[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 5 listopada 2004


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy


Byłam w czasie Aksamitnej Rewolucji w Pradze. Widziałam Havla - tryumfatora. Niewysoki, o urodzie słowiańskiego chłopa, promieniał wewnętrzną siłą. I siłą swojego społeczeństwa zebranego na "Vaclavaku". Oddawali mu władzę z miłością i zaufaniem. Ogólne wzruszenie zapierało dech w piersiach. Byłam z nimi. Z Czechami, absolutnie zjednoczona. Bo to ich uniesienie nie było grane. Było tak autentyczne, jak nigdy u nas, gdzie zawsze za dużo fanfaronady, gdzie w uniesieniu pobrzmiewają odgłosy odwetu.

Pamiętam, jak wtedy nagle pod moje nogi stoczył się pijany rodak. Mój rodak. Bełkotał o przeklętych "Pepiczkach", którzy na naszych plecach... Chciałam mu nastąpić na gębę, nastąpiłam na nogę. Zawył, wytrzeźwiał i bluznął przeciwko mnie, przeklętej "Pepiczce". Uspokoił się, gdy posłałam mu polską wiązankę.

Niestety, po Pradze pałętali się wówczas wiecznie pijani polscy handlarze. Zalążek późniejszych biznesmenów, milionerów, przedsiębiorców, szefów zarządów rad nadzorczych i prezesów koncernów. Umieli wykorzystać wielkie przemiany dziejowe dokonujące się w Europie. Dla siebie! Nie rozumiejąc istoty przemian, wiedzieli, jak zarobić. Komputerki w główkach pracowały bezbłędnie: marki wschodnie zamienić na zachodnie; tam sprzedać, tu kupić... I żeby się chociaż umieli zachować! Co to, to nie. Garniturki od Armaniego i maniery przyszły o wiele, wiele później.

Wtedy, na początku, czescy kelnerzy ostrzegali gości w knajpach przed Polakami. "Może stolik dalej - mówili do wchodzących - bo tam w rogu siedzą Polacy, mogą zaczepiać". Mnie samej to się zdarzyło. Kelner ostrzegł, pokiwałam głową i mimicznie pokazałam, że chodzi mi o duże jasne. Wstydziłam się przyznać do narodowości.

Pobyt w Czechosłowacji i Aksamitną Rewolucję przypomniały mi pierwsze strony dzisiejszej prasy, związane z wizytą w Polsce Vaclava Havla.

Słuchałam go przed ponad dziesięciu laty na zepsutym telewizorze, w codziennych pogadankach do narodu. Nasz Jacek Kuroń też to wtedy robił. Jako minister pracy i opieki społecznej przepraszał emerytów, rencistów, tych, którym nie udało się złapać ryby na przysłowiową wędkę. Robił, co mógł. Fundacja SOS, zupy z kotła, które sam rozlewał na placach potrzebującym. Jego pogadanki były żarliwe, łapały za serce. Dystyngowane emerytki przebaczały mu dżinsowy strój. "Jemu wszystko wolno" - mówiły.

Havel był inny. Mówił Czechom o miejscu Czechów i Słowaków w Europie i świecie. Mówił o wizji przyszłości w sposób prosty, dla każdego. Porządkował sprawy. Jak dobrze było go słuchać! Nie rodzą się tacy na kamieniu.

Dziś Uniwersytet Warszawski krzyczy: "Havel, Havel, Havel!" - gdy wchodzi na podium. Stareńki. Twarz pomarszczona jak zmarzłe jabłuszko. W birecie, w todze, przyjmuje tytuł doktora honoris causa z rąk rektora Uniwersytetu, profesora Piotra Węgleńskiego. Wokół tłumy. Wylewają się poza aulę, poza teren uczelni. Entuzjazm taki, jak w rodzinnym kraju laureata podczas Aksamitnej Rewolucji. Radość, wiwaty. Prawie sami młodzi. Przyszli, nim zaczął mówić, nim jak zwykle przykuł do słuchania pierwszym zdaniem. Wielki człowiek nie znika z wiekiem.

A swoją drogą, jaki był to piękny czas, ten przełom lat osiemdziesiątych!

Prasa w sążnistych artykułach relacjonuje historię Havla, która jest historią wymiecenia komunizmu z Polski i Czech. Konspiracja, spotkania tajemne działaczy opozycji na granicznych graniach. Dalsze losy, już w wolnych krajach, cały ten wrzący kocioł wprowadzania kapitalizmu i demokracji.

W Gazecie Wyborczej zrobił to profesor Bronisław Geremek. Miał prawo, uczestniczył w tym wszystkim. Jednakże powinien napisać tę relację Adam Michnik. Najbliższy druh Havla. Przeszkodziła choroba, która złapała go nagle. Havla też przed kilku laty dopadła. Czyżby i w tym ich losy miały być podobne?

*

ledzę w TVN teleturniej pod tytułem "Najsłabsze ogniwo". Robię to dla prowadzącej tę audycję Kazimiery Szczuki. Takich indywidualności powinna szukać telewizja! Niezależna, dowcipna, inteligentna i przystojna. Żadna tam pięknotka. Trudno porównywalna z kimkolwiek, a to jest rzadkim walorem. Chwała dyrekcji, że umieściła ten serial w najlepszym czasie, to znaczy o 8:30 wieczorem.

Jak ta Kazia potrafi ze złośliwą, dowcipną ironią zdołować bezczelnych ignorantów przystępujących do konkurencji! Bo sama idea gry, oczywiście kalka z Zachodu, jest z gruntu nieuczciwa. Foruje najsłabszego gracza. On wygrywa duże pieniądze. Uczestnicy po każdej rundzie eliminują jedną osobę. Tę lepszą. W końcu zostaje dwóch słabeuszy. Ostatnio wygrała trzydziestoletnia pani, która nie znała pojęcia "żelazna kurtyna" ani "zimna wojna". Signum temporis.

Kilkoma zaledwie głosami Sejm zadecydował, że nie będzie u nas debaty o wprowadzeniu do kodeksu karnego kary śmierci. Mało brakowało, a idée fixe braci Kaczyńskich by się spełniła. Mieli za sobą ogromne zaplecze ludzi przestraszonych panoszącym się bandytyzmem. Człowiek jest niepewny życia w domu, przed domem, na klatce schodowej, na ulicy, w pociągu. PKP przyznaje wprost, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa pasażerom podróżującym nocą. Niebezpieczne są nie tylko bloki biednych mieszkańców miast i miasteczek, ale piękne dzielnice, całe kwartały rezydencji. Mimo ochrony, straży, kordonów zabezpieczeń.

Moi kuzyni w Connecticut w ogóle nigdy nie zamykają domu. Nawet gdy wyjeżdżają za granicę. Nie ma po co; nikt nie wejdzie. Nie tak dawno Polaków straszono Nowym Jorkiem. Znam takich, którzy tylko dlatego rezygnowali z podróży. Owszem, było niebezpiecznie. Ale już nie jest. Prawda, burmistrz Giuliani zrobił wiele. Ale, bez przesady, nie jest to zasługa tylko jednego człowieka, ale również wspólnego działania w sytuacji przekroczenia krytycznego punktu zagrożenia.

W Polsce punkt krytyczny został przekroczony dawno, ale tylko się gada; media mają bogatą strawę. Ludzie coraz więcej się boją, i nic. Im dzień krótszy, tym strach większy. Byłam niedawno na pogrzebie. Żałobnicy mieszkający dalej patrzyli na zegarki, odmawiali udziału w stypie, żeby przed zmrokiem zdążyć do domu. Zawarować się i nasłuchiwać, czy nie idą zbóje, żeby ich zaciukać.

Morderców, i to wielokrotnych, coraz ciaśniej upycha się w celach. Jakby powiesić, byłoby luźniej. To prawda. Trudno. Ale wstyd budować nowe więzienia, kiedy uczciwi ludzie nie mają dachu nad głową.

A jednak ustawa o karze śmierci - mimo woli większości społeczeństwa - nie przeszła. I chwała Bogu! Uważam, że mimo biedy stać nas na karę bezwarunkowego dożywocia. Opowiadam się za takim wyjściem. Przede wszystkim ze względów moralnych, ale również w przeświadczeniu, że psychopaty, jakim jest mordujący z premedytacją, nie odstraszy kara śmierci. Nie odczuwa lęku w momencie popełniania zbrodni. Jego wyobraźnia nie ogarnia konsekwencji wobec własnej osoby. Nie odkrywam Ameryki: do takiej konkluzji dawno doszli najwybitniejsi prawnicy. Ci, którzy opowiadają się za prawem Hammurabiego, kierują się ideologiczną fiksacją.

*

Od lat nie byłam na wakacjach. Z powodów zasadniczych, ale poza wszystkim - lubię letnią Warszawę. Odstrasza mnie zima. Ten wiszący nisko kożuch na niebie. Bez rozrywających się na chwilę chmur. Zaczęłam rozpytywać o wycieczki do ciepłych krajów, do których wszyscy jeżdżą. Tunezja, ulubione miejsce Polaków zimą. Hotele-wieżowce. Wielkie hale posiłków. niadaniowy bufet samoobsługowy, dobrze zaopatrzony, ale tłoczny. Wszyscy jednocześnie do talerzy, sztućców, kawy, herbaty, pieczywa itd., itp. Wieczorem sala tak wielka, że trudna do objęcia wzrokiem. Niekończąca się ilość białych obrusów na przydzielonych stołach. Podział na numerki, na sektory. Kępki Polaków i Rosjanie, Rosjanie, Rosjanie. W proporcji zgodnej ze statystyką. Na plaży rzędy parasoli w wojskowym ordynku. Nie, dziękuję.

Mnie odpowiadałyby pensjonaciki, małe oberże, gdzie lokalne jedzenie i tubylcy. Takie też są, ale bardzo, bardzo drogie.

Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, do którego należę, jest w posiadaniu apartamencików na wyspie Rodos. Za darmo. Koszt przelotu, wyżywienie na własny koszt. Zimą czarterów nie ma. Trzeba lecieć drogimi liniami do Aten, a następnie stateczkiem-tramwajem między greckimi wysepkami. Siedemnaście godzin. I też drogo. Albo samolotem, jeszcze droższym. Dziękuję.

Z drugiej strony słyszę, że masowo lata się z Warszawy do Londynu za jednego funta. Tak przyleciała moja kuzyneczka z Londynu do Warszawy na ślub koleżanki, też londynianki. (Jakiś run młodzieży emigranckiej na wesela w Polsce!). Za jednego funta?! Niemożliwe. Coś w tym musi być. Są opłaty lotniskowe, ale w sumie to i tak daleko taniej niż normalny bilet.

Przemysł turystyczny nie dogoni mnie. Gdy małe rodzime domki, z jedzeniem na werandzie, z knajpkami, gdzie na dziedzińcu mieszkańcy niespiesznie tańczą horę czy zorbę, zapijając wolno reciną - otóż gdy ten typ wypoczywania stanie się tani i modny - ja będę dwa metry pod ziemią.

*

Prokurator Zygmunt Kapusta, prowadzący swego czasu sprawę Rywina, szedł sobie spokojnie ulicą Brzeską na warszawskiej Pradze niosąc w teczce ważne dokumenty. Szedł sobie jak gdyby nigdy nic. Podbiegł nieznany osobnik i porwał mu teczkę. Były dokumenty, nie ma dokumentów.

Kto zna choć trochę Warszawę, wie, czym jest ulica Brzeska. Nie od dziś. Tuwim pisał: "Ulicą Miłą, nie chodź , moja miła...". Wielu reporterów zamienia "Miłą" na Brzeską". W tym, i ja. Po Brzeskiej straszno chodzić do dziś. Po co prokurator Kapusta wybrał sobie Brzeską, żeby przenosić samotnie ważne dokumenty?

Byłemu ministrowi skarbu Wiesławowi Kaczmarkowi ukradziono z samochodu laptopa. Nic więcej, tylko laptopa, w którym była ważna dokumentacja.

*

Romanowi Giertychowi, przywódcy LPR, prawnikowi, adwokatowi i wiceprzewodniczącemu sejmowej komisji śledczej w sprawie Orlenu, wypsnęło się to, co ABW (Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego) ujawniła na tajnym posiedzeniu komisji. Wypaplał, że Jan Kulczyk, zamieszany w sprawę Orlenu, przy tym najbogatszy Polak, miał jechać do Rosji, żeby ponownie spotkać się ze szpiegiem Ałganowem, obecnie w branży paliwowej. Dyskwalifikujący brak pomyślunku!

*

Grzegorz Kurczuk (SLD), były minister sprawiedliwości, główny prokurator, człowiek, któremu nawet opozycja przyznawała pewną bezstronność i zdrowy rozsądek - poprosił w trybie nagłym o wizytę w Lubelskiej Gazecie Wschodniej. W rozmowie z redaktorem naczelnym otwartym tekstem oznajmił, że jeżeli organ nie przestanie węszyć i knować przeciw niemu i SLD, to on, Kurczuk, postara się o wymiecenie z Gazety reklam. Miał wpadkę: naczelny, wzorem Michnika, rozmowę nagrał.

"Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia" - cytuję za Gogolem.

Warszawa, 22 października 2004 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail