[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 19 listopada 2004


CZESŁAW KARKOWSKI

Nowojorska
kronika kulturalna (sztuki plastyczne)


Po sukcesie grupy Most, która znakomicie zaprezentowała się tej wiosny w Galerii "Kuriera Plus", przyszła pora na jesienny wernisaż Mostu Plus - ekspozycji grupy artystycznej w Centrum Polsko-Słowiańskim przy 177 Kent St. na Greenpoincie, poszerzonej o kilku twórców (głównie z Polski), ale i uszczuplonej o Mirosława Rogalę, który wyprowadził się z Nowego Jorku do Chicago. Jego wysłane na tę ekspozycję prace nie dotarły na czas.

Wystawa, znakomicie przygotowana i zaaranżowana przez Małgorzatę Gawin i Macieja Czarkowskiego, nie tylko świetnie eksponowała dzieła ośmiu artystów, których prace złożyły się na wystawę, ale nadto jeszcze umiejętnie wydobywała to, co w nich szczególne i odrębne.

W skład Grupy Most wchodzą Jerzy Kubina, Adam Niklewicz, Paweł Wojtasik i Krzysztof Zacharow. Są to znakomici artyści i wybitne indywidualności. Nie była to wystawa-manifest, wystawa-deklaracja ideowa, wzorem wielu podobnych przedsięwzięć, kiedy artyści dobierają się podług przekonań światopoglądowych i wspólnej estetyki. "Mostowców" łączy prawo kontrastu i uzupełniania się - różne media artystycznego wyrazu: malarstwo (Kubina), rzeźba-instalacja (Niklewicz), grafika (Zacharow), wideo-art (Wojtasik) oraz wspólnota pochodzenia i uczelni; wywodzą się z Zamościa, a studiowali w Krakowie.

Choć wystawa była dużym wydarzeniem artystycznym w naszym polonijnym świecie, to jednak nie towarzyszyła jej ekscytacja podobna jak poprzedniej. Twórcy nie zaskoczyli nas niczym, nie pojawiła się wraz z tym wydarzeniem nowa jakość. Zaprezentowali po prostu swój "normalny", wysoki poziom. Może z wyjątkiem Pawła Wojtasika, który na wiosennej wystawie był prawdziwym objawieniem. Tym razem wystąpił z wideo pt. Crush, które sprawiało wrażenie niedopracowanego, a niezbyt dobre wyeksponowanie dzieła (na niewielkim telewizorze, nie zaś na dużym ekranie) dopełniło uczucia niedosytu. Crush to obrazy ze złomowiska samochodów, gdzie potężne urządzenie prasuje auta w zgrabne plasterki. Ale miast pokazać, co sugerują pierwsze sceny, powolną, a nieubłaganą potęgę, która w metodyczny sposób dokonuje dzieła destrukcji, otrzymaliśmy scenki z pracy na złomowisku, gdzie krzątają się ludzie, pracuje widelcowy spychacz, trwa ruch i normalne, rutynowe zajęcia obsługi tego placu.

Jerzy Kubina wystąpił z trzema znakomitymi obrazami o łącznym tytule Strzępki pamięci. Są to duże płótna utrzymane w brązowej tonacji, na których - jak zwykle u tego artysty - subtelna gra kolorów i delikatne przechodzenie jednego odcienia barwnego w drugi, przecinanie się i nakładanie płaszczyzn pionowych i poziomych odgrywają pierwszorzędną rolę. Farba spękana jak kora drzew, jak naleciałości, warstwy mułu, pod którym to osadem z trudem dostrzegalny jest kontur jakichś budynków, fragment ulicy, miasta. Jest to coś więcej niż stara fotografia: podwójna, potrójna sepia niepamięci właściwie pokrywa, zalewa wszystko. Niekiedy tylko, jak na obrazie # 1, przecięcie jasnego światła służy jak błysk przypomnienia; na Strzępku #2 - jest to światło, które od góry nie może przebić się przez pokłady pamięci pogrążonej gdzieś głęboko. Są to bardzo piękne obrazy.

wietny jest też Adam Niklewicz - pomysłowy, oryginalny, dowcipny konceptualista. Jego Okno, symbolizujące swoiście przesunięty czas życia emigranta, jest już dziełem znanym i uznanym. W Centrum Polsko-Słowiańskim pokazał dwie nowe prace. Jedna bez tytułu, którą roboczo nazywam "Pinokio" - umieszczona na postumencie biała twarz-maska z bardzo długim nosem wyrasta, według określenia samego artysty, ze świadomości, że ego twórcy napędza sztukę, stąd też ograniczona zdolność percepcyjna artysty, który nie tylko widzi jedynie koniec własnego, niezmiernie długiego nosa, ale jeszcze ów organ stawia na piedestale.

Doskonały jest jego Breath - oddychająca książka, której okładka i kartki unoszą się w miarowym oddechu, w jakże prosty i interesujący sposób komunikując znaną prawdę, iż książka nie jest martwym przedmiotem, ale żyje i tchnie w nas życie.

Krzysztof Zacharow pokazał serię obrazów-grafik Twarze wojny, powstałe jako komentarz do bieżącej rzeczywistości, lecz uogólniony, sprowadzony do graficznych prostych znaków, którymi sztuka posługiwała się u początków. Przez odwołanie się do tego pierwotnego języka artysta dąży do źródeł komunikacji międzyludzkiej ponad kulturami, ponad politycznymi i ideologicznymi różnicami, a nawet ponad podziałem na pismo i obraz. Stąd rezygnacja z kolorów (choć zaprezentował parę prac barwnych), stąd redukcja dzieła plastycznego do prostego komunikatu-znaku przypominającego pierwotne rysunki naskalne, "malarstwo" Aborygenów itp.

Dwanaście wielkich, kolorowych fotografii Zbigniewa Bajka zasługiwało na szczególną uwagę, ale twórczość tego artysty z Krakowa zostanie omówiona przy następnej sposobnej okazji - spodziewanej wystawie jego Tatuaży w TWO07 Art Gallery, gdzie wcześniej prezentowano dzieła Jacka Rykały pokazane w Centrum Polsko-Słowiańskim. Alina Raczkiewicz-Bęc z trzema obrazami także należała do gości, podobnie jak Michał Pętelka, zasługujący z wielu względów na uwagę. Tutaj skoncentrujmy się na jednym wyłącznie - artystycznym.

Jego trzy fotogramy łączy wspólna idea przedstawienia "wizualnego zgiełku" Nowego Jorku. Dzieła, które wyglądają jak abstrakcje, fotomontaże albo powstałe w rezultacie komputerowej manipulacji obrazem, są po prostu zdjęciami fragmentów miasta na tyle wizualnie niewiarygodnymi, że sprawiają wrażenie starannie konstruowanej kompozycji. Tymczasem Pętelka po prostu pokazuje nam, że Nowy Jork jest jednym wielkim dziełem sztuki i zawiera w sobie wszystkie nurty i tendencje artystyczne. Zanim minimalizm, konceptualizm, pop-art, neoekspresjonizm itp. pojawiły się w galeriach, wcześniej już istniały na murach, ulicach i chodnikach miasta.

*

Zdołaliśmy się już przyzwyczaić do wystaw sztuki dawnych Chin. Co parę lat i Metropolitan, i Guggenheim Museum organizują duże ekspozycje poświęcone zabytkom starożytnego Państwa rodka. A jednak za każdym razem jesteśmy zaskakiwani. Obecna wystawa w Metropolitan Museum of Art - "China: Dawn of a Golden Age" prezentuje eksponaty pochodzące głównie z najnowszych wykopalisk. Ponad 300 rozmaitych przedmiotów znajdywanych głównie w grobach dawnych władców, członków świty królewskiej, dostojników cesarskich i wyższych urzędników zdumiewa i urzeka.

Pochodzą z lat 200-750 po Chrystusie, niemal z całego terytorium dzisiejszych Chin. Ale jestem przekonany, że stracimy wiele na świeżości spojrzenia, jeśli zaczniemy się wgłębiać w kontekst historyczny, w szczegóły dotyczące dziejów Chin tamtych wieków, koncentrować się na odmiennych dynastiach i pretendentach walczących o władzę. Należy odrzucić erudycyjny balast stylów i epok i wtedy dojrzymy w nich wielkie, zdumiewające piękno.

Już na początku tej ekspozycji oglądamy niewielkich rozmiarów, jak zabawka dla dzieci, orszak królewski: sześciu jeźdźców na koniach z przodu, za nimi cztery powozy z parasolami. Wykonana z brązu, dziś zaśniedziała kompozycja, miała odtwarzać w zaświatach dystynkcję i honory przynależne zmarłemu władcy.

W jednej z następnych sal natykamy się na podobny układ - tym razem jest to gliniany, ciągnięty przez osła powóz dostojnika. Z tyłu kroczą cztery postaci, z przodu - pięć, szósta zaś klęczy z boku i oddaje honory.

Zaraz na początku wystawy natykamy się na częsty motyw: strażników strzegących spokoju zmarłego. Są to zawsze postaci groteskowe, o spotworniałych kształtach - jedne z twarzami jak pyski zwierząt, o wielkich nosach i ogromnych oczach, inne w przerażającym grymasie odsłaniają zęby, gotowe odstraszać intruza, jeszcze inne gestami uniesionych rąk sygnalizują gotowość do obrony i zadania ciosu śmiałkowi, który chce niepokoić śpiącego wiecznym snem.

Natkniemy się też na wiele figur Buddy - stojącego lub siedzącego, wiecznie spokojnego, z lekkim uśmiechem ni to pogardy, ni politowania dla tego świata i wszystkiego, co ziemskie. To wpływy z Indii, ale inne artefakty zaświadczają, że wielkie państwo chińskie podatne było także na wpływy zoroastrańskie, a nawet rzymskie.

Możemy obejrzeć dokumenty z pismem jak maleńkie obrazki oraz tkaniny, a właściwie fragmenty tego, co przetrwało setki lat w ziemi - piękne, kolorowe, wzorzyste. Wystawiono również liczne obiekty, których przeznaczenia niekiedy nawet trudno dociec, jak brązowa figurka zatytułowana zaledwie Przedmiot w kształcie jelenia - o nowoczesnej rzeźbie i niewiadomym użytku, bo na pewno nie był tylko ozdobnym bibelotem. Zapewne ozdobnym jedynie (ale może też i magicznym) celom służyły maleńkie drewniane gąski, niestety, bez łebków, ale w smukłym drewnianym kształcie domyślać się można wielkiego artyzmu wykonania całości.

Wszystko jest na tej wystawie interesujące. Co mnie jednak najbardziej zachwyciło? Oprócz wspomnianych orszaków i strażników grobu - duża figura z pomalowanej gliny przedstawiająca urzędnika cesarskiej administracji. Stoi spokojny, rzeczowy, z grzecznościowym półuśmiechem, gotowy do pełnienia swych obowiązków. Warto także zwrócić uwagę na cegły, ale nie zwyczajne. Wypalane, bogato zdobią je wizerunki ogrodów, orszaków dworskich, oddziałów srogich żołnierzy.

Wystawa będzie czynna do końca stycznia przyszłego roku. Jest więc dużo czasu, aby zaplanować wizytę w Metropolitan.

*

Ekspozycja w konsulacie RP pt. "Megality" dwóch artystek - Elżbiety Dzikowskiej i Hanny Zawy-Cywińskiej trwała bardzo krótko i zamknięto ją parę tygodni temu. Była to świetnie zorganizowana (przez Bożenę Massey), doskonale pomyślana ekspozycja fotografii Dzikowskiej i korespondujących z nimi obrazów Zawy-Cywińskiej. W dwóch różnych mediach uchwycony został ten sam fragment rzeczywistości - bretońskie megality, czyli potężne bloki skalne, pozostałości pierwotnej cywilizacji europejskiej.

Fascynujące i zdumiewające w fotograficznych ujęciach Dzikowskiej, megality nabierają masy i ciężaru, innym razem stają się lekkie i zawieszone w przestrzeni, ledwie tylko podparte. Na innych wielkich, kolorowych fotografiach trwają zastygłe, chropawe i szorstkie, tchnące pierwotną potęgą, to znów ich powierzchnie lśnią w słońcu i zdają się unosić jak płachta płótna. Ich "skóra", zewnętrzna powłoka, omszała i poddana działaniu żywiołów, wabi malarską fakturą, skrywa wieczną tajemnicę ziemi, której nie sposób podejrzeć. Korytarze, wewnętrzne przestrzenie, jakie pokrywają te potężne kamienie, sfotografowane, ujawniają jedynie zewnętrzny wygląd. I tak trwają: piękne, tajemnicze, wyniosłe.

W obrazach Zawy-Cywińskiej megality przedstawione są w ciemnych, monochromatycznych barwach. Te ogromne kamienne bloki ukazane na płótnie jako wielkie powierzchnie, komunikują pierwotną moc powstawania ziemi, tworzenia się jej powierzchni, jakby znajdowały się u początków stworzenia. Tkwi w nich mrok i tajemnica zaznaczona ciemnymi kolorami, tak jakby te twory skorupy naszego globu można było przedstawić wyłącznie barwami wnętrza ziemi. Pęknięcia, szczeliny między skalnymi masywami, rysy na nich zaznaczone są zwykle czerwonobrunatnym kolorem przypominającym lawę, barwą symbolizującą mroczne sekrety płynące ze środka ziemi, tajemnicę dawnego pierwotnego świata. Scharakteryzować, wyrazić ów pradawny czas tytanów, cyklopów, da się tylko przy pomocy środków wyrażających siłę, potęgą, masę, wielkość. Artystka sięga do kategorii fizycznych rozmiaru, zajmowanej powierzchni, masywności. Jej obrazy są mroczne, ale nie posępne; ciemne, ale nie ponure. Odsyłają nie do dnia dzisiejszego tych wielkich złomowisk skalnych, ale do czasów ich powstawania, tak dawnych, że ginących w pomroce dziejów.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail