[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 19 listopada 2004


GRAŻYNA DRABIK

Blizna po urodzeniu


Struktura sztuki, w moim pojęciu, jak i struktura ducha ludzkiego, jest antynomiczna, oparta na łączeniu przeciwieństw i ich kompensacji. Nonsens i blaga muszą być skompensowane w sztuce sensem i powagą. A także ´łatwośćª tworzenia artystycznego musi być w jakiś sposób uzupełniona i okupiona wysiłkiem, trudnością".

Biorę te słowa Gombrowicza jako motto mojej noty i jako najwyższą formę pochwały. Bowiem Hell Meets Henry Halfway, nowe przedstawienie filadelfijskiego Pig Iron Theatre Company, zasługuje na taką pochwałę. Mamy tu grę przeciwieństw i zderzenie oczekiwań. Mamy atrakcyjny popis gry aktorskiej, która nie wydaje się wcale grą. Mamy świetną, osiągniętą minimalistycznymi środkami oprawę wizualną. Mnóstwo zabawy i niespodzianek. Dowcip pulsujący od złośliwostek. "Sens i powaga" kontrapunktuje ogólne szaleństwo "nonsensu i blagi".

I mamy jeszcze coś więcej: przykład, jak swobodna adaptacja, ryzykownie niepoprawna lecz robiona z pomyślunkiem, może być twórcza i udana. Z nieprawdopodobnego połączenia trzech różnych talentów - znanego polskiego pisarza, młodej gwiazdy amerykańskiej dramaturgii i ambitnych aktorów rodem z francuskiej szkoły Jacquesa Lecoqa - otrzymaliśmy rzecz oryginalną, możliwą tylko w wyniku tej współpracy.

Ale wróćmy na moment do początków. Gdzieś zupełnie indziej i w zupełnie innych czasach, pewien ambitny pisarz znany już w swoim literackim środowisku, wyznaczył sobie zadanie, by napisać rzecz nie dla literata, lecz dla masowego odbiorcy. Drugorzędną jest tu sprawą, czy robił to dla pieniędzy, jako wyzwanie rzucone samemu sobie czy po prostu strojąc żarty. Drugorzędną też są zawiłe spory krytyków, czy należy powieść Gombrowicza Opętani zaliczyć do gatunku powieści sensacyjnej, do eksperymentu w "formie gotyckiej", jak ją nobilitowała później Maria Janion, czy też postponować jako "powieść dla kucharek", jak nalegał Artur Sandauer, powołując się na autorytet samego autora, który rzeczywiście prawie do końca życia nie przyznawał się do gazetowego bękarta drukowanego pod pseudonimem.

Ważne, że rzecz napisał. Ukazała się w codziennych odcinkach w gazetach warszawskiej i radomskiej, z ostatnimi odcinkami publikowanymi kiedy Gombrowicz już płynął ku swemu przeznaczeniu w Ameryce Południowej. Roi się tu od intryg i romansów, od zderzenia arystokracji z pospólstwem, od czarnej i białej magii, w gęstym sosie melancholii. I ważne, że nawet w tym marginalnym dziele powiewa charakterystyczna dla Gombrowicza niesubordynacja, prowokacyjna nieufność do ustalonych form i reguł, upupianie nadętego, podważanie napuszonego. Duch zmagającego się i wyzwalającego słowa.

Niejasności gatunku, które wzbudzają emocje krytyków, oraz marginesowa pozycja w całości dzieła znanego pisarza nie zraziły amerykańskich artystów. Przeciwnie, kiedy powstała możliwość współpracy filadelfijskiej grupy aktorów z młodym pisarzem Adriano Shaplinem, właśnie ten tekst Gombrowicza przyciągnął ich uwagę. Katalizatorem w tym procesie podejmowania decyzji i tworzenia nowych układów współpracy był Allen Kucharski, kierownik wydziału teatralnego w Swarthmore College, zawodowy "specjalista od Gombrowicza" i prawdziwy smakosz jego dzieła. Okazją - festiwale w Polsce i w USA szykowane z rozmachem w związku z okrągłą rocznicą urodzin pisarza. Dobrą wróżką wspomagającą projekt finansowo - Paweł Potoroczyn i Instytut Kultury Polskiej. Wynik: zadowolenie wszystkich biorących w przedsięwzięciu udział. A korzyść przede wszystkim dla nas, publiczności.

Od samego początku w małej salce Ohio Theatre na dole Manhattanu czuło się w powietrzu tę wspaniałą iskrę elektryczności łączącą łukiem spisku widza i aktora w szczególnie udanym przedstawieniu.

Sprawność i agresja słowna Gombrowicza znalazły świetnego partnera w sprawności i ostrej agresywności Shaplina. Jego zaś bystra inteligencja połączyły się idealnie z filozofią i praktyką improwizacji, motorem twórczego procesu zespołu Pig Iron. Pierwszy obraz: pomysłowe połączenie tenisowego kortu z tradycyjnym gabinetem pracy; pierwsza zaskakująca metamorfoza: szafa w ścianie ukazująca nagle swoją "drugą stronę" - ciasny przedział pociągu; pierwsze sceptyczne pytanie: "I cóż z tego?" powtarzające się później jak refren piekielnego nihilizmu wyznaczały ton "poważnej zabawy" charakteryzującej całość. Kto kogo pokona w zabójczych pojedynkach na słowa i miny? Czyja forma okaże się silniejsza? Czy "wyższe" oprze się sile "niższego"? Czy melancholia pokona wszystkich?

W oparach zmęczenia tamtego wieczoru gubiłam się w tej zabawie. Początkowo z uporem poszukiwałam jak poręczy rozpoznawalnych wątków z Gombrowicza. Aż uznałam, że nie oglądam adaptacji Gombrowicza, lecz nową spójną całość, w jego duchu, lecz w ich własnych słowach i choreografii. Poddałam się z przyjemnością oszałamiającej energii aktorów. I tak krążyłam już bez oporu razem z nimi na karuzeli sugestywnych obrazów i lingwistycznych bon motów, agresywnych zaczepek, słownych przeobrażeń. Godząc się ze słowami Mai, choć niekoniecznie z jej intencją, że pępek, pokrętna i intymna część ciała, to nasza blizna po urodzeniu. Współzależność od innych. Znak człowieczeństwa.

Podobało mi się przedstawienie i podobała mi się publiczność, jaką przyciąga: młoda, ładna, swobodna, chętnie przedłużająca wspólny wieczór w późniejsze rozmowy. Nikomu się nie chciało wychodzić z teatru, ludzie popijali wino w holu, rozgadani. Wydawało mi się wtedy, że usłyszałam pozytywną odpowiedź na pytanie-wątpliwość, jakim Gombrowicz zamknął swój Testament: "Czy mój bunt dawniejszy ożyje w czyjejś młodej, zdobywczej wyobraźni?".

Pig Iron Theatre Company, Hell Meets Henry Halfway. Tekst na podstawie powieści Witolda Gombrowicza Opętani - Adriano Shaplin. Reżyseria: Dan Rothenberg, scenografia: Matt Saunders, kostiumy: Miranda Hoffman, oświetlenie: Sarah Sidman, dźwięk: Bill Moriarty, oprawa muzyczna: James Scugg i Adriano Shaplin. Występują: Quinn Bauriedel (Marian Walchak), Emmanuelle Delpech-Ramey (Prince), Sarah Sanford (Maya Okholovska), Geoff Sobelle (Dr. Petar Hincz), James Sugg (Jon the Ballboy) oraz Dito van Reigersberg (Henry Kholavitski). Przedstawienia 3 - 21 listopada w Ohio Theatre, 66 Wooster St., Manhattan.

*

Jeszcze jeden ciekawy polski wątek. Z Ashfield w Massachusetts zjechał do Nowego Jorku zespół Double Edge. Artyści bazę wprawdzie mają w Massachusetts, gdzie próbują prowadzić samowystarczającą fermę, ale tak naprawdę są "obywatelami świata". Założycielka zespołu i kierownik artystyczny Stacy Klein wpisuje się w tradycję teatralną Jerzego Grotowskiego. Zespół współpracuje z Gardzienicami. Podróżuje szeroko po świecie, niedawno powrócił z tournée po Polsce i Węgrzech. Obecnie pracuje z nimi aktorka z Polski Joanna Wichowska, która dodaje przedstawieniu UnPOSSESSED ładnie tajemniczą nutę śpiewając po polsku własną piosenkę o "Rycerzu Zwierciadeł".

To nowe przedstawienie (druga część cyklu Ogród Intymności i Pożądania) zaprasza nas, by wstąpić w magiczny krąg wizji Don Kichota. Każdy, kto choć raz poczuł efekt czarów Cervantesa dobrze wie, jest to wizja zdumiewająca, głęboka jak kabała i jak kabała tajemniczo działa na duszę. Niestety, jest to też wizja fantastycznie trudna do skutecznego odtworzenia na scenie. Nie mogąc się oprzeć sile przyciągania Błędnego Rycerza, ileż razy oglądałam ponuro nieskładne przedstawienia powołujące się na ojcostwo mistrza.

Tym razem, na szczęście, rzecz jest przynajmniej częściowo udana. Stacy Klein mądrze nawet nie próbuje robić bezpośredniej adaptacji powieści. Traktuje ją raczej jako inspirację, okazję, by pokłonić się przed Don Kichotem jako postacią idealisty niezłomnego działania, wybierając tylko kilka kluczowych epizodów. Razem ze swoim wielce oddanym zespołem stwarza widowisko bogate wizualnie i atrakcyjne muzycznie.

Talenty artystów Double Edge Theatre są wielostronne: ładnie śpiewają i grają na różnych instrumentach. Tańczą elegancko. Poruszają się zgrabnie na szczudłach. Są także dzielnymi akrobatami: latają niebezpiecznie uczepieni jedwabnych wstęg-żagli, wdrapują się na skomplikowane rusztowania-pojazdy, pojedynkują ciężkimi mieczami. Przy uznaniu dla aktorskiej sprawności muszę zaznaczyć, że nie były to jednak popisy tak "naturalnie" perfekcyjne, bym mogła uniknąć niepokoju o ich bezpieczeństwo.

Ale nie w tym główny problem. Rzecz Cervantesa jest wzniosła i śmieszna zarazem, rozgadana "filozofująco", lecz też w sugestywny sposób niedopowiedziana. Gorzka i przebaczająca. Żeby cała ta wspaniała magia zadziałała, musimy poczuć sympatię do Don Kichota. Musimy go spotkać przynajmniej w pół drogi jego natchnionego szaleństwa. Don Kichot Carlosa Uriona budzi nawet naszą sympatię swą poczciwą niezaradnością. Może wywołać opiekuńczy odruch - szczególnie przed zimną arogancją kpiącego Księcia i Księżniczki. Lecz nie porywa nas wzniosłością swych ideałów. Nie ma tu magii, która może zasugerować smak wspaniałości jego przygody w imię Dobra i Miłości.

A wtedy cóż, przy całym tupocie efektownych chwytów, pozostaje z nami tylko smętek i gorycz przegranej.

Double Edge Theatre, the UnPOSSESSED. Pomysł, reżyseria, kostiumy i oprawa wizualna: Stacy Klein we współpracy z Carlosem Uriona i Matthew Glassmanem, na podstawie powieści Miguela Cervantesa Don Kichot. Oświetlenie: Mary Louise Geiger, muzyka: Justin Handley. Występują: Hayley Brown (Altisidora), Matthew Glassman (Sancho Panza), Justin Handley (the Duke), Richard Newman (Master Peter), Carlos Uriona (Don Quixote) oraz Joanna Wichowska (The Duchess). Przedstawienia 28 października - 7 listopada, w La MaMa Annex, 74A E. 4th St., Manhattan.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail