[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 31 grudnia 2004


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Trup Jutlanda
w torfie

Nie wiem, czy miał tak zwaną historyczną rację Karol Modzelewski, autor Barbarzyńskiej Europy, twierdząc co następuje: "Za najcięższe przewinienia (...) w barbarzyńskiej Europie wymierzano karę najokrutniejszą, poza złożeniem człowieka w ofierze bóstwu, jaką znały tamte społeczeństwa. Skazywano winnego na banicję. To nie było wygnanie do obcych krajów, ale wykluczenie z ludzkiej społeczności" (w wywiadzie "Dzikość w sercu", w wigilijnej Gazecie Wyborczej).

Otóż okrucieństwo tej kary z polskiej perspektywy wydawać się może dobrodziejstwem. Wykluczenie ze społeczności współczesnych barbarusów, wyposażonych w skórę, karę i komórę, tudzież kły i pazury tygrysów-ludożerców, jawi się wielu Polakom metodą na przeżycie. Całkiem dobrowolne samowykluczenia, łącznie z odbieraniem sobie życia z powodów rosnących cen i głodowych pensji, rent i emerytur są zjawiskiem nagminnym (ok. 5 tysięcy wypadków rocznie). W języku oficjalnym tak skrajne manifestacje niezadowolenia z demokracji nazywa się ceną płaconą za przemianę ustrojową. Jak na szanującą się demokrację rynkową przystało, najwięcej płacą najbiedniejsi.

Demokracja w wydaniu barbarów była bardziej demokratyczna. Polegała na okładaniu kijami każdego, kto manifestował poglądy niezgodne z wolą większości. W sytuacjach skrajnych okładano wolnomyśliciela kilkoma warstwami błota i torfu. Mieszanka owa tak znakomicie konserwowała zwłoki, że głowa na okładce książki profesora Modzelewskiego do złudzenia przypomina rzeźbę z brązu, a jest częścią barbarzyńskiego Jutlanda. Zachował się nawet w stanie nienaruszonym sznur na szyi nieszczęśnika oraz czapka na głowie; po piórach ani śladu...

Dzisiaj najczęściej okłada się ideologicznego przeciwnika kilkoma warstwami nieczystości, powstałych w wyniku nabożnego, aczkolwiek nadmiernego konsumowania tradycyjnych, świątecznych dań. Od czasów barbarzyńskich Europa zrobiła znaczny krok naprzód na drodze postępu - również w dziedzinie kar i tortur: składa człowieka w ofierze jeszcze za jego życia. Barbarzyńscy Europejczycy przekupywali martwymi skazańcami bogów świata podziemnego, topiąc ofiarne trupy w bagnach i moczarach. Współcześni wydają swoich żywych na żer złotemu cielcowi.

Szczytowym przejawem dzikości obyczajów są świąteczne i noworoczne zakupy. Tłumy tratują się przy kasach i stoiskach, mając w nosie przemiany cywilizacyjne. Nad świętami czuwa bożek obżarstwa: przeżeranie i przepijanie szczupłych oszczędności nawet przez najbiedniejszych jest obowiązkowym rytuałem. Do warszawskich szpitali oraz izb wytrzeźwień w Wigilię oraz Boże Narodzenie trafiły dziesiątki ledwo żywych z powodu obżarstwa i opilstwa. Zanotowano ofiary śmiertelne. Wrzucono je rytualnie, choć w trumnach, do rozmokłych, bagiennych grobów. W odróżnieniu od cywilizowanej, śnieżnej Ameryki, w barbarzyńskiej Europie padał w święta, i nadal pada, ciepły deszczyk.

Może dlatego wszystko tu ulega rozmyciu i zatarciu, nawet dzikość: na tradycyjnie brutalnej, w świadomości Polaków, Ukrainie, trwa bezkrwawa, pomarańczowa alternatywa rewolucji. Piszę te słowa w dzień po ewidentnej wygranej "naszego człowieka" w Kijowie, Wiktora Juszczenki - choć dużo się jeszcze może wydarzyć. Z komentarzy krajowych mediów wynika jasno, że gdyby nie Polska, która postawiła wszystko na pomarańczową kartę, ta karta wypadłaby graczom z rąk. Grudniowe zwycięstwo demokracji na Ukrainie ma już w Polsce wielu ojców i wiele matek. Jeśli dojdzie w Warszawie do gwałtownych zamieszek, zostaną one wywołane przez zwolenników wygranej na Ukrainie przez obóz Wałęsy, walczący o palmę pierwszeństwa z obozem uznającym prezydenta Kwaśniewskiego za głównego podsprawcę demokracji w Kijowie. Dalej nieco stoją namioty Jerzego Buzka, Jadwigi Staniszkis i niezliczonej grupy współsprawców zwycięstwa wspólnej sprawy.

Oba główne, tradycyjnie niechętne sobie obozy połączył nagle osesek ukraińskiej demokracji. Obaj panowie - Wałęsa i Kwaśniewski - asystowali przy trudnym porodzie, który na szczęście nie zakończył się cesarskim cięciem głów. Rosyjski niedźwiedź ryczy wściekły, bo stracił zęby, nawet służby specjalne fuszerują już tradycyjną sowiecką specjalność - polityczne morderstwa. Juszczenko przeżył próbę otrucia i wygląda coraz lepiej. Ciekawe, jak czuje się niefortunny truciciel - może wsiąka już w rosyjskie bagna w charakterze ofiary złożonej przez współczesnych barbarusów w intencji wypadku samolotowego?

Jednak to ani Wałęsa, ani Kwaśniewski nie powinni czuć się akuszerami ukraińskiej demokracji. Najbardziej zasłużonym po polskiej stronie jest Jerzy Giedroyc. To jemu przede wszystkim dziękuje 41 ukraińskich intelektualistów w liście zatytułowanym nie całkiem trafnie "Ukraina dziękuje Polsce". Powinno być raczej: "Ukraina dziękuje Polsce i paryskiej Kulturze". Czytamy wszak: "My, Ukraińcy, dobrze pamiętamy próby pojednania między naszymi narodami: począwszy od sojuszu Semena Petlury z Józefem Piłsudskim aż po tytaniczną pracę Redaktora Kultury Jerzego Giedroycia, propagującego idee niepodległości Ukrainy i szerokiej współpracy polsko-ukraińskiej. Podkreślał on zawsze, jak ważna dla niepodległej Polski jest niepodległa Ukraina, wychował też pokolenia Polaków, którzy dziś już nie podważają praw Ukrainy do ziem Galicji Wschodniej ze Lwowem". I dalej: "Symboliczne jest, że w 2000 roku lubelski Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej tego samego dnia przyznał tytuł doktora honoris causa Jerzemu Giedroyciowi i Wiktorowi Juszczence".

Dla mnie symboliczne jest to, że jestem absolwentem tegoż UMCS, a od miesiąca pracuję w warszawskiej uczelni, Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych, noszącej imię Jerzego Giedroycia, gdzie ucinam sobie pogaduszki z wykładającym tu także Karolem Modzelewskim. Pan Karol twierdzi uparcie, że najbardziej dziś wyrazistym przykładem barbarzyńskiego wzorca, który przetrwał niczym trup Jutlanda w torfie, jest amerykańska procedura sądowa, w której obowiązuje jednomyślność ławy przysięgłych - odpowiedników barbarzyńskich rachinburgów, członków lokalnej wspólnoty sąsiedzkiej, a sędzia, niczym przewodniczący wiecu barbarzyńców zwany tungiem, jedynie prowadzi rozprawę, ale nie ma prawa ferowania wyroków. "Ta procedura spisana została już w prawie salickim" - stwierdza Modzelewski w wywiadzie.

Ten historyk-mediewista, więzień polityczny PRL i współtwórca Solidarności podaje też niechcący rodowód zgubnego polskiego indywidualizmu. To chrześcijaństwo narzuciło barbarzyńskiej kulturze indywidualizm. Rezygnacja z wymuszania jednomyślności za pomocą bicia kijami, czyli odrzucenie kolektywizmu, miało decydujące o losach świata konsekwencje kulturowe i cywilizacyjne. "Można powiedzieć, że w procesie chrystianizacji ukształtował się Europejczyk jako indywidualny podmiot dziejów" - stwierdza prof. Modzelewski. Ukształtował się - i wtedy się dopiero zaczęło...

Pomyślnych kontynuacji w Nowym Roku życzy

Marek Kusiba

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail