[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 3 grudnia 2004


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy


Piszę pod wrażeniem chwili. Przed chwilą zapukał sąsiad, zbiera podpisy pod petycją do administracji osiedla, żeby nie ścinano nam kilku przedwojennych drzew. Ostała się maleńka enklawa najszlachetniejszych, dorodnych jak w Łazienkach. Chcą je zlikwidować i wybudować kamienice. Spółdzielnia dała zgodę za olbrzymią "karę" pieniężną, jaką wypłaci przedsiębiorstwo budowlane. Na co te pieniądze pójdą, nie wiemy, chociaż jesteśmy - jako członkowie spółdzielni - ich właścicielami. W tym miejscu powinniśmy podnieść wielki krzyk sprzeciwu, bo jest to niszczenie skrawka kultury materialnej miasta, jaki się ostał.

Tu, na Czerniakowie, przed wojną były ogrody, sady i małe dworki. Swoista enklawa zieleni łącząca się z miastem. Z pętlą tramwajową i ciuchcią spod Belwederu do Konstancina. Pamiętam zachowane drewniane dworzyszcze na rogu dzisiejszej ulicy Gagarina i Sobieskiego. Prześliczne, pełne wdzięku i przestronne. W otoczeniu drzew. Aż się prosiło, żeby je wyremontować. Mieścił się tam dom starców. Pensjonariusze wygrzewali się na werandach.

Zburzono go w błyskawicznym tempie. Postawiono potwora. Ciężki wielki twór z wystającą górną "szczęką". Zamykałam oczy, przejeżdżając. Ulokowano tam wielki Dom Książki. Za duży. Szybko budynek przejął Bank ląski; też był dla ich interesów za duży. Więc go poszatkowali na różne firmy. No i stoi taka betonowa góra oblepiona billboardami. I straszy. W jednym z najładniejszych punktów miasta: wyżej skarpa, po drugiej stronie - Łazienki.

Teraz przyszła kolej na naszą resztkę zabytkowych drzew.

W tym miejscu powinniśmy podnieść wielki krzyk sprzeciwu. Ale nie podnosimy. Owszem, co wrażliwsi mieszkańcy chodzą z listami protestacyjnymi po podpis. Podpisujemy. Podpisujemy, ale czy coś to da?

Warszawska mutacja Gazety Wyborczej pisała o tym przed kilku tygodniami. Pisała w formie stwierdzenia faktu. Nie alarmu. Do alarmu zostawiają sobie zbrodnie na ludziach, nie na drzewach.

Przybysze zwiedzający Warszawę stwierdzają, że jest zielona. Jest. Po wojnie obsadzono ją lichą zielenią, która jednak długo nie potrwa. Sama brałam udział jako studentka, w ramach tak zwanej Służby Polsce, w akcji sadzenia drzew na Przyczółku Czerniakowskim. Już je prawie wszystkie wycięto.

Pamiętam, że kiedy budowano nieodległe Stegny, pisarz Janusz Krasiński podniósł temat na zebraniu warszawskiej Kultury, gdzie wówczas pracowaliśmy. Nawet go nie wysłuchano. Przestrzegał, że ogromne osiedle z wielkiej płyty wyssie wodę spod drzew i łupem padną topole - jak mówią, sadzone za Sobieskiego - znaczące Drogę Królewską do Wilanowa. I tak się oczywiście stało. Uschły.

Teraz chcą nam ściąć wspaniały okaz topoli na naszym osiedlu. Odbywam do niej mój codzienny spacerek. Zdrowe drzewo o bardzo grubym pniu, którego wierzchołek wystaje ponad wszystkie piętra. Podziwiam go z okna. Pokazuję topolę gościom: - Patrzcie, to mój "Bartek"...

Wiem, że powinnam czynniej włączyć się do akcji protestacyjnej, mogłabym się do swojej topoli przywiązać łańcuchem, a konkretnie - poruszyć wszelkie możliwe czynniki, wszystkie ogniwa; zerwać struny głosowe do końca, krzycząc: - Nie pozwalam! Nie czynię tego. Bo żeby się porządnie włączyć w tę walkę, trzeba by się odciąć od wszelkiego pisania, od wszelkich zajęć, od widywania wnuków, od chorób, od starości. Trzeba by się poświęcić. Żebym chociaż miała pewność, że nie wdaję się w walkę z wiatrakami. Ale jej nie mam. Przeciwnie.

Na gomułkowskim osiedlu w Łowiczu, u mojej rodziny, gdzie mieszkania były ogrzewane piecykami, przystępują do ich likwidacji i instalowania kaloryferów. Miało to być zrobione w dwa tygodnie, bo zima za pasem, a tu nic. Ekipa zaangażowanej firmy porobiła dziury w ścianach i znikła. Nie ma się do kogo odwołać. Na dodatek wyłączono prąd. Karbidówek, które z sykiem oświetlały nas za okupacji, nie ma, więc ludzie siedzą okutani przy świecach i grzeją przy piecach kuchennych. O ile kto ma węgiel! Bo naiwni optymiści, ufając przedsiębiorcy, że dotrzyma terminu, nie zaopatrzyli się w paliwo. Wleźć pod pierzynę i spać. Przespać życie.

Podobnie dzieje się z robotami drogowymi w mieście. Jakby nie dość było korków, jezdnie pozwężane, bo kopią. To znaczy stoją ogromne koparki i niby coś naprawiają. Praca na jedną zmianę, więc przez większość doby nic się nie dzieje. A nawet gdy widzę robotników, to przeważnie opartych o łopatę, palących papierosy, przeżuwających wolno jedzenie. Jak przejeżdżając zobaczę, że któryś pracuje, że dźwig w ruchu, to serce mi rośnie. Niestety, nieczęsto.

*

Marcin Wolski, pisarz, znany satyryk i prezes oddziału warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, człowiek zapracowany, zwierzył się, że całą noc z podnieceniem oglądał w telewizji wybory prezydenckie w USA. Mniej więcej w tym samym czasie odbywała się pierwsza tura wyborów, też prezydenckich, na Ukrainie. Spytałam, go skąd to podniecenie, kto wygra w Ameryce. Przecież jest nam wszystko jedno, kto będzie kierował nawą amerykańską. Za to sprawą pierwszorzędnej wagi stanie się fakt, co zwycięży u naszego wschodniego sąsiada: demokracja zwrócona na Zachód, reprezentowana przez Wiktora Juszczenkę, czy zwrot ku orientacji prorosyjskiej Wiktora Janukowycza. Który nawet po ukraińsku dobrze nie mówi i jest zdecydowanie człowiekiem Kremla. Przyznał mi rację, że oczywiście, Ukraina dla nas ważniejsza, tak, tak... Przytaknęli też wszyscy zebrani na tym spotkaniu: - Tak, tak, jasne bliższa koszula ciału... Nie dość, że Białoruś, Łukaszenka, to jeszcze Ukraina; Putin osobiście dogląda sprawy; przyjechał do Kijowa itd., itp.

Była w ich słowach troska, ale jakby z obowiązku. Po chwili powrócono do namiętnego roztrząsania wyborów w USA, co najmniej jakby chodziło o wygraną Małysza. I co znamienne: telewizja polska nie pokazała debaty Juszczenko-Janukowycz.

Wniosek prosty: brak nam choćby grama zmysłu politycznego. Zawsze. Przejrzyjmy karty historii. Zawsze niewykorzystane szanse. Owszem, prasa opisuje naszą mentalność i czyny lub ich zaniechanie - celnie, lapidarnie i ostro. Cóż z tego, kiedy zostaje to na papierze. Mnożenie sejmowych komisji śledczych, a nawet zmiana konstytucji niewiele tu dadzą, jeżeli nie zmienimy siebie.

Uczeni ludzie doszli do wniosku, że nie ma nic takiego, jak charakter narodowy. Owszem, jest, jak najbardziej. Przecież przez ostatnie wieki przeszliśmy przez niebywały magiel społeczny. A mentalność Polaka dalej taka sama jak w Zemście Fredry.

Co nie znaczy, iż straciłam wszelką nadzieję, że za wiele, wiele lat zobaczę z góry - ufam - że Polacy będą pojmować, gdzie ich pierwszy interes za granicą, w kraju, że nabiorą mądrości politycznej i obywatelskiej jako całe społeczeństwo. Że nie będzie to tylko domena wyjątkowych jednostek.

*

Doroczny medal Jerzego Giedroycia, ufundowany przez dziennik Rzeczpospolita, otrzymał pośmiertnie Marek Karp, założyciel i wieloletni dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich. Wielu działaczy zajmuje się chlubnie sprawami pogranicza wschodniego, z jego różnorodnością i podobieństwami. Marek Karp robił to chyba najskuteczniej i - bez szumu propagandowego. Prawie nie widywało go się w mediach. Był wzorem podejścia obywatelskiego najwyższej próby. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, potrącony przez białoruskiego tira.

Uroczystość odbyła się w Pałacu Stanisławowskim w Łazienkach z udziałem prezydenta Kwaśniewskiego, ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego, Janusza Głowackiego oraz wielu warszawskich notabli. Wymieniam tych trzech, gdyż stanowili w czasie bankietu nieodłączną grupkę. Jedzenie było znakomite, wino podłe.

Inaczej niż dwa dni wcześniej w Krakowie, gdzie dekorowaliśmy dorocznym Orderem więtego Jerzego panią Stanę Bukowską, Słowaczkę, działaczkę na rzecz "La Strady", fundacji walczącej z handlem żywym towarem. Bo jak inaczej nazwać sutenerów porywających dziewczyny do domów publicznych?

Laureatów było dwoje. Drugim był Norman Davies, dobrze znany Polakom historyk angielski. Order więtego Jerzego dostał za Powstanie 44. Dzieło nowatorskie, bo naświetlające sytuację międzynarodową, w jakiej powstańcom przyszło walczyć. Dzieło ważne również z tego tytułu, że powszechna opinia, zwłaszcza w Ameryce, zwykła znać tylko jedno powstanie w Warszawie z lat czterdziestych XX wieku. To w getcie, w roku 1943.

Nie ma się co dziwić. Norman Davies powiedział mi kiedyś (bo nasza znajomość datuje się od lat), że on, absolwent fakultetu historii w Oksfordzie, dowiedział się o powstaniu warszawskim dopiero w latach 60., kiedy przyjechał do Polski. Na znakomitej uczelni nie uczono.

Oboje laureaci mówili świetnie po polsku, konkretnie i krótko, co jest dziś sprawą nie do przecenienia.

A potem bankiet w Manggha, czyli domu japońskim, zbudowanym po japońsku, czyli z maksymalną funkcjonalnością. Do tańca i do różańca. Jedzenie pyszne, wino jeszcze pyszniejsze. Gdzie tam równać się z Warszawą! Co Kraków, to Kraków.

*

14 listopada pani Zofia Morawska, legendarna postać z Lasek, skończyła sto lat. Uroczystość trwającą od porannej mszy świętej do późnego wieczora zniosła w wybornej formie fizycznej. Wysłuchawszy laudacji, sama mówiła krótko, konkretnie i dorzecznie. Po południu przyjmowała telefony z życzeniami. Przyznam, nie łudziłam się, że mnie pozna. Przed rokiem robiłam jej "portret" dla Plusa-Minusa w Rzeczpospolitej; rozmawiałyśmy kilkakrotnie przez parę godzin. Pamiętała wszystko! Prosiła, że gdyby to weszło do książki, to chciałaby coś dopowiedzieć... Przeprosiła, że nie znalazła dla mnie czasu podczas uroczystości pogrzebowych pani Danuty widerskiej, które odbyły się przed niespełna rokiem w Laskach... Zdumiewające!

Istnieje na świecie sporo stulatków i będzie ich przybywać. Ale ręczę, że nieprędko doczekamy się takiej pamięci, nie tylko wstecznej, ale bieżącej, takiej umiejętności liczenia i szybkiego refleksu jak u niej.

Pani Zofia nadal kieruje finansami Lasek z logiką i stanowczością.

Posłanka Zyta Gilowska, typowana przez Platformę Obywatelską na ministra finansów w przyszłym rządzie, kiedyś w dyskusji powiedziała, że jej się nie mylą miliony z miliardami. Pani Zofii Morawskiej też nie. Chociaż ich nie ma. Szkoda.

Warszawa, 18 listopada 2004 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail