[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 3 grudnia 2004


JERZY PIEKARCZYK

Ocaleni
w arce Schindlera


Ile światów uratował Oskar Schindler, skoro w Talmudzie napisano, że "kto ratuje jedno życie, to jakby cały świat uratował"? Tego świata, do którego należało 1200 krakowskich Żydów ocalonych przez niemieckiego przemysłowca, już nie ma. Przestał istnieć wraz z ostatnim transportem z obozu koncentracyjnego w Płaszowie, skąd wywieziono tych, którym wcześniej kazano nosić na rękawach opaski z gwiazdą Dawida, zamkniętych między murami getta i w końcu skazanych na zagładę jako "podludzie" niemający prawa do życia.

"Zapraszamy Państwa na wystawę fotograficzną poświęconą wyjątkowemu Człowiekowi, działającemu w wyjątkowym czasie, który z wyjątkową skutecznością wspomagał, chronił, karmił i w końcu uratował 1200 istnień ludzkich" - tak napisali prof. Aleksander B. Skotnicki i prezes Władysław Klimczak z Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego, którzy wspólnie z Żydowską Gminą Wyznaniową w Krakowie zorganizowali tę wystawę w 60. rocznicę wyjazdu z Płaszowa do Brunnlitz więźniów z "listy Schindlera", którzy tam, w Czechach, doczekali wyzwolenia.

- Wiele osób wyraziło w listach swą wdzięczność i wzruszenie, że chcemy pamiętać o nich i o ich bliskich. Zachowali w pamięci swój Kraków, tęsknią do niego i nigdy nie przestali się czuć krakowianami, choć minęło 60 lat od dramatycznych okoliczności, w jakich opuszczali to miasto. Żyją z pamięcią o swoim zamordowanym narodzie. To, że nie są sami z tą pamięcią, że ktoś o tym myśli również, prosi o zdjęcia i dokumenty ich krewnych, wzrusza ich, czemu dali wyraz w korespondencji. Czujemy więc pewne zobowiązanie. Skoro wyszliśmy z taką propozycją i spotkaliśmy się z tak żywym odzewem z różnych stron świata, nie mogliśmy tej wystawy nie zrobić - mówi prof. Skotnicki o idei ekspozycji, urządzonej w odnowionej synagodze Kupa na krakowskim Kazimierzu.

Wystawa jest przypomnieniem wyjątkowego charakteru czwartej części populacji przedwojennego Krakowa, który, co prawda, pod względem liczby ludności żydowskiej zajmował dopiero piąte miejsce po Warszawie, Łodzi, Wilnie i Lwowie, ale jej życie było tu najbogatsze i najbardziej różnorodne. lady zostały na fotografiach, takich jak te dokumentujące istnienie Gimnazjum Hebrajskiego przy Brzozowej, gdzie wykładali profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego, skąd młodzież każdego roku brała udział w pochodach z okazji kolejnych rocznic odzyskania przez Polskę niepodległości i na Sowińcu sypała, jak inni, kopiec Piłsudskiego. Do tego gimnazjum chodziło w okresie międzywojennym pięć tysięcy uczniów, holocaust przeżyło tylko 1500 - i tak uratowało się więcej niż ortodoksyjnych Żydów, często nawet niemówiących po polsku i niemających po aryjskiej stronie znajomych, którym wielu innych zawdzięczało życie.

20 marca 1941 r. zamknęły się bramy getta w Podgórzu i wkrótce stało się jasne, że szanse na przetrwanie mają wyłącznie zatrudnieni w "gałęziach gospodarki istotnych dla III Rzeszy". Na długo przed pierwszą "akcją specjalną" w getcie w czerwcu 1942 r., w biurze Deutsche Emailwaren Fabrik, którą dzierżawił Oskar Schindler, doszło do spotkania urzędnika Judenratu Romana Gintera oraz Itzhaka Sterna z Schindlerem i Juliusem Madritschem - właścicielem zakładów szyjących mundury dla Wehrmachtu. Chodziło o zatrudnienie Żydów, a wtedy znaczyło to tyle samo, co uratowanie życia. Za kilka miesięcy wiedeńczyk Madritsch z własnej kieszeni i dzięki współpracy swego pełnomocnika Rajmunda Titscha będzie regularnie dokarmiał przeszło 4 tysiące swoich żydowskich pracowników. Z kolei Schindler, chcąc przynajmniej częściowo ulżyć doli zatrudnionych u siebie Żydów, udostępni im miejsca noclegowe na terenie fabryki. "Od dziś jesteście częścią tych zakładów, będziecie tu bezpieczni. Jeśli będziecie pracować, przeżyjecie wojnę" - powiedział i nie musiał tego powtarzać.

Przez kilka lat okupacji Fabryka Wyrobów Metalowych i Naczyń Emaliowanych na krakowskim Zabłociu była dla 1200 ludzi "oazą nadziei". Podobóz przy ulicy Lipowej nazywano "rajem", bo takim był w porównaniu z piekłem niedalekiego obozu w Płaszowie, pod zarządem Amona Goetha. W "Emalii" więźniów nie spotykały szykany, nie było wielogodzinnych apeli, grozy, egzekucji, nie zginął tutaj żaden Żyd ani z wyczerpania, ani z głodu, ani z pobicia.

W realizacji Goebbelsowskiego programu eksterminacji więźniów przez pracę aktywny udział wzięło wówczas ponad dwieście przedsiębiorstw niemieckich. W kolejce po tanią siłę roboczą z obozów koncentracyjnych ustawiali się właściciele najpotężniejszych firm. Po wojnie, w rezultacie ciągnących się niekiedy przez 20 lat procesów, tylko pięć firm wypłaciło 14 tysiącom byłych żydowskich niewolników jednorazowe odszkodowanie w wysokości 1-2 przeciętnych pensji w RFN.

Oskar Schindler i Juliusz Madritsch oraz Rajmund Titsch okazali się ludźmi w nieludzkim świecie. Należeli więc do tych, których po latach poproszono o posadzenie swojego drzewka w Jerozolimie, w Alei Sprawiedliwych wśród Narodów wiata.

Kwitła korupcja i nepotyzm, czarnorynkowa produkcja i handel. Schindler, producent garnków i menażek, umiał i wiedział, komu wręczać łapówki. W krótkim czasie stał się mistrzem "drugiego obiegu gospodarczego" w Krakowie, od 1941 r. na nieksięgowanej liście płac DEF-y znajdowali się również dostojnicy SS - zgodnie z dekretem właściciele niewolniczej siły roboczej z obozów i gett. Itzhak Stern, który pełnił rolę doradcy ekonomicznego i księgowego w "Emalii", wspominając po latach spotkanie z Schindlerem, który w grudniu 1939 r. uprzedził go o planowanej na Kazimierzu akcji SS przeciwko Żydom, powiedział: "Wówczas wiedziałem na pewno, że mam do czynienia z rzadkością w tych strasznych czasach, ze sprawiedliwym gojem".

Kiedy latem 1944 r. rozpoczęto w Generalnym Gubernatorstwie likwidację obozów i więzień, Schindler postanowił przenieść swą fabrykę do Brunnlitz w Czechach niedaleko Zwittau, miejscowości, z której pochodził. Wtedy sporządził listę obejmującą ok. 1200 swoich pracowników z rodzinami. Pierwszy transport "Schindlerjude" wyjechał 15 października, sześć dni później wywieziono z Płaszowa do Oświęcimia prawie tysiąc kobiet, po trzech tygodniach trzysta - znajdujących się na "liście Schindlera" - odesłano do Brunnlitz. Kiedy po siedmiu miesiącach pobytu w Brunnlitz ocaleni rozstawali się z Schindlerem, jeden z nich podarował mu obrączkę zrobioną ze zdjętej z zęba złotej korony, na której wygrawerowano słowa: "Kto ratuje jedno życie, to jakby cały świat uratował".

Wdzięczność za ocalenie przetrwała dziesięciolecia. Jej wyrazem był nie tylko przyznany Schindlerowi w 1963 r. (miał wtedy 55 lat) tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów wiata. Wówczas o jego zasługach po raz pierwszy doniosła prasa niemiecka. Kiedy zmarł w 1974 r. i zgodnie z jego wolą pochowano go w Jerozolimie, progi katolickiej kaplicy przekroczyło wówczas po raz pierwszy setki uratowanych przez niego Żydów.

Z latami topnieje liczba ocalonych. Na pogrzeb Schindlera przyjechało ich 400, dwadzieścia lat później, gdy Steven Spielberg kręcił film, było ich 180.

- Nam udało się dotrzeć do pięćdziesięciu, na pewno nie wszystkich jeszcze z żyjących - mówi prof. Skotnicki.

11 marca 1943 r., dwa dni przed likwidacją getta, pięcioletniej dziewczynce udało się przejść na drugą stronę muru.

- Z jednej strony bramy stała moja mama - opowiadała niedawno prof. Skotnickiemu - z drugiej pani Wanda, Polka, która zgodziła się mnie przechować. Stali tam policjant żydowski i polski i mama słyszała, jak mówili do siebie: ta mała ma szansę przetrwać, bo jest blondynką.

Dwa dni później jej matka wcześnie rano zobaczyła z okna grupę ludzi na ulicy, którzy nagle zniknęli, jakby zapadli się pod ziemię. Zorientowała się, że weszli do kanałów.

- To pewnie tak, jak prof. Julian Aleksandrowicz - wtrącił Skotnicki.

- Właśnie z rodziną Aleksandrowiczów udało nam się uciec z getta kanałami.

- Pani zna może syna profesora, Jerzego?

- Z przedszkola w getcie. Ostatni raz widzieliśmy się właśnie wtedy.

- A wie pani, że on jest teraz profesorem psychiatrii w Krakowie?

Nie wiedziała.

Była jedną z wielu osób z zagranicy, z którymi udało się nawiązać kontakt. Inni przysłali listy z podziękowaniami za pamięć oraz zdjęcia, które dopełniły zbiory posiadane przez KTF. Kilka dni po otwarciu wystawy Moshe Bejski, jeden z pracowników Schindlera, a po wojnie sędzia Sądu Najwyższego w Izraelu, przysłał 60 zdjęć archiwalnych na CD. Wystawa, która pomieściła tylko część dotychczasowych zbiorów, miała stać się początkiem Muzeum Historii Żydów Krakowskich, ale do tej pory nie udało się uzyskać odpowiednich pomieszczeń na terenie miasta.

Na razie powstał niepowtarzalny dokument pamięci, sięgający czasów współczesnych, kiedy historię Schindlera i "jego" Żydów nagłośnił film Stevena Spielberga. wiat dowiedział się o niej właściwie przypadkiem. Sześć lat po śmierci Schindlera, do sklepu z galanterią skórzaną na Beverly Hills w Los Angeles wstąpił australijski pisarz Thomas Keneally z zamiarem kupna aktówki. W trakcie rozmowy z właścicielem, Leopoldem Pfefferbergiem, dowiedział się, że ma do czynienia z jednym z ponad tysiąca ocalonym przez niemieckiego bon vivanta, przemysłowca, trochę spekulanta, w ogóle pełnego sprzeczności człowieka. Tak powstała książka Arka Schindlera, która zainspirowała Spielberga.

Leopold Page-Pfefferberg w jednym z wywiadów powiedział: "Schindler posiadał boski dar rozumienia bliźnich, czerpał radość z niesienia pomocy i we właściwych momentach potrafił wykazać odwagę cywilną. Jego dewizą życiową było dawać więcej, niż posiadał".

Wystawa jest zapisem ostatnich lat historii Żydów krakowskich oraz tego, co działo się potem z ocalonymi i człowiekiem, któremu zawdzięczali życie. Atmosferę i charakter przedwojennego miasta pokazują zdjęcia Zeva Aleksandrowicza; rzeczywistość okupacyjnego Krakowa utrwalił Kazimierz Didur, który pracując jako fotograf w Urzędzie Propagandy przy Rynku Kleparskim potajemnie kopiował zrobione przez siebie zdjęcia. Fotografie z getta przekazał Ryszard Ores, który negatywy zakopał w ziemi, gdzie przeleżały do końca wojny. Są wreszcie unikatowe zdjęcia z obozu w Płaszowie, wykonane przez Rajmunda Titscha, kierownika płaszowskiej fabryki mundurów, który zdjęcia te ukrywał na przedmieściach Wiednia, gdzie leżały zakopane przez 20 powojennych lat.

Bronisława Horowitz-Karakulska, mieszkająca w Krakowie współautorka obecnej wystawy, siostra Ryszarda - słynnego nowojorskiego fotografika, wspomina, że na Schindlerowskiej "liście życia" znalazło się 14 osób z trzypokoleniowego "klanu Rosnerów". Mila Page - z Los Angeles, żona Leopolda Pfefferberga, powiedziała kiedyś o Schindlerze: "Był naszą matką i ojcem, naszą jedyną wiarą i nadzieją, i nigdy nas nie zawiódł". Mieszkająca w Krakowie Stella Müller-Madej (również współautorka wystawy) mówi dziś: "Życie biologiczne dali mi rodzice, a drugie życie zawdzięczam Schindlerowi". Eugenia Manor, która na otwarcie wystawy przybyła specjalnie z Izraela, wcześniej pisała do jej organizatorów: "Schindlera będziemy wspominać do końca naszego życia, które mu zawdzięczamy, a tym samym życia naszych dzieci i wnuków".

Takim pozostał w ich pamięci. Przeżyli dzięki niemu, bo potrafił przekupić śmierć. Pytanie: ile światów uratował? - pozostało. Postawić je sobie musi każdy, patrząc na fotograficzną dokumentację losów mieszkańców przedwojennego Krakowa, dla których lata 1939-44 były ostatnim etapem siedmiu wieków trwających związków z tym miastem.

- Jedną z piękniejszych cech człowieka, dowodem jego szlachetności jest poczucie wdzięczności, pamiętanie po latach, że komuś coś zawdzięczamy. Uczył nas tego prof. Julian Aleksandrowicz - mówi prof. Aleksander Skotnicki.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail