[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 5 listopada 2004


GRAŻYNA DRABIK

Rytmy Nowego Jorku

Taki sam jak ty


Wystąpiłam jako anioł. Z przyjemnością. Nad głową unosiła mi się delikatna aureola, choć nie jaśniejąc bielą, tylko łyskając pokuśnie czerwienią. Skrzydełka przymilnie łaskotały w plecy. Dzieci z pomarańczowymi koszykami garnęły się wabione smaczną czekoladką. Fujarka grała głośno. W ogóle dobrze mi było w anielskich piórkach.

Pogoda nam sprzyjała - nam, prowadzącym lokalną dzieciarnię w niewielkiej, lecz radośnie hałaśliwej paradzie na Wzgórzach Porannych, i innym "halloweenowym" przebierańcom bawiącym się tłumnie na ulicach. Szły sobie zgodnie Różowa winka i Alicja z Krainy Czarów, liczne wróżki, baletnice, paru Frankensteinów, rozmaici Ninja i Zorro w czarnej pelerynie, Einstein w czerwonej muszce, poważny strażak, niepoważna czarownica, nieodzowna mierć, koty, tygrysy, no - wszyscy.

Nawet nasza dziecinna parada nie byłaby jednak nowojorską, gdyby ktoś do igraszek nie dodał nutki politycznego posmaku. Bell, ze stażem półwiekowego mądrego i ciągłego zaangażowania, zamiast słodyczy oferowała młodym i starym specjalnie przygotowane znaczki nawołujące do głosowania, deklarujące się za Kerrym, przeciw Bushowskim aroganckim podskokom.

Kiedy Państwo czytacie te słowa, może będzie już wiadomo, kto przez następne cztery lata poprowadzi dalej w nieznane ten dużo poważniejszy korowód. Niepokoi, jak nam czas coraz bardziej gęstnieje od trudnych wiadomości z różnych stron świata. Jak zamiast łatwiejszą, codzienność staje się, nawet tu, w krainie, z którą stosunkowo łaskawie obchodziła się dotychczas historia, trudniejsza, przyszłość mniej pewna i mniej jasna.

Z szarych stron gazet spoglądają na mnie - z wyrzutem, błagająco lub ze zmęczoną rezygnacją - twarze nieznanych mi ludzi, których los jednakże jest w jakiś sposób powiązany z moim. Dyplomata z Filipin. Inżynier z Wielkiej Brytanii. Młoda dziewczyna z Włoch, pracownica organizacji charytatywnej. Starsza już twarz Polki od trzydziestu lat zamieszkałej w Bagdadzie. ledzę bezsilnie loterię, w jaką nagle wciągnął ich wir bezwzględnej polityki. Ten ścięty przez "wojowników Boga", jakiegoś bardzo okrutnego widać bóstwa. Ten też zabity, choć przez innych "obrońców" czy rebeliantów. Ta wypuszczona. Tamta jeszcze w niewoli. Annetta Flanigan z Irlandii. Shqipe Hebibi z Kosowa. Miały pomagać w procesie "normalizacji" w nienormalnych warunkach. Mogły być koleżankami z pracy mojej znajomej w tej samej organizacji. Mogły być moimi znajomymi. O podmuch losu to ja mogłabym być na ich miejscu.

W poruszającym przedstawieniu 9 Parts of Desire (Manhattan Ensemble Theatre) Heather Raffo czyni mały cud. To monodram, zawsze ryzykowny i trudny. Tym trudniejszy, gdy ma przekraczać oceany obcości. Rzeczywistość, którą Ruffo przywołuje, jest tak odmienna od naszej, tak daleka - z przeciwnej strony, dosłownie, globu, i z przeciwnej strony podziałów religijnych, kulturowych czy politycznych, że powinna pozostać nam obca, wręcz niezrozumiała. Kreując postacie na scenie i odtwarzając fragmenty ich życia na podstawie wywiadów zbieranych przez 11 lat wśród irackich kobiet w Bagdadzie, w Londynie, w Kalifornii i w Nowym Jorku, Ruffo daje szansę zaistnienia tym anonimowym kobietom. Kiedy twarze nabierają indywidualnych rysów, kiedy przestają być bezimienne, odmienność doświadczeń może nas nadal dzielić, ale rozpoznajemy wspólnotę człowieczego losu. Mrożą serce okrutne tortury w więzieniu Husajna, opisywane przez Hoodę. Bawią skomplikowane historie miłosne Amal, grubej Beduinki w zgodzie ze swoją tuszą, wspomnieniami i sercem. Wzrusza dramat lekarki przegrywającej walkę z chorobą. Przeraża los Layal, która sprzedała duszę reżimowi w imię względnej wolności.

Przywołuję po raz drugi ten skromny i jednocześnie nadzwyczajny poemat teatralny, bo z każdą nową wiadomością z Iraku słyszę echo przepowiedni-przekleństwa rzuconego przez Layal: "Będziecie nieść naszą wojnę w sobie jak ciężar, jak sierotę. A my uwiążemy was do czegoś tak prastarego, że nie potraficie tego dostrzec. Mamy was przykutych łańcuchem do pustyni, do waszej własnej krwi".

*

A teraz "coś całkiem odmiennego", jak powiada Monthy Pyton. Rozsypali się szeroko polscy goście, zaroiło w październiku w Nowym Jorku od polskich spraw: Krzysztof Warlikowski z Dybukiem w Brooklyn Academy of Music, zespół Teatru Rozmaitości grający przed pełną salą, nagradzany hojnymi brawami, wyróżniony porządną recenzją w New York Timesie. Elżbieta Dzikowska i Hanna Zawa-Cywińska z podwójną wystawą zdjęć i obrazów w konsulacie. Pisarz i tłumacz Adam Czerniawski na spotkaniu z czytelnikami w Galerii Nowego Dziennika.

Znany przede wszystkim jako poeta, Czerniawski dał się namówić na przeczytanie fragmentu swojej prozy z Narracji ormiańskim. Czytał powoli, ze skupioną uwagą, jakby odnajdując drogę przez gęstwinę słów. Wyraziście ukazała się skomplikowana, wielowarstwowa kompozycja opowieści i zabrzmiała muzyczność jego języka. Atrakcyjna muzyka słowa jest w tym przypadku szczególnie uderzająca, bo pisarz pracuje w języku polskim z wyboru, na przekór realiom otoczenia. Wprawdzie urodził się w Polsce, lecz od wczesnej młodości mieszka w Wielkiej Brytanii, studiował w szkołach angielskich, pracuje w środowisku angielskim. Dobrze było posłuchać "na żywo" twórcy znanego z mocnych poglądów, trzymającego się z daleka od światków literackich.

W środek "spraw polskich" wśliznął mi się rodowity Włoch, a to za sprawą wspaniałego recitalu Maurizio Polliniego w Carnegie Hall. Ale nieuchronnie kojarzy mi się on z Polską. Pierwszy raz słuchałam go bowiem z młodzieńczym przejęciem w pustawej sali Filharmonii Warszawskiej w czasie eliminacji Konkursu Chopinowskiego. Przeszedł wtedy wszystkie etapy konkursu, zdobył pierwszą nagrodę i tak rozpoczął błyskotliwą karierę solisty. Chopin zaś pozostał jednym z jego stałych koncertowych współtowarzyszy. Tym razem także zabrzmiał wspaniale w nokturnach, balladzie i sonacie. Po pięknym cyklu preludiów Debussy'ego Chopin powrócił raz jeszcze w trzech preludiowych bisach. Brak mi odpowiednio przekonującej terminologii, bo nie jestem znawcą muzyki, tylko chętnym słuchaczem, lecz dwóch wspaniałych pianistów niezmiennie mnie zadziwia i wzrusza: Pollini właśnie i Krystian Zimerman. Obaj są wirtuozami, którzy nie popisują się jednak fajerwerkami wirtuozerii. Kunszt techniczny służy im do lepszego odkrywania tajemnic muzyki. Oferują nam z wielką pewnością siebie głęboko przemyślaną, indywidualną interpretację, lecz skromnie pochyleni przed kompozytorem, któremu służą. (Maurizio Pollini, Carnegie Hall, 17 października).

I dalej rozwija się październikowy polsko-polonijno-amerykański walc: Norman Davies z wykładem o Polsce w czasie II wojny światowej w School of International Affairs na Columbia University. Tłumacz Bill Johnston na spotkaniach z powiększającym się anglojęzycznym gronem entuzjastów Gombrowicza z okazji świeżo wydanych przekładów Wspomnień polskich i tomu opowiadań Bakakaj. Malownicza i złotousta Maria Kornatowska na spotkaniach krążących z kolei wokół spraw kina i jego twórców - najpierw z Agnieszką Holland w Księgarni Literackiej na Greenpoincie, gdzie zebrało się spore grono absolwentów łódzkiej szkoły filmowej rozsypane po Nowym Jorku. Potem z Hanną Kosińską-Hartowicz znów w Galerii Nowego Dziennika, składając przy okazji wizytę w swoim literackim domu, bo od lat pisuje do gazety zabawno-poważne felietony. Tu Fellini przede wszystkim patronował rozmowie, a jako że pani Maria o Fellinim mówi z sercem, szeroką wiedzę przyprawiając kolorami i ciepłem, spotkanie było szczególnie magiczne.

Skoro o magii i kinie, muszę wspomnieć o najnowszym filmie Ingmara Bergmana. Najnowszym i ostatnim, bo Bergman ogłosił, że żegna się z publiczną twórczością i odjechał do swej pustelni na wyspie Faro. Nakręcony dla telewizji Saraband na razie zawitał do Nowego Jorku tylko w ramach Nowojorskiego Festiwalu Filmowego, ale mam nadzieję, że pojawią się niedługo następne okazje, by go obejrzeć. Jest to film wyciszony i wielki. Jak można się spodziewać, Bergman znowu przysłuchuje się ciszy ludzkiego osamotnienia. Przygląda z zadumą tajemnicy życia wobec śmierci. Piękna muzyka rozbrzmiewa nie tylko w tytule. Jest w rytmie każdego ujęcia, w krótkich monologach, zwierzeniach prosto do kamery, w dialogach jakby zawsze przerwanych w pół słowa, w rozległych pejzażach jesiennych. Czystą muzyką - niespokojną w protestach, lecz i uznającą nieuchronność - jest rozpoznanie zbliżającego się końca jednego życia. I niespodziewanie radosna afirmacja innego, młodego uśmiechu.

Przy okazji odwiedziła nas Liv Ullman i krótka rozmowa z nią po projekcji filmu była też magiczna. Mówiła o pracy nad Saraband, o dyskretnym pożegnaniu ekipy przez Bergmana, o jego wzruszającym dopytywaniu się przez telefon o reakcje widzów, o swojej wierze i jego niedowiarstwie, o swoich z Bergmanem pożegnaniach - przed laty, rezygnując z małżeństwa, i teraz. A mówiła tak osobiście, z tak odkrytą twarzą, że zniknęła wielka sala, tłum ludzi, i każdy z nas był z nią intymnie sam na sam. Było to najbardziej serdeczne publiczne zebranie, w jakim mi przyszło uczestniczyć od wielu, wielu lat. (Lincoln Center, Alice Tully Hall, 15 października).

*

Może jakoś łagodniejmy w tym mieście, które dotychczas wolało się chlubić tym, że do nieba wspina się dumnymi drapaczami raczej niż pokorą. Bo proszę, ludowy teatr Dimpho Di Kopane z Południowej Afryki podbija sceptyczną publiczność przedstawieniem średniowiecznego cyklu misteriów. W pomysłowej inscenizacji Bóg stwarza świat tańcem i śpiewem. Przechadza się po raju przybrany w kolorową, tkaną w plemienne wzory szatę. Anioły, uparcie sprzątające scenę po ciągle nowym ludzkim bałaganie, możemy rozpoznać tylko po ręcznie wyszytym napisie "anioł" na plecach zgrzebnych kombinezonów. Chrystus w wyblakłych dżinsach niknie w tłumie podobnie prostych biedaków. Orkiestra składa się z blaszanych bębnów przemalowanych na instrumenty muzyczne. Lecz skromne realia nic nie umniejszają ogólnej wymowy przedstawienia, pełnego porywającej energii, nasyconego potężną siłą muzyki - anielskiej, nawet gdy śpiewanej w językach xosa, zulu i afrykaner. (Synod House, obok katedry St. John the Divine, z repertuarem czterech sztuk, od 27 października do 26 listopada).

*

Wzniośle rozwinęła skrzydła także Bernice Johnson Reagan, razem z Bobem Wilsonem budując ciekawe widowisko-operettę The Temptation of St. Anthony. Ta współpraca może się wydawać zaskakująca: murzyńska kompozytorka i śpiewaczka, założycielka wyśmienitego kwartetu a cappella Sweet Honey in the Rock, historyk amerykańskiej muzyki oraz bardzo modny awangardowy reżyser i scenograf, znany z ostrego i minimalistycznego podejścia. Do tego jeszcze swój muzyczny spektakl zbudowali na kanwie mistycznej powieści Flauberta o pokusach, jakim z trudem oparł się uparty samotnik, mieszkający przez 30 lat w pustynnej pieczarze. Cóż mogłoby być bardziej odległego od zainteresowań miasta, które buzuje komercją, nie tylko nie opiera się ziemskim pokusom, lecz wręcz buduje świątynie siedmiu grzechom głównym.

Współpraca dwójki odmiennych artystów zaowocowała ciekawie i pięknie. Wszystko tu jest eleganckie: szaty chóru spływające szerokimi fałdami, skromny ubiór świętego Antoniego, światłem malowane geometryczne obrazy składające się na przejrzystą scenerię, wysoce stylizowane, taneczne ruchy śpiewaków. Przede wszystkim piękna jest muzyka - murzyńska muzyka gospel, z gitarą bluesowo rozełkaną, z hymnami wznoszącymi się falami ku górze, z solowymi balladami składającymi świadectwo prawdzie. Zanim odnajdzie spokój i drogę ku Bogu, św. Antoni (Carl Hancock Rux) musi skonfrontować się z Hilarionen (Helga Davis), swym uczniem i antagonistą zarazem, swym alter ego.

Widowisko przepaja duch tradycyjnych spirituals, i może to jest jedynym poważnym tu problemem. Wobec tak potężnie uduchowionej muzyki, takiej pewności obecności Boga, zbyt słabe wydają się pokusy. Ani Szatan ani Siedem Grzechów szans nie mają, gdy rozkołysze się chór w muzycznym psalmie. Lub gdy głębokim barytonem siwowłosy Charles Williams zaintonuje przepiękną balladę: Ja Go znałem,/ znałem syna cieśli,/ ja Go znałem,/ był taki sam jak ty... Szkoda tylko, że i tu wdarło się nachalne nagłośnienie. Indywidualne głosy oraz wspaniały chór z pewnością zabrzmiałyby wystarczająco mocno bez mikrofonów, lecz plaga jest widać już wszędzie. (Brooklyn Academy of Music, Opera House, 19-24 października).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail