Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Urodziny u rodziny
Dzisiaj są moje urodziny,
Które obchodzę bez rodziny
Daleko, wysoko, wśród manowców,
W pokoiku na wieży hangaru dla szybowców.
Edward Stachura, Urodziny
Wyznam szczerze: wolę urodziny od imienin. W Polsce obchodzi
się nadal imieniny, nie pamiętając prawie wcale o urodzinach.
Ma to związek, jak wszystko w naszej starej ojczyźnie, z religią.
Imię naszego patrona ważniejsze jest od naszego przyjścia
na świat. Protestanci mają gorzej: obchodzą jedynie i zaledwie
narodziny, i to własne. Zatem okazji do świętowania mają wielokrotnie
mniej niż my. Nie są stworzeni do zabawy, a do pracy, jak
wiemy. Nawet gdy się bawią, przy nielicznych drinkach mówią
bez przerwy o robocie. Chore. W Polsce, nawet gdy się już
za nią wezmą, po rytualnym opowiedzeniu sobie o szczegółach
minionego weekendu, to dalej mówią o zabawie, która ich czeka
już za dni parę. To się nazywa wolność wypowiedzi. W poniedziałek
rano na biurko wyjeżdża szacowny bimberek i od razu raźniej
patrzymy w napoczęty właśnie tydzień znoju.
Praca w Polsce ma tę uroczą właściwość, że połowa czasu jej
przeznaczonego schodzi na obmyślaniu form, miejsc i okazji
do kolejnej zabawy. Jeden rzut oka na kalendarz - i już lepiej
sfrustrowanemu zespołowi. Czyje to dzisiaj mamy imieniny,
a czyje urodziny? Komu urodziło się baby (tak teraz
mówią w Polsce, kiedyś mówiło się dzidziuś), kto się zaręczył,
a komu stuknęła jakakolwiek rocznica, łącznie z rocznicą poznania
sąsiadów? Przebywanie w kraju naszych przodków ma też dodatkowe
atuty w postaci darmowych kolacji, nierzadko połączonych ze
śniadaniem podanym do łóżka. Mam oczywiście na myśli tradycyjną
polską gościnność, posiadającą niezliczone barwy i odcienie,
kształty i nadzieje.
Życie w starej ojczyźnie toczyło się i toczy według zegara
zabawy. Niektórzy dorabiają do zbożnej czynności wypoczywania
po dniach tworzenia planów kolejnych zabaw - filozofię. Filozofijkę
miłego, bezproblemowego spędzenia czasu i życia. Codziennych
wykładów z tej dziedziny wysłuchuję w urzędach, redakcjach,
a nawet szpitalach. Sprowadza się ona do jednej podstawowej
zasady: trzeba tak robić, żeby się nie narobić, a zarobić.
Należy przy tym bardzo uważać, by nie zarobić za dużo, bo
można zwrócić na siebie uwagę tych, co zawsze zarabiali za
mało, gdyż nigdy im się nie chciało narobić. Nadwyżki zgromadzonej
w ten sposób energii ochoczo skierują przeciw osobie, co się
narobiła i zarobiła, aby jej udowodnić, że wcale nie jest
od nas lepsza, bogatsza i szczęśliwsza. Wydaje się, że największym
problemem Polaków w kapitalizmie są po prostu ci Polacy, którzy
uwierzyli, że mogą żyć normalnie, czyli w gospodarce rynkowej,
i czerpać z tego zyski.
Kapitalizm kapitalizmem, ale zasada równości w biedzie święci
powszechne triumfy. Przez kraj długi i szeroki niesie się
łomot padających korpusów, którym ktoś podstawił nogę, trzask
złamanych jak zapałki karier, zgrzytanie zębami i mlaskanie
ozorami we wzajemnym obgadywaniu się, analizowaniu zachowań
współpracownika, chrobot szarych komórek, usiłujących połączyć
w jakąś sensowną całość zamiary partnera, który nic nie mówi,
a milczy jak pantera szykująca się do przegryzienia nam gardła.
Gdy do tego dodamy dudnienie starych maszyn do pisania marki
Erika i huk lawiny kliknięć w komputerowe klawiatury, których
właściciele nadużywają opuszków wskazujących palców, by w
komponowanych w pocie czoła donosach wskazać tymi palcami
na winnego ich życiowych porażek - wyjdzie nam wielce optymistyczny
obraz stanu polskiego ducha.
Wygląda to tak, jakby polski duch po latach wolności wył
po nocach o klatkę, a z braku chętnych zainstalowania mu jej
na drodze podboju, rozbiorów czy innych potopów - sam się
podbija, rozbija, rozbiera i topi. Za długo jestem w Polsce,
by nie czuć zewsząd swądu spalonych na panewce pomysłów, swądu
palonej słomy zapałów, by nie widzieć wypalonych nadziei,
snujących się po zaułkach cynicznych uśmiechów, składających
się w jedno powszechnie powtarzane zdanie: nie da się. Nie
uda. Nawet nie próbuj, bo i tak ci nie pozwolą, nie dadzą,
przeszkodzą. Więc po co się pocić, lepiej o urlop poprosić.
Płatny, jak najbardziej. Polacy odmawiają zbiorową modlitwę
niemożności, kładąc na tacy własną dumę. Głównym motorem tego
stanu ducha jest polska niemoc, historycznie, oczywiście,
uwarunkowana. To, że jednak Polska się kręci, że mimo wszystko
przybywa jej domów, sklepów, aut i dobrych notowań na światowych
rynkach opinii, nikogo tu nie przekonuje. Polacy są generalnie
dalekowidzami, to znaczy widzą lepiej na odległość, zwłaszcza
za Wielką Wodą. Na miejscu nie widzą często nawet cząstki
tego, co widzą za miedzą.
Krótkowidztwo ma także swoje dobre strony. Ponieważ nie zauważają
u siebie niczego godnego zauważenia, a tym samym unicestwienia
- po to, by sąsiadowi za dobrze się nie wiodło - przybywa
pięknie odrestaurowanych pomników kultury materialnej, wychodzą
z ruiny stare dwory, wokół których niepostrzeżenie rosną jak
grzyby po jesiennym deszczu kryte czerwoną dachówką współczesne
czworaki, zwane osiedlami domków jednorodzinnych. Narodziny,
a raczej odrodziny małych miejscowości i wiosek to najbardziej
zauważalny dla przybysza spoza kraju fenomen. Stare domy obkłada
się - dosłownie - nowymi, sztukuje wymyślnymi przybudówkami,
dobudowuje mieszkania nad garażami (i w garażach też), rozciąga
wzdłuż, wszerz, w głąb i wzwyż, a wszystko po to, by wszystkich
pomieścić, by upchnąć pod jednym dachem przyrastającą lawinowo
rodzinę tudzież lokatorów spłacających czynszem kredyty na
remont i rozbudowę. Nie jest to jedynie moda na bycie razem,
wyssana z pegeerowskim mlekiem, a zwyczajny brak perspektyw
na uzyskanie własnego kąta za własnego życia.
Stałe przebywanie większości Polaków we wzajemnym zasięgu
wzroku i słuchu, we dnie i w nocy, w domu i w pracy, ma wyłącznie
dobre strony. Weźmy takie urodziny. Nikt ich nigdy nie obchodzi
bez przyjaciół, sąsiadów i rodziny, gdzieś daleko, wysoko,
wśród manowców jakichś ciasnych biur czy wieżowców, nie w
żadnym pokoiku nad jakimś Stachurowym hangarem dla szybowców
czy innych kadłubowców - a w domu, w otoczeniu najbliższych,
choć często nielubianych. Urodziny u rodziny, nawet gdy jest
ona bardziej przypadkową zbieraniną niż prawdziwą rodziną,
większość rodaków nad Wisłą ma raczej gwarantowane. My, przebywający
w dalekiej od kraju Ameryce, na emigracji czy tylko z roboczą
wizytą, mamy znacznie gorzej. I nawet jeśli zbierze się w
naszym biurze koleżeńskie grono i huknie nam tradycyjne "Sto
lat", to nie będzie w naszym pokoiku na wieży ani za
tłoczno, ani za głośno, ani za wesoło. Po wypiciu tradycyjnej
lampki szampana rozejdziemy się grzecznie do swoich zajęć,
zgotowanych nam, na nasze własne życzenie zresztą, przez jakichś
zagorzałych protestantów. Wszystkiego najlepszego z okazji
urodzin życzy Tobie, Uważna Czytelniczko
|
|