyzyjnie wyjaśniła mecenas Jadwiga Rutkowska podczas spotkania z sędzią Sikorskim. Swoje zdanie ujawnił też Wydział Administracyjny Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Warszawie. "Nie można - napisali towarzysze - w żadnym wypadku dopuścić do wykonania kary wobec Wańkowicza ze względu na wiek i stan zdrowia". Prokurator Kosztirko wiedział z góry, jaka będzie decyzja lekarza sądowego lub - jak wspomniał w piśmie do sekretarza Wichy - wydana przez komisję lekarską któregoś z warszawskich więzień. "Dolegliwości związane z podeszłym wiekiem każą spodziewać się - ujawniał - że wyniki badania przemawiać będą za odroczeniem z urzędu wykonania kary".

Mistrzowi pozwolono publikować

Wśród odtajnionych po latach dokumentów nie ma żadnego z informacją, czy i kiedy skazany pisarz spotkał się z lekarzami. I czy badania potwierdziły to wszystko, czego od lekarzy oczekiwali sekretarze oraz prokuratorzy. Nie znalazłem też - chociaż o tym powszechnie opowiadano - nawet najdrobniejszej wzmianki o audiencji u Gomułki, który pewnego styczniowego dnia miał przyjąć pisarza.

W trzeciej dekadzie stycznia l965 roku wiadomo jednak, że Melchior Wańkowicz nie musi iść do więzienia albo wyjeżdżać. Proces przysporzył mu popularności. Jego nazwisko znika z zakazów publikowania, z każdym rokiem w poważnych pismach pojawiają się artykuły. Tylko w roku l971 w Życiu Literackim ukazuje się sześć znaczących tekstów, kreślonych i przystrzyganych jak wszystko, co trafia do druku. Autor niekiedy protestuje, ale częściej szykany wytrzymuje, zadowolony, że redaktorzy chcą go drukować i ubiegają się o teksty.

"Jestem zachwycony Pańskim esejem w Odrze. Nie miałem szczęścia czegoś podobnego od Pana wyrwać. Gdyby Pan miał podobny materiał do zaproponowania, to proponujemy druk w ŻL" - pisze do "drogiego Mistrza" Władysław Machejek, redaktor naczelny Życia Literackiego. I jest zdumiony, kiedy okazuje się, że wspomniany esej wcześniej przeleżał się w jego redakcji, ale został - przez Włodzimierza Maciąga - odesłany autorowi.

"Maciągowi powiedziałem, że jest gapa" - tłumaczył się Władysław Machejek i prosił, aby następne teksty nadchodziły na ręce Zbigniewa Kwiatkowskiego, "który dostał dyspozycje".

Zbigniew Kwiatkowski nie żyje od lat, podobnie jak Władysław Machejek, więc nie można dzisiaj dowiedzieć się, czy oprócz wspomnianych "dyspozycji" sekretarz redakcji miał również zgodę na skreślenia zdań czy fragmentów tekstu i jak daleko mógłby ingerować w nadesłany w marcu l972 tekst "Z czym wchodzimy w Międzyepokę?". Artykuł Melchiora Wańkowicza trafia do numeru świątecznego ŻL, datowanego 9 kwietnia 1972 r. Wraz z rysunkami esej zajmuje prawie dwie pełne strony tygodnika.

Dziesięć dni później z Warszawy dochodzi depesza adresowana do Władysława Machejka. "Zastrzegam reakcję z powodu skrótów w l054" - informuje Melchior Wańkowicz. 1054 to numer Życia Literackiego z artykułem o Międzyepoce oraz z rysunkami, które - jak się okaże w pozwie sądowym - obok skrótów zniekształcających tekst również "naruszają osobiste prawo autora".

Możemy przeprosić i ubolewać

Po cytowanej depeszy, a jeszcze przed pozwem, w dniu 18 sierpnia l972 r. warszawski adwokat Olgierd Missuna oficjalnie zawiadomił ŻL o niezadowoleniu Melchiora Wańkowicza ze skrótów dokonanych w jego tekście. Z listu adwokata wynika, że pisarz poczuje się usatysfakcjonowany po opublikowania w tygodniku wyjaśnienia "o dokonaniu skrótów bez porozumienia z autorem". Na koncie Polskiego Czerwonego Krzyża ma natomiast się pojawić 5000 złotych, wpłaconych osobiście przez Władysława Machejka. Naczelny redaktor ŻL łatwiej zniósłby wyjaśnienie o skrótach, ale nie należy do ludzi zdecydowanych bez walki rozstać się z dużą częścią swoich miesięcznych poborów. W liście do adwokata wyjaśnia, że redakcji nie odpowiadał "długachny esej ani pewne tezy w nim zawarte", i przypomina o pozostawionej bez odpowiedzi pisemnej prośbie na dokonanie skrótów.

"Przez analogię - pisze 28 sierpnia 1972 r. - doszliśmy do wniosku, że możemy poczynić skróty, ponieważ autor robił tego rodzaju ustępstwa dla Życia Literackiego. Wydrukowaliśmy - tłumaczy w dalszej części listu - a potem pocztą pantoflową dowiedzieliśmy się, że p. Wańkowicz był nieobecny, gdy nadeszła propozycja. Wysłałem list przepraszający. Bez odpowiedzi".

Kończąc wyjaśnienia redaktor naczelny ŻL zgadza się na opublikowanie wyrazów ubolewania i przeprosiny na łamach tygodnika. O ewentualnej wpłacie na PCK nie ma słowa.

3 listopada l972 r., tym razem od reprezentującego pisarza już krakowskiego adwokata, doktora praw Stefana Kosińskiego, trafia do redakcji ŻL list o decyzji skierowania sprawy do sądu, bowiem zdanie "możemy wyrazić przeproszenie i ubolewanie" to nie jest dla Melchiora Wańkowicza "wystarczająca oferta". I w tym liście adwokata o ewentualnej wpłacie 5000 złotych na konto PCK nie ma nawet jednego słowa.

Pozew "całkowicie nieuzasadniony"

Dwa ostatnie miesiące roku l972 to czas adwokatów reprezentujących pozwanego i powoda. W pisemnym wniosku do Sądu Wojewódzkiego w Krakowie mecenas Kosiński częściowo tylko powtarza argumenty swego klienta. Z pozwu wynika, że wspomniane skróty w tekście Melchiora Wańkowicza o Międzyepoce to wyrzucenie stron od pierwszej do szesnastej oraz 166 wierszy (czyli ponad pięć stron ) z następnych dwudziestu.

"Tekst ogłoszony w tak okaleczonej formie został zaopatrzony w ´dowcipneª rysunki" - podkreśla autor pozwu, dodając, że "skróty i rysunki poczynione bez porozumienie z powodem naruszają osobiste prawa autorskie, gdyż tylko autorowi przysługuje uprawnione rozporządzanie swoim utworem". Sąd powinien orzec "naruszenie praw", ogłoszenie wyroku i przeproszenie pisarza w ŻL, oczywiście taką samą czcionką, jaką wydrukowano pokiereszowany artykuł. Wyrok ma też zadecydować o zasileniu konta PCK kwotą pięciu tysięcy złotych z kieszeni Władysława Machejka, który - na dodatek - powinien też zapłacić koszta sądowe i... honorarium mecenasa Kosińskiego.

Na powództwo odpowiada broniący od lat krakowskich dziennikarzy doktor praw, mecenas Jerzy Parzyński. Jego pismo to wzór kultury i poszanowania przeciwnika procesowego, jakiej powinno się uczyć adeptów zawodu adwokackiego, a równocześnie twarda obrona interesów swego klienta. Mecenas najpierw oświadcza, że ze względu na wiek i zasługi pisarskie powoda - pozwany jest gotów do wszelkich możliwych pertraktacji ugodowych, a następnie warunki pozwu ocenia jako "całkowicie nieuzasadnione".

Wszystkie argumenty mecenasa Kosińskiego i jego mocodawcy mistrza Wańkowicza zostają sprowadzone nie tylko, jak to się mówi, do parteru, ale nawet poniżej poziomu fundamentów.

Zły smak redakcji

Doktor Parzyński, oczywiście po porozumieniu ze swoim mocodawcą, wyrzucenie z oryginalnego tekstu pisarza ponad dwudziestu stron nazywa "dokonaniem wyboru" i "nic nie przeinaczającymi skrótami". Obciąża Melchiora Wańkowicza "nadesłaniem tekstu bez zamówienia, z własnej inicjatywy", i przypomina, że nadsyłane do redakcji jego materiały zawsze były zbyt obszerne i nie nadawały się do druku w całości. Z odpowiedzi na pozew dowiedzieć się można o "dorozumianym upoważnieniu autora do dokonania wyboru ewentualnie skrótów". "Powód jako wieloletni pisarz - autor, redaktor i wydawca, świetnie znający rozmiary techniczne publikacji i druku, doskonale wiedzieć musiał, że nadesłanie ponad 40 stron wyklucza druk" - atakuje mecenas Parzyński. Nie pisze wprost o naiwności autora. Uważa za wykluczone, żeby "mógł mniemać, iż materiał zostanie wydrukowany w całości". Wina pisarza polega też na tym, że nie odpowiedział na list informujący go o planowanych skrótach, chociaż potwierdził odbiór listu na ten temat.

Za majstersztyk - jak to się mawia w Krakowie - można uznać krytyczną część pozwu, z protestem przeciwko "dowcipnym" rysunkom.

Redaktor naczelny oraz odpowiedzialny grafik uznali - czytamy - że "rysunki wiążą się z lekkim, felietonowym stylem materiału", a jego autor oraz czytelnicy "mają pełne prawo wady tych rysunków złożyć na karb złego smaku redakcji i jej grafika, ale nie na konto pozwanego".

Piszcie sobie do Wolnej Europy

W styczniu 1973 roku nie znałem tekstu cytowanego tutaj dokumentu, ale co nieco wiedząc o rozprawie, znanego mi od lat mecenasa zagadnąłem na ten temat w czasie obiadu w krakowskim klubie dla dziennikarzy.

- Na pierwszej rozprawie nie było Wańkowicza ani Machejka - wymijająco odpowiedział doktor Parzyński.

- Wygra pan ten proces?

- Kolega Kosiński jest innego zdania, a zobaczymy, co powie sąd - usłyszałem w odpowiedzi. Z dalszej rozmowy wynikało jednak, że mecenas nie był przekonany, czy na następną rozprawę mógłbym przyprowadzić studentów - uczestników szkolenia dziennikarskiego, z którymi miałem zajęcia. "Nie popieram również pomysłu napisania o całym - jak nazywał sprawę - zamieszaniu. - Nie zależy nam na publiczności, ale niech pan zapyta Machejka" - doradzał, wiedząc, że jestem zatrudniony w Życiu Literackim.

Jego słowa zachęciły mnie do działania. Podczas zebrania redakcyjnego zgłosiłem propozycję przygotowania reportażu o procesie.

Naczelny redaktor poczerwieniał na twarzy jeszcze bardziej niż zwykle. "Piszcie sobie do Wolnej Europy", usłyszałem po chwili milczenia.

Nie miałem odwagi wysłać reportażu do Monachium. Nie chciałem ryzykować, aby na moim losie zaważył czyjś (w przypadku Melchiora Wańkowicza był to Gomułka) lepszy czy gorszy humor, który decydował, czy piszącego do "wrogich ośrodków" tylko zamknąć, czy raczej jako niepożądanego i uciążliwego - wyrzucić z kraju.

Dokończenie za tydzień

----------------------

*) Melchior Wańkowicz został uniewinniony dopiero pośmiertnie, w marcu l990 roku. Zainteresowanych odsyłam do książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm Proces Melchiora Wańkowicza 1964.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail