[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 19 listopada 2004


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Urodziny u rodziny

Dzisiaj są moje urodziny,
Które obchodzę bez rodziny
Daleko, wysoko, wśród manowców,
W pokoiku na wieży hangaru dla szybowców.

Edward Stachura, Urodziny

Wyznam szczerze: wolę urodziny od imienin. W Polsce obchodzi się nadal imieniny, nie pamiętając prawie wcale o urodzinach. Ma to związek, jak wszystko w naszej starej ojczyźnie, z religią. Imię naszego patrona ważniejsze jest od naszego przyjścia na świat. Protestanci mają gorzej: obchodzą jedynie i zaledwie narodziny, i to własne. Zatem okazji do świętowania mają wielokrotnie mniej niż my. Nie są stworzeni do zabawy, a do pracy, jak wiemy. Nawet gdy się bawią, przy nielicznych drinkach mówią bez przerwy o robocie. Chore. W Polsce, nawet gdy się już za nią wezmą, po rytualnym opowiedzeniu sobie o szczegółach minionego weekendu, to dalej mówią o zabawie, która ich czeka już za dni parę. To się nazywa wolność wypowiedzi. W poniedziałek rano na biurko wyjeżdża szacowny bimberek i od razu raźniej patrzymy w napoczęty właśnie tydzień znoju.

Praca w Polsce ma tę uroczą właściwość, że połowa czasu jej przeznaczonego schodzi na obmyślaniu form, miejsc i okazji do kolejnej zabawy. Jeden rzut oka na kalendarz - i już lepiej sfrustrowanemu zespołowi. Czyje to dzisiaj mamy imieniny, a czyje urodziny? Komu urodziło się baby (tak teraz mówią w Polsce, kiedyś mówiło się dzidziuś), kto się zaręczył, a komu stuknęła jakakolwiek rocznica, łącznie z rocznicą poznania sąsiadów? Przebywanie w kraju naszych przodków ma też dodatkowe atuty w postaci darmowych kolacji, nierzadko połączonych ze śniadaniem podanym do łóżka. Mam oczywiście na myśli tradycyjną polską gościnność, posiadającą niezliczone barwy i odcienie, kształty i nadzieje.

Życie w starej ojczyźnie toczyło się i toczy według zegara zabawy. Niektórzy dorabiają do zbożnej czynności wypoczywania po dniach tworzenia planów kolejnych zabaw - filozofię. Filozofijkę miłego, bezproblemowego spędzenia czasu i życia. Codziennych wykładów z tej dziedziny wysłuchuję w urzędach, redakcjach, a nawet szpitalach. Sprowadza się ona do jednej podstawowej zasady: trzeba tak robić, żeby się nie narobić, a zarobić. Należy przy tym bardzo uważać, by nie zarobić za dużo, bo można zwrócić na siebie uwagę tych, co zawsze zarabiali za mało, gdyż nigdy im się nie chciało narobić. Nadwyżki zgromadzonej w ten sposób energii ochoczo skierują przeciw osobie, co się narobiła i zarobiła, aby jej udowodnić, że wcale nie jest od nas lepsza, bogatsza i szczęśliwsza. Wydaje się, że największym problemem Polaków w kapitalizmie są po prostu ci Polacy, którzy uwierzyli, że mogą żyć normalnie, czyli w gospodarce rynkowej, i czerpać z tego zyski.

Kapitalizm kapitalizmem, ale zasada równości w biedzie święci powszechne triumfy. Przez kraj długi i szeroki niesie się łomot padających korpusów, którym ktoś podstawił nogę, trzask złamanych jak zapałki karier, zgrzytanie zębami i mlaskanie ozorami we wzajemnym obgadywaniu się, analizowaniu zachowań współpracownika, chrobot szarych komórek, usiłujących połączyć w jakąś sensowną całość zamiary partnera, który nic nie mówi, a milczy jak pantera szykująca się do przegryzienia nam gardła. Gdy do tego dodamy dudnienie starych maszyn do pisania marki Erika i huk lawiny kliknięć w komputerowe klawiatury, których właściciele nadużywają opuszków wskazujących palców, by w komponowanych w pocie czoła donosach wskazać tymi palcami na winnego ich życiowych porażek - wyjdzie nam wielce optymistyczny obraz stanu polskiego ducha.

Wygląda to tak, jakby polski duch po latach wolności wył po nocach o klatkę, a z braku chętnych zainstalowania mu jej na drodze podboju, rozbiorów czy innych potopów - sam się podbija, rozbija, rozbiera i topi. Za długo jestem w Polsce, by nie czuć zewsząd swądu spalonych na panewce pomysłów, swądu palonej słomy zapałów, by nie widzieć wypalonych nadziei, snujących się po zaułkach cynicznych uśmiechów, składających się w jedno powszechnie powtarzane zdanie: nie da się. Nie uda. Nawet nie próbuj, bo i tak ci nie pozwolą, nie dadzą, przeszkodzą. Więc po co się pocić, lepiej o urlop poprosić. Płatny, jak najbardziej. Polacy odmawiają zbiorową modlitwę niemożności, kładąc na tacy własną dumę. Głównym motorem tego stanu ducha jest polska niemoc, historycznie, oczywiście, uwarunkowana. To, że jednak Polska się kręci, że mimo wszystko przybywa jej domów, sklepów, aut i dobrych notowań na światowych rynkach opinii, nikogo tu nie przekonuje. Polacy są generalnie dalekowidzami, to znaczy widzą lepiej na odległość, zwłaszcza za Wielką Wodą. Na miejscu nie widzą często nawet cząstki tego, co widzą za miedzą.

Krótkowidztwo ma także swoje dobre strony. Ponieważ nie zauważają u siebie niczego godnego zauważenia, a tym samym unicestwienia - po to, by sąsiadowi za dobrze się nie wiodło - przybywa pięknie odrestaurowanych pomników kultury materialnej, wychodzą z ruiny stare dwory, wokół których niepostrzeżenie rosną jak grzyby po jesiennym deszczu kryte czerwoną dachówką współczesne czworaki, zwane osiedlami domków jednorodzinnych. Narodziny, a raczej odrodziny małych miejscowości i wiosek to najbardziej zauważalny dla przybysza spoza kraju fenomen. Stare domy obkłada się - dosłownie - nowymi, sztukuje wymyślnymi przybudówkami, dobudowuje mieszkania nad garażami (i w garażach też), rozciąga wzdłuż, wszerz, w głąb i wzwyż, a wszystko po to, by wszystkich pomieścić, by upchnąć pod jednym dachem przyrastającą lawinowo rodzinę tudzież lokatorów spłacających czynszem kredyty na remont i rozbudowę. Nie jest to jedynie moda na bycie razem, wyssana z pegeerowskim mlekiem, a zwyczajny brak perspektyw na uzyskanie własnego kąta za własnego życia.

Stałe przebywanie większości Polaków we wzajemnym zasięgu wzroku i słuchu, we dnie i w nocy, w domu i w pracy, ma wyłącznie dobre strony. Weźmy takie urodziny. Nikt ich nigdy nie obchodzi bez przyjaciół, sąsiadów i rodziny, gdzieś daleko, wysoko, wśród manowców jakichś ciasnych biur czy wieżowców, nie w żadnym pokoiku nad jakimś Stachurowym hangarem dla szybowców czy innych kadłubowców - a w domu, w otoczeniu najbliższych, choć często nielubianych. Urodziny u rodziny, nawet gdy jest ona bardziej przypadkową zbieraniną niż prawdziwą rodziną, większość rodaków nad Wisłą ma raczej gwarantowane. My, przebywający w dalekiej od kraju Ameryce, na emigracji czy tylko z roboczą wizytą, mamy znacznie gorzej. I nawet jeśli zbierze się w naszym biurze koleżeńskie grono i huknie nam tradycyjne "Sto lat", to nie będzie w naszym pokoiku na wieży ani za tłoczno, ani za głośno, ani za wesoło. Po wypiciu tradycyjnej lampki szampana rozejdziemy się grzecznie do swoich zajęć, zgotowanych nam, na nasze własne życzenie zresztą, przez jakichś zagorzałych protestantów. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin życzy Tobie, Uważna Czytelniczko

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail