[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 12 listopada 2004


RAFAŁ ŻEBROWSKI

Dom poety


27 października odbyła się w Warszawie uroczystość odsłonięcia tablicy pamiątkowej na domu, w którym mieszkał Zbigniew Herbert. Uroczystość wiązała się z osiemdziesiątą rocznicą urodzin poety. Doszło do niej dzięki dbałości, jaką władze miasta i jego prezydent Lech Kaczyński otaczają autorytet przeszłości. W ten sposób ów symboliczny gest wpisuje się w działania podejmowane przez stołeczny magistrat i koresponduje z obchodami rocznicy powstania warszawskiego.

Warto wszakże przy tej okazji zadać sobie pytanie: czy mieszkanie w budynku przy niewielkiej warszawskiej uliczce Promenada 21 istotnie było domem poety. Jego twórczość nie daje nam w tym względzie żadnych wskazówek. Herbert był niechętnie usposobiony do wynurzeń autobiograficznych, uważając je za grzebanie się w "małej duszyczce", a więc za coś niegodnego wysokiego miana literatury. Jednak każde takie proste i zdecydowane oświadczenie poety z zasady wymaga dość rozległych wyjaśnień, bowiem w tym przypadku chodzi o pewne moralne przesłanie, ale nie - broń Boże - o odcinanie się od swych korzeni, odrzucanie bagażu doświadczenia. Wprost przeciwnie, twórca Pana Cogito sądził, iż należy twardo stąpać po ziemi oraz utrzymywać ciągły i niezakłócony kontakt z przeszłością, ale nie aby snuć o niej opowieści, lecz by z dziejów ludzkości oraz własnego doświadczenia wyciągać moralne i metafizyczne wnioski. Takim właśnie wierszem jest między wielu innymi Dom z debiutanckiego tomu Struna światła (1956 r.). Autor zaciera w nim bezpośrednie odniesienia do swej biografii, ale nie wkłada w to zbyt wiele wysiłku, toteż ja, jego najbliższy męski krewny w następnym pokoleniu, nie tylko wiem, o który dom chodzi, ale od razu stają mi przed oczyma realne obrazy zaklęte tu w poetyckie słowa, niczym owady uwięzione w bursztynowych łzach.

"Dom [który] był lunetą dzieciństwa" stał w brzuchowickim lesie, zaledwie kilkanaście kilometrów oddalonym od Lwowa, gdzie poeta przyszedł na świat, a gdzie i ja bym się urodził, gdyby tamtego świata nie zmiotła z powierzchni ziemi zbrodnicza dłoń historii. W mieście nad Pełtwią Herbertowie mieszkali pod kilkoma adresami. Były to jednak wynajmowane "chawiry". Nie znaczy to, by nie miały one emocjonalnego znaczenia dla ich mieszkańców. W budynku, mieszczącym chronologicznie ostatnią z "chawir", znajdującym się przy ul. Obozowej, przedmiotem szczególnej dumy dzieci była szklana półkopuła przykrywająca ciąg głównej klatki schodowej. Kiedy wybuchła wojna, bardzo lękały się o jej kruchy los, bowiem w ich logice nie mieściło się to, że bomba roztrzaskując ów strop prawdopodobnie obróciłaby w perzynę cały solidny gmach. Jednak żadna z owych "rodowych siedzib" nie mogła się równać z Willą Leśną w Brzuchowicach. Mój dziadek, Bolesław Herbert, zamierzał tam wybudować letni domek, ale jak przyszło co do czego, powstał bardzo solidny, choć niezbyt obszerny dom, bardziej stosowny do stałego zamieszkania niźli jako siedziba przeznaczona na czas kanikuły. To tu ze Lwowa powracał oczekiwany przez dziatwę ojciec. Tu wszyscy czuli się naprawdę szczęśliwi, oddając się zabawom oraz obcując z piękną i zróżnicowaną krajobrazowo okolicą. Tam właśnie byli najbardziej u siebie.

Choć uchodzili na wygnanie przed grozą kolejnej sowieckiej okupacji ze wspomnianego już mieszkania przy ul. Obozowej, to jednak najważniejsze wspomnienia wiązały się z brzuchowickim domkiem. Znacznie później, kiedy w latach 70. Herbert wyjeżdżał do USA, by prowadzić zajęcia na Uniwersytecie Kalifornijskim, pisał do matki, że bynajmniej tego nie pragnie, gdyż w istocie największym dlań szczęściem byłoby zaszyć się w małym pokoiku na pięterku owego budyneczku z białej cegły. Miał już wówczas za sobą dość długą tułaczkę, studenckie stancje, całkiem wygodne mieszkanie u rodziców w Sopocie, wegetowanie w podwarszawskiej miejscowości po odmowie władz zameldowania go w stolicy, żywot kątem w sublokatorskim pokoiku najwierniejszego z przyjaciół, Władysława Walczykiewicza. W tej historii ważnym etapem było pierwsze własne mieszkanie, "załatwione" przez wpływowego w owym czasie Jerzego Zawieyskiego, niedaleko sądów przy ul. wierczewskiego, przed wojną - Leszno, a dziś szczęśliwie noszącej miano Solidarności. Była to niewielka kawalerka; w pokoju jeszcze można się było pomieścić, głównie dzięki temu, że właściciel prawie niczego nie posiadał, ale reszta tego "apartamentu", zwłaszcza przedpokój z niezauważalną niemal wnęką kuchenną mógł przyprawić o ostry atak klaustrofobii nawet człowieka całkiem wolnego od tego rodzaju lęku.

Toteż kiedy Herbert wracał do kraju po swym zaoceanicznym "belfrowaniu" uniwersyteckim, było oczywiste, że się tam nie pomieści ze swymi książkami i papierami, nie wspominając już o żonie, Katarzynie z Dzieduszyckich, poślubionej w Paryżu. W zasadzie sprawa była prosta, trzeba było dotychczasowe mieszkanie zamienić, na co środki szczęśliwie poeta w tym czasie posiadał. Operacja ta została wykonana i... okazało się, że Herbert nie może się wprowadzić do nowej siedziby, która właściwie już doń należała. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jakiś miejscowy komunistyczny kacyk już upatrzył sobie to lokum, ale i wątek szykanowania niekochanego przez władzę poety też był dość oczywisty. Zaczął się nierówny bój z czerwonymi biurokratami, podczas trwania którego Herbertowie korzystali z mieszkania małżeństwa znakomitych poetów, Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego, bawiących właśnie na dłużej poza granicami obozu zwycięskiego proletariatu. Ostatecznie pod presją skandalu, że okaże się, iż dla wielkiego i głośnego już na świecie pisarza nie ma miejsca w ojczyźnie, po licznych upokorzeniach, Herbert musiał raz jeszcze kupić mieszkanie, a na domiar wszystkiego jego matka musiała oddać swoje w Sopocie i zamieszkać u syna, co miało usprawiedliwiać - pożal się Boże - tzw. nadmetraż. Tę ostatnią ofiarę ponieśliśmy wszyscy, że wspomnę tu samolubnie tylko o sobie i ogromnym swym przywiązaniu do tego nadmorskiego kurortu, w którym upłynęła ważna część mego dzieciństwa. Mimo wszystko poeta był szczęśliwy. Wreszcie mógł zamówić półki i rozstawić na nich swoje książki; mieć własny stół do pracy i zażywać temuż podobnych "wyrafinowanych rozkoszy". Wkrótce też właśnie tu się zaszywał w mateczniku swych myśli; pisał i studiował całymi nocami, tak że odwiedzanie go przed godziną szesnastą graniczyło z barbarzyństwem. Był wreszcie u siebie.

Jednak nie do końca to prawda. Rzeczywistość PRL-u była dlań bardzo ciężkim brzemieniem. Także to, co kochał, czyli wielka europejska sztuka i architektura, ciągnęło go w świat, choć pogarszający się stan zdrowia utrudniał mu bardzo owe peregrynacje. Natomiast przedwcześnie radowali się "smutni panowie" zasiadający w gabinetach komunistycznych czynowników, kiedy dochodziły do nich pogłoski, że Herbert już nie powróci z zagranicy. Być może zresztą sami wymyślali i rozpowszechniali plotki o tym, że pozostanie on na stałe w Paryżu. W istocie już dawno mógł się przecież "urządzić" na Zachodzie. Dla poety pozostawanie w kraju było wartością samą w sobie, manifestacją postawy, której sprzeniewierzyłby się wybierając żywot emigranta, tak jak i przesłaniom wpisanym do wierszy, a wszak niejeden z nich bywał odmawiany jak modlitwa przez rodaków - zwłaszcza podczas nocy stanu wojennego. Jeśli pisał o życiu, które powinno być skomponowane jak sonata, to miał także na myśli umieranie "na własnych śmieciach". Powiedział kiedyś, że tak naprawdę to Polski nigdy nie opuszczał. Jego związek z krajem i Polakami był pełen bólu i niezgody na ich, a więc po części i własne, rozliczne przywary, ale przez to podobny do rodzinnego obcowania, niewolnego od swarów i kłopotów, które tylko głęboka miłość i przywiązanie pozwalają nam znieść. Toteż z mieszkania przy ul. Promenada, bo nie mógł ze Lwowa czy Brzuchowic, rozpoczął swą ostatnią podróż, której prologiem było bolesne konanie w warszawskim szpitalu nocą podczas letniej burzy, tuż przed kolejną rocznicą powstania warszawskiego.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail