EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skażonej strefy
Zakochałam się w Janie Kulczyku. Dla porządku: najbogatszym człowieku w Polsce. Tak się go określa. Zakochałam się, ale nie dla jego majątku. Cóż mi po nim? Ale dla jego postawy. Obserwowałam go przez wiele godzin zeznającego przed sejmową komisją śledczą w sprawie Orlenu. W korowodzie świadków zeznających przed tego typu komisjami pojawiali się wyłącznie ludzie zajmujący wysokie stanowiska, ale tym razem po raz pierwszy ujrzałam inteligenta. Inteligenta całą gębą, jakich jeszcze pamiętam sprzed wojny i może z pierwszych migawek telewizyjnych pierwszej Solidarności.
Jest w Janie Kulczyku coś wysoce ujmującego, jakaś delikatność i spokój zachowania w drażliwej sytuacji, w jakiej się znalazł. Nic z bufonady, nic z arogancji, która niemal automatycznie przyrasta do skóry miliarderom.
Kulczyk we wprowadzeniu, jak również odpowiadając na pytania komisji, mówił sensownie i bez popularnych naleciałości stylistycznych typu np. "na dzień dzisiejszy". Gdy sprawy dotyczyły kwestii ściśle finansowych, nie trzeba go było prosić, żeby używał języka zrozumiałego dla rzeszy słuchaczy i widzów.
Jan Kulczyk nie jest politykiem; jest niezależnym biznesmenem. Nie zna tajemnic państwa. Zna się na tajnikach handlu.
Dlaczego więc, pytam, nie wolno mu stanąć do przetargu na cokolwiek, co minister skarbu wystawia na sprzedaż? Rzeczą ministra jest podać cenę, którą uważa za optymalną dla państwa, rzeczą kupca jest przyjąć ją lub zrezygnować. Jeżeli Kulczyk chce kupić i godzi się na cenę, jego sprawa. Jeżeli chce następnie zrobić jeszcze lepszy interes - też jego sprawa.
Afera Orlenu - bo tak się potocznie o tej transakcji mówi i ją właśnie rozpatruje obecna sejmowa komisja śledcza - obfituje w wiele wątków, których nie mam zamiaru tu omawiać. Interesuje mnie zachowanie Kulczyka: pojechał do Wiednia na spotkanie z Rosjanami w sprawie sprzedaży polskiej energetyki (której mamy w nadmiarze), niespodzianie, jak stwierdza, w ekipie rosyjskiej zjawił się Ałganow, szpieg, z którym Polska miała kłopoty. Ale szpieg już spalony. Zjawił się w innej roli: jako przedstawiciel handlowy.
- Dowiedziałem się, że to on, z wizytówki, jaką mi podał - mówił Kulczyk. - Może powinienem wyjść, ale nie wyszedłem. (Mówiąc na stronie: ja bym też nie wyszła). Rozmowa toczyła się wyłącznie o interesach handlowych. Po czym Kulczyk towarzystwo opuścił i wrócił do Polski.
W Warszawie poinformował o spotkaniu prezydenta Kwaśniewskiego i ówczesnego premiera Leszka Millera. A to wyłącznie dlatego, że był tam Ałganow.
Tyle.
W kraju burza. Kulczyk knuje z Ałganowem, żeby Polskę odciąć od nafty. Groźby. Strachy. Kulczyk zamyka się na kilka dni w klinice londyńskiej na rutynowe badania. Posłowie w konstytuującej się komisji "radzą", żeby lepiej było dla niego nie wracać do kraju...
Wrócił. Stanął przed komisją jako świadek. I właśnie tam mnie oczarował.
Dzwonię do koleżanki, doktora psychologii, obserwującej pilnie zachowania ludzi publicznych. Podobne wrażenie. Czyli wysoce pozytywne. Ale jest mały szkopuł: po co te kłamstewka?
Właśnie ! Po co? Drobne, głupie kłamstewka, jakimi posłużył się Kulczyk. A to, że nie autoryzował wywiadu. Autoryzował. Że to, że tamto. Że notatka. Trudno spamiętać, bo nie dotyczą istoty rzeczy.
Niestety ludzie, nawet rozumni, kiedy występują publicznie, wolą skłamać, niż wyznać prawdę.
Pamiętacie start prezydenta Kwaśniewskiego? Napisał w ankiecie, że jest magistrem. Nie był. Mógł z łatwością skończyć studia, bo predysponowała go do tego i inteligencja, i wiedza. Nie skończył, bo poszedł w politykę, był już ministrem, nastawił się na szybką karierę. W rubryce "wykształcenie" w niczym nie przeszkodziłoby tej karierze, gdyby zgodnie z prawdą napisał: "niepełne wyższe". Jak swego czasu zrobił premier Tadeusz Mazowiecki.
No, Kwaśniewski nie ma tej klasy. Ale Jan Kulczyk ma. Nie dlatego, że zrobił doktorat, ale dlatego, że patrząc, w jaki sposób zachowuje się przed komisją śledczą, nie spodziewałam się kłamstewek. A jeżeli już w ogniu pytań się zacukał, to cóż prostszego, jak po zastanowieniu przyznać się do swojej słabości? Słabość ludzka rzecz. Daleko łatwiej wybaczana niż obstawanie przy kłamstwie. Szkoda, że ludzie tak rzadko z niej korzystają.
Może łatwo mi tak pisać, bo pośród rozlicznych wad kłamstwo jest mi obce. Po prostu: nie umiem kłamać.
Zostawmy już wątek psychologiczny. Niech mi lepiej kto powie, dlaczego handel z Rosją miałby być naganny? Dalibóg! Handlujmy z nią na najwyższą skalę! Niech się nasi przedsiębiorcy na tym bogacą. Przecież cały świat bije się o handel z tak wielkim i bogatym krajem. I u nas była tego świadomość od dawien dawna. Nawet w czasie zaborów. Na czym wzbogacił się Wokulski?
Rolą służb specjalnych wolnego państwa jest pilnować, żeby handel ten odbywał się bez uszczerbku dla naszego kraju. Państwo demokratyczne dysponuje w tej materii zabezpieczającymi narzędziami. Ale od tego nie są "Kulczykowie", tylko ustanowione w tym celu procedury i powołane do kontroli ich przestrzegania służby specjalne . Jeżeli na handlowym szlaku pojawił się spalony szpieg Ałganow, to nie po to, żeby od wolnego kupca wyciągać tajemnice państwowe. Choćby dlatego, że ten do takowych nie ma dostępu. Proste jak drut.
*
Profesor Magdalena Środa. Etyk. Skromna, miła osoba o niepodważalnych dokonaniach naukowych. Pełnomocnik rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Miała nieszczęście niefortunnie wyrazić się na międzynarodowym zjeździe. A raczej z jej wypowiedzi zrobiono niefortunny skrót. Tenor wypowiedzi: Kościół, jako instytucja patriarchalna, przyczynia się do przemocy mężczyzn wobec kobiet. Zdanie wyrwane z kontekstu, i to powiedziane w kuluarach, roztrąbiła nasza prawica jako niebywały skandal, domagając się natychmiastowej dymisji. Profesor Środa, tłumacząc łagodnie, iż nie to miała na myśli, co jej przypisują - natychmiast oddała się do dyspozycji premiera. Premier zwlekał z decyzją, wreszcie, dał jej - jak to określiła - reprymendę. Prawica zagrzmiała, że polski rząd rozbija rodzinę.
Zastanowiłam się: oczywiście że Kościół w swojej doktrynie nie popiera przemocy w żadnej formie, a cóż dopiero wobec kobiet, i to w małżeństwie. Dawnymi laty, w czasie przysięgi małżeńskiej kobieta wypowiadała formułę posłuszeństwa wobec męża. Ale zdanie to dawno zostało wykreślone.
Ale! Bo jest tu "ale". Gdy kobieta przy konfesjonale wyznaje, że nie jest w stanie dłużej znosić bicia jej i dzieci przez męża, że nocą uciekają z domu, że permanentnie się boją. I że wobec tego nie ręczy, czy w przypływie desperacji któregoś dnia nie sięgnie po siekierę... Co wówczas słyszy z ust spowiednika? Co wówczas usłyszy od księdza? Słowa oburzenia? Kobieta ma znosić swój krzyż, bo małżeństwo rzecz święta. Nie mówię, że robią tak wszyscy duchowni. Są tacy, którzy starają się pomóc. Sęk w tym, że indywidualna pomoc jest trudna. Jak przemówić do wiecznie pijanego człowieka, który nie przychodzi do kościoła?
Indywidualnie trudno, ale ksiądz ma swoją broń: kazania! Długo żyję i słyszałam wiele kazań: wspaniałych, porywających, średnich i wręcz nudnych. W żadnym nie przewinął się temat przemocy w rodzinie. A moim zdaniem - wobec nasilającej się agresji mężczyzn w domu - powinien nie schodzić księżom z ust. Niestety, wiele jeszcze potrzeba, żeby proboszczowie i wikarzy nie byli tak zrutynizowani, jak są. Żeby nadążali za swoim czasem.
Owszem, istnieje mnóstwo domów opieki przygarniających maltretowane matki z dziećmi. Choćby legendarna już siostra Małgorzata Chmielewska, która nie tylko przygarnia, ale uczy podopieczne, jak starać się o dokumenty potrzebne do wykurzenia zwyrodnialca z domu. Przy naszej biurokracji jest to droga przez mękę. Takich "Chmielewskich" jest dużo wśród zakonnic i księży. Daleko więcej niż wśród świeckich społeczników. Oni nadążają za sytuacją. Robią dobrą mrówczą, cichą pracę.
Księża grzmią z ambony. Ale nie o tym, co najpilniejsze.
*
Wicemarszałek Senatu Ryszard Jarzembowski zaproponował przesunięcie 20 milionów zł z kasy budżetu państwa, przeznaczonych na działalność Instytutu Pamięci Narodowej, na budowę Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie.
O Świątyni już pisałam. Rozrywałam szaty biadając wraz z lepszymi od siebie, że nie realizuje się projektu, który zajął pierwsze miejsce w konkursie autorstwa profesora Marka Budzyńskiego. Projekt był niesłychanie piękny, korespondujący z przełomem czasów, w jakich żyjemy. Architektura sakralna zawsze była pierwszym dzwonkiem nowej epoki. I projekt Budzyńskiego nim był. Prymasowi Glempowi wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wskazać go do realizacji. Odpadł. Pretekstem były koszty, chociaż autor zrzekł się honorarium. Fundacja upatrzyła sobie wielką, ciężką bryłę, jakimi Polska jest zabudowana. Ale okazało się, że też braknie im pieniędzy. Ludzie nie chcą płacić na drugi Licheń. I dobrze!
Tymczasem wicemarszałek Senatu, wspomniany Ryszard Jarzembowski, znany wróg Kościoła, ale jeszcze większy wróg Instytutu Pamięci Narodowej, optuje za przesunięciem funduszu z IPN-u na "Opatrzność". Ale Machiavelli nam się znalazł!
Intencja była jednak zbyt wyraźna. Senatorowi chodziło tylko o to, by stworzyć sytuację, w której mająca pełne usta "wartości chrześcijańskich" prawica zostałaby zmuszona do głosowania przeciwko Kościołowi. Afera tak grubymi nićmi szyta, że nawet kierownictwo partii senatora poczuło się niezręcznie i zmusiło go do wycofania inicjatywy. Sprawa spadła z wokandy.
Profesor Leon Kieres, szef IPN-u, mówi, że i tak w żadnej sytuacji nie dałby się skłócić z Kościołem, ale dodaje, że kasa jego instytucji, instytucji za późno powstałej i powiedzmy - nie do przecenienia w działaniu - jest nadal cienka i stale przycinana.
Może Bóg da, że niefortunną i bardzo brzydką budowlę, która na szczęście jeszcze nie wyszła z ziemi - pokryją wiernie krzewiące się na tych mazowieckiech łąkach chwasty. Oby!
Grudzień 2004 r.
|