[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 22 października 2004


JAN ZIELIŃSKI

Pod innym kątem

Każdego można uwieść


Zacznę od przyznania się do pewnej ułomności: nie czytam kryminałów, tak mam. Nie przeczytałem ich w życiu więcej jak kilka, na palcach obu rąk dałoby się policzyć, i tak już zostanie.

Z drugiej strony, od paru lat czytam w prasie artykuły, recenzje, przekłady i wywiady krytyka, poety i tłumacza Jarosława Mikołajewskiego (rocznik 1960). I to przeważyło: z zaciekawieniem sięgnąłem po napisaną przez niego powieść, mimo że jest to poniekąd kryminał. Sięgnąwszy, odłożyłem wszystkie inne pilne i niecierpiące zwłoki zajęcia prócz tej właśnie książki, co jest ponoć objawem typowym dla czytelników powieści kryminalnych.

*

Powieść Jarosława Mikołajewskiego oczywiście typowym kryminałem nie jest. Można się zastanawiać, czy swoisty przymus lektury, ciekawość dalszego ciągu, bierze się tutaj z chęci rozwikłania detektywistycznej zagadki, czy raczej ze szkatułkowej narracji, kontynuującej tradycję Baśni z tysiąca i jednej nocy, Dekameronu i Rękopisu znalezionego w Saragossie. Jak by nie było, Herbata dla wielbłąda wciąga i trzyma w napięciu.

*

Nie mając doświadczenia w czytaniu kryminałów, nie mam też wprawy w ich recenzowaniu. Wiem jednak, że nie należy zdradzać zakończenia. Dla pewności nie będę w ogóle omawiał fabuły, powiem tylko, że narrator jest policjantem z problemem alkoholowym, który, wyrzucony z pracy, próbuje nowego życia w trzeźwości, zakładając jednoosobową agencję detektywistyczną. Jego biuro - i tu przechodzimy na drugie piętro książki - mieści się we wspaniale w rzadkie wydania zaopatrzonej prywatnej bibliotece, a i otoczenie, anonimowe amerykańskie miasto, dziwnie jest książkowo-artystyczne: mamy w nim skrzyżowanie Bacona i Hoppera, ulicę von Kleista i zaułek Borgesa.

*

Herbata dla wielbłąda jest też powieścią społeczno-psychologiczną, studium wychodzenia z nałogu alkoholizmu. Stąd liczne odniesienia do Pod wulkanem Lowry'ego, książki pod wieloma względami dla narracji Mikołajewskiego kluczowej. Ale też czytelnik czuje, że to rzecz nie książkowa, wydumana, że to studium pulsuje krwią, śliną, że jest podszyte fizjologią.

*

A może to także powieść polityczna? Tyle tu wątków, tyle pięter, że i taka interpretacja wydaje się uprawniona. Nie będę jej rozwijał, ale tytułem przykładu zacytuję jeden fragment: "Czytałem w gazecie, że prezydent jakiegoś państwa, chyba w Afryce, posługiwał się hasłem wyborczym ´Wybierzmy przyszłośćª. Kiedyś myślałem, że to pusty slogan. Ale teraz myślę, że to ma sens: ´Wybierzmy jedyną rzecz, w której możemy istnieć tak, jak chcemy?ª. Mądry człowiek ten prezydent. Może też alkoholik?". Co prowadzi mnie do zdania, jakie musi paść: Herbata dla wielbłąda to, przy całej swej powadze, powieść tryskająca humorem.

*

Wątek alkoholowy, podbudowany autorytetem Lowry'ego, to jakby jeden filar, ten widoczny, łatwo rozpoznawalny. Ale równolegle ciągnie się inny wątek, podziemny, wymagający pewnego wtajemniczenia. Jego wyznacznikiem jest dziwna słodkawa maź o smaku smoły i stęchlizny, po której spożyciu bohaterowie powieści doznają zapowiedzianych im uprzednio wizji, a także popełniają czyny, jakich by w stanie pełnej kontroli nad swym ciałem nie popełnili. I znów można powiedzieć, że Mikołajewski nawiązuje do pewnej tradycji. Do takich książek, jak wspomniana powieść Jana Potockiego z jej opiumowymi wizjami. Jak lepa sowa perskiego pisarza nazwiskiem Sadeqh Hedajat, prezentująca oniryczny, zamknięty świat, którego powtarzalność prowadzi na skraj obsesji. Jak narkotyczna Pustynia Tatarów Dino Buzzatiego, powieść, której bohaterowie są zaplątani, by zacytować jednego z polskich recenzentów, w "smolistość czasowej substancji" (Mikołajewski: "Poczuł, że wysychają mu usta, że całe podniebienie, język i gardło oblepia pustynny piach"). Jak wreszcie niedoceniona za życia autora powieść Pielgrzymka do Ziemi więtej Egiptu Tomasza Mirkowicza czy, nieco z innej półki, albo z innej sali bibliotecznej, Inne Pieśni Jacka Dukaja. I znów dałem się wciągnąć w spiralę odniesień literackich, a przecież i ten filar tchnie tym, co nieuchronne.

*

Czytając Herbatę dla wielbłąda miałem nieodparte wrażenie, że czytam książkę przetłumaczoną. Z początku sądziłem, że z angielskiego, w końcu doszedłem do wniosku, że może z włoskiego. Powiedziałbym nawet tak: Mikołajewski, który jest italianistą i wykładał historię literatury włoskiej na uniwersytecie w Neapolu, napisał tę powieść po włosku, a potem sam przetłumaczył ją na polski. Pozostały drobne ślady tej skomplikowanej operacji, np. "kupił własność w Portford", z włoskiego proprietą, zamiast polskiego "posiadłość". Albo zwierciadlany wątek pewnego homoseksualisty, co "pisał po francusku katullańskie wiersze, które tłumaczył na łacinę, a potem twierdził, że francuskie oryginały są tłumaczeniami". Podobnie moim zdaniem czyni Mikołajewski: napisał kryminał po włosku, niczym Andrea Camilleri (którego Psa z terakoty i Złodzieja kanapek zresztą tłumaczył), a potem przełożył go na polski i przekład wydał jako oryginał - miał przy tym do tego skądinąd, jako autor, pełne prawo. Dodam zresztą, że rzecz jest, zwłaszcza w niektórych fragmentach, napisana czy przełożona brawurowo.

*

Herbata dla wielbłąda jest przy tym, jak na powieść dziejącą się w Ameryce z licznymi odniesieniami włoskimi, pełna polskich śladów. ladów delikatnych, podskórnych, często niedopowiedzianych, a przecież czytelnych. Jak w tym fragmencie: "[...] proszę sobie wyobrazić film kręcony przez twórcę Tess... Nie chodzi o podobieństwo głównej aktorki do... Chodzi o ciężar obrazów... Kto wie, może nie bez znaczenia jest fakt, że reżyser pochodzi z tego samego kraju, z którego do neapolitańskich badaczy Dantego pielgrzymował pewien znaczny poeta, żeby kontynuować później swą podróż do Ziemi więtej?...", gdzie mamy, bez wymieniania nazwisk, aluzje do Romana Polańskiego, Nastassji Kinsky (córki Klausa, którego rodowe nazwisko brzmiało Naszkowski), do Juliusza Słowackiego i do Tomasza Mirkowicza. Na podobnej zasadzie, czytając w powieści Mikołajewskiego nazwisko Dorn nie mogę się oprzeć przed skojarzeniem z rodziną Dohrnów, z których darwinista Anton założył w Neapolu najstarsze istniejące do dziś akwarium i stację zoologiczną, jego żona, Maria Baranowska, przywiozła do Szczecina znaczącą kolekcję rzeźb, w tym weneckiego kondotiera, który dziś stoi na dziedzińcu warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, zaś syn Wolf był twórcą miasta-ogrodu Hellerau pod Dreznem, gdzie bywał spowinowacony przez Baranowskich z Dohrnami poeta Tadeusz Miciński. I tak dochodzimy do Nietoty, kolejnej powieści z rodziny, do której przypisać należy także książkę Mikołajewskiego. A ja czytając opis biblioteki, w której mieści się biuro prywatnego detektywa Stevena McCoya, mam przed oczyma bibliotekę neapolitańskiej Stazione Zoologica Anton Dohrn, a Prerafaelickie Stowarzyszenie Wioślarskie przypomina mi znajdujące się w niej freski, które malował zaprzyjaźniony z gospodarzami stacji Hans von Marée. Tak mam.

*

Jeden z bohaterów Herbaty dla wielbłąda powiada: "Właściwie to każdego można uwieść, tylko potrzeba na to czasu i sposobu". Jak każde zdanie kategoryczne, nie jest to zapewne prawda. Ja jednak dałem się tej powieści - poniekąd kryminalnej - uwieść. Choć nadal nie zamierzam czytać kryminałów. Recydywy zatem nie będzie. Chyba że wyjdzie spod pióra tego samego autora.

------------------------

Jarosław Mikołajewski, Herbata dla wielbłąda, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, s. 208.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail