[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 5 listopada 2004


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Wojna kółkowa

Wojnę powiedzieć myśli serce moje
Do której miecza nie trzeba ni zbroje

Jan Kochanowski

1 listopada krajowe agencje podały liczbę ofiar "weekendu święta zmarłych" na polskich drogach: blisko 100 zabitych i 1000 rannych. Informację odczytałem z paska u dołu ekranu telewizora; większość okienka wypełniała szlachetna twarz Ryszarda Kapuścińskiego, mówiącego na temat konfliktów nękających ludzkość. Tak się zbiegło. Zestawienie wypowiedzi byłego korespondenta PAP, dostarczającego informacje z licznych pól bitewnych - z rezultatami dorocznych, zbiorowych przemieszczeń zmotoryzowanej ludności polskiej w okolice cmentarzy "poprowadziło mnie w kierunku wniosku" - jak mawiał pewien sekretarz partii, pełniący za obecnej demokracji niemniej odpowiedzialną funkcję senatora - że Polska wzięła oto udział w jakiejś lokalnej wojence. Rozmiarami zniszczeń - spalone samochody osobowe oraz liczba ofiar - polska wojenka czterokółkowa odpowiada wojnie futbolowej, toczonej swego czasu między Hondurasem i Salwadorem. W mistrzowskiej relacji z tamtej wojny Kapuściński pisał wszakże, że po obu stronach walczyły regularne armie.

Pomyślałem z dumą, że jednak Polak potrafi więcej, bo nie mając armat ani czołgów, a jedynie poczciwe niemieckie passaty, ople i mercedesy, zadaje swemu przeciwnikowi nie mniej dotkliwe straty. W sekundę później uświadomiłem sobie, że w czasie krwawego weekendu brałem potencjalny udział w tej bratobójczej rzezi motoryzacyjnej, będąc wtedy jednym z użytkowników polskich dróg - i oblał mnie zimny pot, owionął cmentarny chłód. Przemierzyłem oto kraj prawie od Bieszczad po Warszawę z Ryszardem S. i Zdzisławem S.; przyjaźń tych kolegów z partyzantki i lotnictwa przetrwała niemal pół wieku wspólnych wypraw na groby bliskich z Warszawy na Podkarpacie. Nasza wspólna wyprawa w dniu Wszystkich więtych też miała swoje atrakcje. Raz o mało nie rozjechaliśmy zupełnie niewidocznego rowerzysty. Kilkanaście razy zajeżdżali nam drogę ambitni szwoleżerowie polskich dróg, wyposażeni w rwące z kopyta mustangi i maluchy, usiłujący wycisnąć swe piętno na przydrożnym drzewie lub naszej masce. Cudem unikaliśmy zderzenia z szarżującymi zwolennikami wzmocnienia zastępów kibiców sekundujących drogowym zapasom z wysokości niebieskiej połoniny (Panie, świeć nad duszą Jędrka Połoniny, rozjechanego przez pijanego kierowcę).

Czujność prowadzącego auto Ryszarda wzmagała się w okolicach rozjarzonych cmentarzy. Mieliśmy świadomość, że najwięcej ofiar pielgrzymek na polskie nekropolie pada zawsze u ich obleganych zbiorowo bram. Doniesienia z lat poprzednich wyostrzyły także czujność policji, liczącej na szybkie a pomyślne zamknięcie roku budżetowego. Przed bramami pojawiły się radiowozy oraz zastępy sprytnych biznesmenów, handlujących lampkami zebranymi uprzednio z licznych grobowców. Doświadczyłem tego procederu, rzec można na własnej skórze, kupując co kilka dni nowe znicze, gdy poprzednie ulegały właściwej cmentarzom dematerializacji. Muszę sprawiedliwie przyznać, że stearynowe wkłady nie były z odzysku, choć palić to nie zawsze się chciało.

Zmęczeni wypatrywaniem szarżujących na nas, przed nami i za nami zmotoryzowanych przedstawicieli współczesności, wstąpiliśmy do Czarnolasu odpocząć w cieniu słynnej lipy, ale jej nie było, bo dawno wycięta. Ryszard zauważył, że dwór Jabłonowskich, będący siedzibą muzeum Jana Kochanowskiego, należałoby obsadzić lipowym parkiem; Zdzisław uznał, że wystarczyłoby przenieść tu dorosłą lipę i nie odstawiać lipy. Kaszląca pani przewodnik sprzedała nam bilety oraz informację, że wszelkie informacje znajdziemy na ścianach. Pierwsza dotyczyła naszych pobożnych życzeń, kierowanych w pustkę, a zmierzających do cudownego ukrócenia drogowych zapasów polskiej młódzi: Jakoby też rok bez wiosny mieć chcieli/ Którzy chcą, by młodzi nie szaleli. Następna zwracała uwagę, że za lat dawniejszych I ludzie obyczajów byli pobożniejszych/ Nie były takie lichwy, ani waśnie takie. Następne wersy prowadziły do samego źródła zła na polskich traktach i stołkach za kierownicami polskich rządów, czyli do klasy próżniaczej. Mistrz z Czarnolasu już prawie pół tysiąca lat temu przestrzegał przed Millerem: A najwięcej tego strzeż, aby na urzędy/ Łakomych ludzi nie sadzał, bo kędy/ Sprawiedliwość przedajna, tam przekleństwo wielkie.

Pokrzepieni lekturą kilku pereł "poezji funeralnej" (jak chce krytyka), czyli trenów (jak chce logika), oraz obejrzeniem gobelinu o tytule Drzewo śmierci z portretem trumiennym Urszulki, jak i drugiego, z Janem Kochanowskim trzymającym się za serce i padającym u stóp odmawiającego mu audiencji króla Stefana Batorego, wjechaliśmy z powrotem w krajobraz trwającej właśnie bitwy (jeszcze) żywych z (już) zmarłymi, rozgrywającej się na polskich drogach w czas podbijającego Polskę święta Halloween. Poprzebierana za amerykańskie kościotrupy młodzież polska przemieszczała się wzdłuż nieoświetlonych dróg, uskakując przed pędzącymi samochodami w rytualnym tańcu życia ze śmiercią. Dzień Wszystkich więtych dawno już schylił się ku zachodowi, była ciemna noc, gdy dotarliśmy do Warszawy.

Przejazd Wisłostradą mile mnie zaskoczył. Auta, polskim zwyczajem, pędziły jak szalone, ale kierowcy mieli przynajmniej przyjemne widoki na pięknie podświetlone warszawskie mosty oraz subtelnie barwioną światłem Starówkę. W tak romantycznej scenerii rozgrywa się jednak tajemniczy dramat polskiego społeczeństwa, trawionego szkorbutem znieczulicy. Bohaterski niegdyś naród polski, który na tych samych ulicach rzucił się z gołymi rękami na ciemiężycieli, zmienił się w skamielinę obojętności, galaretę tchórzliwości oraz wazelinę interesowności. Przy kolacji usłyszałem od żony Ryszarda krzepiącą serca historię. Barbara O.-S., dziennikarka radiowa i pani prezydent prywatnej wyższej szkoły, została napadnięta w... korku samochodowym. Auta stały gęstym szpalerem, bardzo męscy kierowcy klęli bardzo po męsku, pomstując na władze miasta i siebie nawzajem, gdy do samochodu Barbary podszedł młodzian i bez ceregieli rozwalił jej szybę, włożył do środka łapę i wyjął torebkę pełną złotych polskich, przeznaczonych na zapłaty dla pracowników uczelni. Pomimo głośnych a rozpaczliwych wołań o pomoc żaden z mężczyzn, otaczających jej auto gęstym szpalerem aut, nie wysiadł ani w trakcie napadu, ani po nim.

Wysiadła ona jedna. Cała reszta męskich przedstawicieli bohaterskiego niegdyś narodu oglądała to wydarzenie ze spokojem mędrców. Los jednostki ich nie obchodził. I trudno im się dziwić: w korku nie było przecież ani setki zabitych, ani tysiąca rannych, ani transparentów żądających prawa do życia godziwego - a jedna przerażona kobieta. Ot, radosna polska codzienność.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail