[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 8 lipca 2005


Tymoteusz Karpowicz
(1921-2005)


Mistrz

temu w Prawdzie Wileńskiej pojawił się nowy autor, podpisujący się Tadeusz Lirmian. Pseudonim zawierał wyraziste nawiązanie do liry, tradycyjnie poetyckiego rekwizytu, do liryki i do nazwiska Bolesława Leśmiana, jednego z najbardziej oryginalnych polskich poetów pierwszej połowy XX wieku.

Po wojnie młody poeta Lirmian opuścił Wilno i osiadł w Szczecinie, gdzie - już jako Tymoteusz Karpowicz - rozpoczął pracę w lokalnej rozgłośni Polskiego Radia. Poeta mieszkał w Szczecinie przez pięć lat, a radio inspirowało go znacznie dłużej. Napisał później szereg słuchowisk i kilka dramatów scenicznych, wśród których są Zielone rękawice (wystawione w r. 1960) i Charon od świtu do świtu (wyst. 1972 r.).

Również związek z poezją Bolesława Leśmiana, oznajmiony w młodzieńczym pseudonimie wileńskiego debiutanta, okazał się głęboki i objawił się po latach w postaci erudycyjnego eseju o poezji autora Sadu rozstajnego. W roku 1973 Tymoteusz Karpowicz otrzymał na Uniwersytecie Wrocławskim stopień doktora nauk humanistycznych za rozprawę pt. Poezja niemożliwa. Modele Leśmianowskiej wyobraźni (opubl. 1975 r.).

W 1950 roku opuścił Szczecin i zamieszkał we Wrocławiu. Studiował, a w roku 1953 rozpoczął pracę asystenta na polonistyce. Po 1956 roku wybrał jednak życie literata. W latach 1956-1957 został współredaktorem Nowych Sygnałów, jednego z kulturalnych pism popaździernikowej "odwilży". Po likwidacji tygodnika wszedł do zespołu redakcyjnego miesięcznika Odra i przez 18 lat prowadził tam dział poetycki. Pomiędzy rokiem 1957 a 1961 Karpowicz prezesował wrocławskiemu oddziałowi Związku Literatów Polskich. W latach 1965-1968 był zastępcą naczelnego redaktora miesięcznika Poezja, pisma w tym krótkim okresie znakomitego, współredagowanego wówczas m.in. przez Juliana Przybosia i Zbigniewa Herberta.

29 czerwca 2005 roku Tymoteusz Karpowicz zmarł nagle w swoim domu w Chicago. Następnego dnia wieczorem zadzwonił z tą wiadomością Jan Stolarczyk, redaktor naczelny Wydawnictwa Dolnośląskiego i wydawca Słojów zadrzewnych. 1 lipca 2005 od rana siedzę przy stole, na którym spiętrzyły się leksykony, encyklopedie i tomy wierszy Tymoteusza Karpowicza. Zaglądam do książek, w których krytycy opisują życie literackie w powojennym Wrocławiu, raz jeszcze przypominam sobie nazwiska, wydarzenia, tytuły. A także drugą połowę lat 60. i lata 70., których niepowtarzalną atmosferę emocjonalną pamiętam. Przy okazji przekonuję się po raz kolejny, że bardzo rzetelnym kronikarzem okazał się Jacek Łukasiewicz, którego prace - np. w Panoramie kultury Wrocławia (1970 r.) - mają dzisiaj oczywistą wartość użytkową. Natomiast ceniony Wrocław literacki (1962 r.) Zbigniewa Kubikowskiego może być źródłem jedynie do pierwszego powojennego dziesięciolecia, później znajdziemy już tylko wzmianki i skrótowe prognozy. Obaj krytycy, zgodnie z ówczesną optyką i poetyką, odnotowują realia życia literackiego, w których i ja bez większego obrzydzenia funkcjonowałem, a które dziś robią przygnębiające wrażenie - nowomowa oficjalnych deklaracji, rytualne uczestnictwo w zjazdach i naradach, wszechobecność polityków i "działaczy" pilnujących, by literatura nie uwolniła się od kontekstu najważniejszej dla nich działalności propagandowej etc. Wszystko to razem smutne, bo coraz silniejsze mam wrażenie, że epoka PRL-u zmieniła wielu ludziom życie, zwłaszcza inteligentom, wrzucając ich w nieautentyczność, od której nie było ratunku.

I zapewne próbą ratowania się przed tą nieautentycznością była decyzja Tymoteusza Karpowicza o emigracji, spełniona w 1974 roku. Od tego czasu mieszkał w USA. Wykładał na uniwersytecie w Chicago, w 1978 r. znalazł się na jakiś czas w Europie, podjął wykłady na uniwersytetach w Ratyzbonie i Monachium. Jednak jeszcze w tym samym roku wrócił do Ameryki, otrzymał stanowisko profesora i katedrę literatury polskiej na University of Illinois. Od 1992 roku professor emeritus.

Dzieło

Tymoteusza Karpowicza należy do najtrudniejszych we współczesnej poezji i będzie wymagać wieloletnich studiów, skrupulatnej, uczonej lektury zamienionej na co najmniej setki analitycznych stronic. Ta praca zresztą już się dokonuje. Na Uniwersytecie Wrocławskim powstaje właśnie rozprawa doktorska, której autor postawił przed sobą zadanie karkołomne, lecz dla poznania poezji Karpowicza fundamentalne: rozszyfrować jej kulturowe inspiracje. Dominuje wśród nich bardzo zasadniczo filozofia, ale ogromna będzie również lista nawiązań i aluzji literackich, religijnych, motywów artystycznych i historycznych.

Jego drogę poetycką otwierał w 1948 roku zbiorek pt. Żywe wymiary. Okres stalinizmu, odbijający się w literaturze tzw. realizmem socjalistycznym, poeta starał się przeczekać w milczeniu. Odezwał się po dziesięciu latach tomikiem Kamienna muzyka (1958 r.; poprzedził go arkusz poetycki Gorzkie źródła, 1957 r.). Wkrótce ukazały się dalsze książeczki poetyckie: Znaki równania (1960 r.), W imię znaczenia (1962 r.) i Trudny las (1964 r.). Głównym tematem tej liryki uczynił poeta poszukiwanie granic poznawczych i ograniczeń języka. Dokonywał wiwisekcji systemu językowego przede wszystkim metodą dekonstrukcji istniejących struktur. Konsekwentnie wymagał od swojej poezji - jak to nazywał Tadeusz Peiper - "rozbijania tworzydeł", czyli nieustannego wyzwalania się z językowego i wyobraźniowego stereotypu.

Krytyka szybko zakwalifikowała twórczość Tymoteusza Karpowicza jako "poezję lingwistyczną", a jego samego widziano w roli twórcy kierunku. Poeta próbował protestować przeciw takiemu zaszufladkowaniu i przeciw nielogiczności samej nazwy. Wszak poezja jest "lingwistyczna" z natury. Język jest jej tworzywem, nośnikiem i źródłem znaczenia. Protestował na próżno. Nazwa przyjęła się i weszła do słownika dziejów polskiej poezji XX wieku.

Z czasem podjął próbę wieloaspektowego scalenia zdekomponowanej rzeczywistości językowej. Pierwszym zapisem tych starań stał się nowatorski poemat Odwrócone światło (1972 r.), którego pełny i wszechstronny opis interpretacyjny nie jest właściwie możliwy. Krytyka zwykle nazywa Odwrócone światło poematem, choćby dlatego, że ten liczący ponad 400 stron tom nie jest zbiorem wierszy, ale całością, kompozycją zamkniętą i połączoną wewnątrz wielorakimi więzami.

W17 lat po Odwróconym świetle opublikował Rozwiązywanie przestrzeni. Poemat polifoniczny (1989). Była to kontynuacja metody, poetyki i światopoglądowych ambicji poprzedniego traktatu. Poeta należy do tej odmiany artystów, którzy swego dzieła nie uznają za doskonałe. Wracają doń wielekroć, poprawiają, uzupełniają, zmieniają, przekomponowują. Opublikowany w 1999 r. ogromny tom pt. Słoje zadrzewne jest taką właśnie poprawioną, przekształconą, dopowiadaną - bo, zdaniem autora, nie w pełni dopowiedzianą - wersją zamierzonej, wyobrażonej całości. Została ona zbudowana z elementów nowych i uprzednio już gotowych. Wewnątrz tego tomu znajdziemy fragmenty wzięte z Rozwiązywania przestrzeni, z Odwróconego światła, z Trudnego lasu, z W imię znaczenia. Połączone z nowymi częściami, umieszczone w nowym sąsiedztwie, nabrały świeżych, dodatkowych, innych znaczeń. Słoje zadrzewne to Karpowiczowe opus magnum. Są artystyczną summą, przez wiele lat starannie obmyśliwaną kompozycją, w której poeta pragnie zawrzeć całość swojego pojmowania życia, zbudować językowy model wszechświata.

Mistrz - tak w literackim i polonistycznym Wrocławiu mówiło się o Tymoteuszu Karpowiczu. Był niewątpliwie mistrzem poetyckiego fachu. Młodzi poeci budowali swą tożsamość poprzez określenie się wobec poezji autora W imię znaczenia. Granice środowiskowych podziałów zdawały się wtedy, w latach 60., być ostre i wyraziste. Karpowicz rzeczywiście spełniał obowiązki mistrza. Czynił to w wymiarze jednostkowym, personalnym i bezpośrednim. Bodaj najlepiej znanym przykładem jego mistrzowskiej opieki jest debiut Rafała Wojaczka, zagubionego chłopca, którego Karpowicz wydobył na światło dzienne i przygotował mu spektakularne wejście do polskiego życia literackiego.

W Odrze, znanym miesięczniku społeczno-kulturalnym, Tymoteusz Karpowicz kierował działem poetyckim, ale jego rola nie ograniczała się do zadań redakcyjnych. Ogólnopolski zasięg pisma i jego istotny udział w intelektualnym życiu Polski był w dużej mierze zasługą poety, który współtworzył literacką współczesność i jednocześnie nie tracił z oczu młodych, co mogę udowodnić na własnym przykładzie. Miałem wówczas 16 lat i zaczynałem pisać. Dwa pierwsze, niewątpliwie nieudolne opowiadania posłałem do redakcji Odry. List, który nadszedł po pewnym czasie, był odręcznie napisaną recenzją. Punkt po punkcie autor listu analizował najważniejsze błędy mego tekstu, zwracając uwagę przede wszystkim na wtórność stylu. "Drogi Panie Andrzeju - zwracał się do nieznanego mu nastolatka. - Tak się już dzisiaj nie pisze opowiadań". Podpis: Tymoteusz Karpowicz.

To właśnie charakteryzuje mistrza. Nie żałuje on czasu ani trudu, by objaśniać i pomagać. Nie mogąc przecież wiedzieć, czy jego wysiłek nie pójdzie na marne. W moim przypadku chyba nie poszedł. Przestałem pisać opowiadania.

Najtrudniejszy polski poeta współczesny

Tymoteusz Karpowicz. Wyróżniający się niepowszednią konsekwencją w realizacji oryginalnej idei artystycznej, której podporządkował całą swą pracę intelektualną. Szacunek i podziw, jakimi go obdarzano, miały źródło może bardziej w owej konsekwencji oddania życia owemu konceptowi aniżeli w znajomości samego literackiego dzieła. Dzieło to bowiem, zwłaszcza jego część rozpoczęta Odwróconym światłem, nie zostało zaadresowane do "statystycznego" czytelnika poezji, który przecież też nie jest zwolennikiem estetycznej prostoty.

W epoce łatwej, przyjemnej i zarazem przerażającej globalizacji Tymoteusz Karpowicz przyjął rolę pustelnika i laboranta, który w tajemnicy przed niepowołanymi oczyma pracuje nad recepturą nowego języka. Ma to być język tak bogaty i tak zwięzły, by stał się nośnikiem pełni człowieczeństwa.

Andrzej Zawada

Dębniki, 4 lipca 2005

 

----------------------------------------------------------------------------------------

 

Dwie
samotności

Tymoteusz Karpowicz należał do częstych gości w moim rodzinnym domu we Wrocławiu. Spotykałem go też, gdy jako początkujący autor przychodziłem do redakcji miesięcznika Odra. Nie tylko w tym piśmie, nie tylko w prężnym środowisku literackim Wrocławia, ale w Polsce był gwiazdą pierwszej wielkości. Znakomity twórca, wymieniany jednym tchem w rzędzie największych: on właśnie, Tadeusz Różewicz, Zbigniew Herbert, Miron Białoszewski, Stanisław Grochowiak - o Czesławie Miłoszu oficjalnie milczano - to była ścisła czołówka polskich poetów. Zdawał się za życia wkroczyć mocno do historii literatury.

Po trzydziestu latach prawie nikt już o nim nie pamięta. Jego nieobecność w Polsce od połowy lat 70. (wyjeżdżał i wracał z rozmaitych stypendiów zagranicznych, ostatecznie osiadł w Ameryce, gdzie został wykładowcą literatury polskiej na University of Illinois w Chicago) spowodowała, że szybko o nim zapomniano. Sam nie dbał o to, by istnieć w świadomości publiczności literackiej w Polsce. Poświęcił się w pełni pracy dydaktycznej, nie publikował w kraju nic, toteż po prostu zniknął. Po wprowadzeniu stanu wojennego dodatkową barierę narzuciły władze PRL za jego działalność w wielkim polskim skupisku USA na rzecz swobód demokratycznych w Polsce, a zwłaszcza niepodległości Litwy.

Karpowicz bowiem, jak wielu znakomitych Polaków, urodził się na Litwie, koło Wilna. Tę litewskość dało się zauważyć w jego powolnej mowie o swoistym zaśpiewie i wolnym, acz metodycznym zawsze sposobie postępowania. Jako młody, pełen energii człowiek, nie miałem cierpliwości do tej powolności Karpowicza; zanim poeta skończył jedno zdanie, ja już miałem dziesięć innych pomysłów i chciałem pędzić dalej. Nie mogłem się doczekać, kiedy skończy rozpoczętą kwestię wykładaną wolno i z namysłem, myślami byłem już gdzie indziej.

Był jeszcze inny ważny powód tej swoistej nieobecności. Już właściwie nie było go w kraju, gdy ukazał się pokaźny tom poezji Odwrócone światło. Krytycy stanęli wobec tego dzieła bezradni. Było to przedsięwzięcie tak nowatorskie, tak śmiałe w zamyśle, tak dalece wykraczające poza dotychczasową praktykę poetycką, że spotkało się z niezrozumieniem, a więc - słabą reakcją prasy i później milczeniem wokół dzieła, z którym nie potrafiono sobie poradzić.

W Ameryce rozmawiałem z Tymoteuszem Karpowiczem przez telefon często, w ostatnich latach - mniej więcej raz na miesiąc.Widziałem się natomiast z nim tylko raz. Przy okazji wizyty w Chicago pojechałem do Oak Park, ładnej dzielnicy podmiejskiej, gdzie mieszkał z żoną. Zastałem dom zawalony książkami, w trakcie jakiegoś remontu, ale podobno wyglądał tak stale, nie był to więc chwilowy rozgardiasz. Państwo Karpowiczowie przyjęli mnie niezmiernie serdecznie. Pani Maryla była jeszcze wtedy zdrowa.

Po kilku latach, kiedy ciężko zachorowała, Pan Tymoteusz opowiadał mi przez telefon o swych obowiązkach: jak się zajmuje żoną, domem i w ogóle wszystkim. Wstaje o 4-5 rano, kładzie się późno, ciągle zajęty, ciągle kręci się po domu lub siedzi nad swoimi papierami. A ponieważ był powolny, staranny i dokładny, toteż zabierało mu to wszystko bardzo dużo czasu. Trafnie go w tym ciągłym zapracowaniu przedstawił Kazimierz Braun w tekście "Dębowy Park" (Przegląd Polski, 16 czerwca 1988 r.). "Bardzo dużo książek do rozpakowania. Bardzo dużo książek do napisania. Do napisania wiele esejów i artykułów. Musi przygotować wykłady na uniwersytet, tezy na najbliższe seminarium doktoranckie i skorygować ostatnią serię pisemnych prac studentów. A to wszystko z absolutną perfekcją, ze sprawdzeniem i umotywowaniem każdej uwagi, opinii, informacji. Źródła muszą być przebadane w sposób wyczerpujący. Przypisy i bibliografia uporządkowane z krańcową precyzją. (...) I ta korekta tomu poezji. A tu trzeba jeszcze płot pomalować. I przydałoby się wymienić zmurszałą deskę na ganku".

Po przejściu na emeryturę (w 1993 r.) dalej był wciąż zajęty, ciągle w ruchu, a ponieważ miał naturę, powiedziałbym, flegmatyczną, z wiekiem wszystkie jego ruchy i działania jeszcze bardziej się spowolniły. A brak dłoni sprawiał, że i tak wszystko robił z konieczności wolniej.

Kiedy byłem u niego zimą, pokazywał mi swój "warsztat pracy" i wiersze, ale odniosłem wrażenie, że to twórczość, która nigdy nie ma ujrzeć światła dziennego. Na pytanie, czemu nic nie publikuje, zaczął mówić, że nie jest jeszcze gotowy, jeszcze nie czas, jeszcze coś musi dokończyć. A wiersze sprawiały wrażenie cyklu, który z zasady nie może się skończyć, jak nizanie paciorków na różaniec - co trwać mogło nieustannie.

Później okazało się, że pracował nad imponującym tomem Słoje zadrzewne, opublikowanym przez Wydawnictwo Dolnośląskie w 1999 r. Także i na tę pracę, jak na 25 lat wcześniejsze Odwrócone światło, reakcją było niemal zupełne milczenie krytyki. Tymczasem nie tylko ja miałem poczucie, iż otrzymaliśmy wielkie dzieło. W trójkę - Anna Frajlich, Andrzej Józef Dąbrowski i ja - spotkaliśmy się w redakcji Nowego Dziennika, aby podyskutować o Słojach zadrzewnych. Indywidualnie nie czuliśmy się na siłach, aby sprostać poezji Karpowicza, ale nie mieliśmy wątpliwości, że jest to dzieło doniosłe, przekraczające epokę, toteż liczyliśmy, że być może razem poradzimy sobie z jego interpretacją lepiej niż samotny krytyk biorący ów tom do ręki. Zapis tej rozmowy ukazał się w Przeglądzie Polskim z 25 sierpnia 2000 r.

Karpowicz był postawnym mężczyzną o niebywałej, wręcz panieńskiej delikatności, ciepłym i serdecznym, a do tego jeszcze niewiarygodnym wręcz erudytą. Przy całym jego wyrafinowaniu intelektualnym i ogromnej wrażliwości żywił przynajmniej dwie obsesje, tzn. niezachwiane przekonania o czymś, co - moim zdaniem - niewiele miało wspólnego z rzeczywistością. On w nie jednak absolutnie wierzył i nawet irytował się, gdy usiłowałem przekonywać go, że jest inaczej.

Pierwsza dotyczyła jego "wygnania" z Polski. Tymczasem wyjechał dobrowolnie na stypendia (francuskie, amerykańskie, niemieckie), osiadł w Chicago, gdzie mu zaoferowano pracę. Od tego czasu nie był w Polsce ani razu. Pani Maryla - wielokrotnie, właściwie niemal co roku. Faktem jest, że prasa stanu wojennego krytycznie pisała o jego "antypolskiej" działalności, ale nie sądzę, żeby jego wrażliwość sięgała aż tak daleko, by dogłębnie przejąć się obowiązkową retoryką propagandy PRL, do której nawet sam reżim nie przywiązywał większego znaczenia. W każdym razie Karpowicz ani razu do Polski nie pojechał. Miał jakiś osobliwy uraz, że nie może wracać, że jest skazany na "wygnanie".

Niemal wprost w ten sposób odpowiadał na moje sugestie, aby może z żoną wrócili do Polski, gdzie mieli duże piękne mieszkanie w ogromnym domu na obrzeżach Wrocławia, i gdzie będzie im może łatwiej żyć ze skromnej emerytury niż w drogim Chicago.

Niewiele zmieniły w tym wszystkim Słoje zadrzewne, które zdobyły nominację do Nagrody Nike oraz Nagrodę Odry. Ale nieoczekiwanie poeta wsiadł w samolot i poleciał do Polski, do Wrocławia, gdzie akurat obchodzono uroczystości 1000-lecia miasta. Później z ironią i goryczą mówił mi przez telefon, dzieląc się pierwszymi wrażeniami z wizyty w kraju, że świetnie "im" do tych obchodów pasował. Chciał przez to powiedzieć, że tak naprawdę, to nikogo nie interesował ani on, ani jego poezja. Chodziło tylko o sposobność do uświetnienia jakąś osobą tego jubileuszu.

Opowiadał mi sporo o swoich dwóch (jedna po drugiej) wizytach w Polsce. Wrażenia miał negatywne. Wrócił przygnębiony biedą i pogonią za pieniędzmi. Był w redakcji Odry, z której - jak twierdzi - wyrzucono go i przepędzono jeszcze na początku lat 70. Nawet jego rzekomo wielcy adwersarze w piśmie powitali go serdecznie - jak i większość ludzi we Wrocławiu. Czuł jednak wyraźnie obcość tamtego miejsca, tj. miasta i ludzi, z którymi kiedyś blisko przecież przestawał.

W innej rozmowie (a wszystkie były szalenie długie, przyprawiające mnie o rosnący niepokój; nie chodziło o wizję rachunku z AT&T, ale o wyłaniający się z tych powolnych wypowiedzi Karpowicza obraz straszliwej samotności poety) mówił, że nie może skorzystać z mojej propozycji, oferty powtórzonej później przez Andrzeja Józefa Dąbrowskiego, aby opowiedział (do publikacji) o sobie i swoim życiu, albowiem to samo ("wywiad-rzekę") obiecał Andrzejowi Falkiewiczowi mieszkającemu pod Poznaniem.

Nagrody Nike nie dostał. Nie wszedł nawet do ścisłego grona finalistów. Wyróżniono wówczas Tadeusza Różewicza i jego tom wspomnień Matka odchodzi. Książka średnia, mocno sentymentalna, chwytająca za serce, bez porównania słabsza od wybitnego osiągnięcia Karpowicza. Decyzja jury Nike zapewne przyczyniła się do jego obsesji, iż w Polsce jest "niemile widziany" i "wszyscy" chcą się go po prostu pozbyć, wymazać z pamięci, wykreślić z rejestru żywych, skazać na nieistnienie. Starałem się go przekonać, że działają tu zupełnie inne mechanizmy. Jako emigranci po prostu nie istniejemy w kraju, nas tam zwyczajnie nie ma, w związku z czym nie możemy liczyć na to, że będziemy gdziekolwiek brani pod uwagę.

Karpowicz miał zresztą kompleks Różewicza, także mieszkańca Wrocławia. Kiedyś w rozmowie kąśliwie się wyraził, że nie może przecież co roku wydawać książki, jak Różewicz - to na moje pytanie, czy przygotowuje coś do druku. Powiedział wtedy, że wręcz przeciwnie. Właśnie niszczy swoje utwory, które uważa za niedokończone, niedobre, a nie ma siły ani czasu, aby usiąść nad nimi i popracować. Nie chce, aby pozostało po nim wiele wierszy nieudanych i aby później jacyś poloniści się w tym grzebali i pastwili nad jego spuścizną.

Przy całym wyrafinowaniu Karpowicz wierzył w zmowę przeciwko sobie. Drugą jego obsesją było przeświadczenie, iż zakwalifikowanie jego twórczości do "poezji lingwistycznej" (uważano go za najwybitniejszego przedstawiciela tego nurtu) obliczone jest na neutralizację jego twórczości, na zlekceważenie głębi i doniosłości jego dokonań przez sprowadzenie tej wspaniałej poezji do zwykłej, pozbawionej głębszej treści zabawy językowej, pustej gry słów i związków frazeologicznych. Tymczasem był on przecież wielkim nowatorem, Norwidem XX wieku, dociekliwym badaczem podstaw polszczyzny, docierał do źródeł tworzenia zależności znaczeniowych w komunikacji. Był nieporównywalnym, najwybitniejszych filozofem w tej dziedzinie; co Ludwig Wittgenstein badał na obszarze języka naturalnego, to było przedmiotem zainteresowania Karpowicza w odniesieniu do polskiego języka poetyckiego.

Kiedy po kilku nieudanych wcześniejszych próbach dodzwoniłem do Pana Tymoteusza pod koniec kwietnia 2001 r.. dowiedziałem się rzeczy przerażających. Dotyczyły one zwłaszcza pani Maryli. Jej (czy ich, bo on jej cały czas dzielnie sekundował) walka z chorobą nie powiodła się. Jest strasznie słaba, nie może jeść. On już też nie bardzo jest w stanie jej pomagać, bo sam przeszedł operację. Całą swą energię życiową, cały czas poświęca na sprawy domowe, opiekę nad żoną i zajmowanie się sobą. Ponieważ nie miał samochodu, wieczorami ów stary człowiek szedł kilka kilometrów z plecakiem do sklepu po podstawowe zakupy. Mówił, że nawet nie ma czasu na swój ukochany ogród. Pracuje w nim tylko tyle, aby nie dostać mandatu za zaniedbaną posesję.

Zadzwoniłem do niego z okazji 80. rocznicy urodzin obchodzonej w grudniu 2001 r. Karpowicz bardzo narzekał na wiek i ogrom pracy jeszcze niezrobionej, na pośpiech wydawców w Polsce, którzy oczekują od niego projektów, których on nie może dokończyć (w tym między innymi spodziewano się, że złoży wreszcie materiały z konferencji poświęconej Julianowi Przybosiowi, jaką zorganizował w Chicago). Mówił o natłoku zajęć domowych, o opiece nad chorą żoną, przy której pełnił obowiązki cierpliwej pielęgniarki; o Falkiewiczu, który ma pisać rodzaj biografii Karpowicza, ale z powodu ciężkiej choroby praca ta praktycznie nie posuwa się do przodu.

Maria Karpowicz zmarła w kwietniu 2004 r. po długiej i ciężkiej chorobie. Od tego czasu Pan Tymoteusz zupełnie odciął się od świata. Zadzwoniłem do niego wkrótce po śmierci żony, by usłyszeć, że nie może ze mną teraz rozmawiać. I odłożył słuchawkę. Miesiąc później dodzwoniłem się po wielu nieudanych próbach. Karpowicz wyszeptał tylko kilka niezbyt zrozumiałych zdań i rozłączył się. Przestałem telefonować. Wiedziałem, że to daremne. Karpowicz odgrodził się, zamknął w sobie.

Ostatni rok wielkiego poety był wielkim koszmarem. Niewyobrażalnym cierpieniem. Samotny w na poły zrujnowanym domu, na remont którego nie miał ani sił, ani pieniędzy. Opuszczony (konsulat w Chicago opiekował się nim w ten sposób, że załatwiał podstawowe sprawy, z zakupami włącznie), w poczuciu zapomnienia, całkowitego odrzucenia jego twórczości, z goryczą w duszy wobec obojętności dla tego, czemu poświęcił lata pracy, zlekceważenia jego wielkiej sztuki poetyckiej. Może nawet w poczuciu zwątpienia w sens dorobku życiowego, którego nikt nie rozumie.

Czesław Karkowski


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail