Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Światłowstąpienie
Tymoteusza Karpowicza
dalekowzroczny gospodarz winien umierać na cudzym
polu
miejsce śmierci zawsze jest przywłaszczeniem
Tymoteusz Karpowicz, Słoje zadrzewne
Czytałem go i podziwiałem od blisko czterech dekad, ale nigdy
wcześniej, ani w Polsce, ani na emigracji, nie miałem okazji
poety ani zobaczyć, ani poznać, nawet wtedy, gdy opublikowałem
na łamach wrocławskiej Odry, gdzie prowadził dział
poezji, dwa wiersze. Tymoteusz Karpowicz zyskał sympatię ucznia
pierwszej klasy liceum już w 1965 r., gdy na łamach Poezji
rekomendował debiut Rafała Wojaczka. Przeczytałem wszystko,
co odkrywca i mentor autora Innej bajki napisał.
Gdy w 10 lat po obronie pracy magisterskiej - o twórczości
Wojaczka - urządzałem kolejne mieszkanie w Toronto, dostałem
od przyjaciół wielkie lustro w kolorze sepii. Przykleiłem
je do ściany w charakterze obrazu: przeglądało się w nim downtown.
Do lustra przykleiłem w dolnym prawym rogu książkę Tymoteusza
Karpowicza Odwrócone światło. Ten niezwykły, 400-stronicowy
poemat był także niecodziennym komentarzem do obrazów "dolnego
miasta", zatopionych w szkle - jak i losów jego mieszkańców.
Z kolei przez pierwsze miesiące każdy z gości widokowego mieszkania
na 17. piętrze musiał, w charakterze frycowego, odczytywać
po jednym fragmencie z poematu. To było trudne, w istocie,
zadanie: percepcja tych wierszy, a właściwie praktycznie niewyczerpanych
motywów, połączeń, asocjacji, pączkujących w kolejnych lekturach,
zachwycała światem wyobraźni autora Kamiennej muzyki,
rzekłbym - rzucała na kolana.
I tak w istocie odbywały się te czytania Odwróconego światła:
na kolanach. Aby bowiem dotrzeć do książki na odległość nosa,
należało uklęknąć na kanapie przed lustrem. To klękanie przed
Karpowiczem miało i dodatkowy sens: książka miała konstrukcję
Nowego Testamentu. Klękała większość naszych gości. Przez
kilka lat opierał nam się skutecznie jedynie Henryk Dasko.
Wpadał często na długie rozmowy o literaturze, a nad naszymi
głowami szeleściło odwracane przeciągiem Odwrócone światło...
Pan Tymoteusz był onieśmielony i niemało zadziwiony faktem
przyznania mu przez Fundację Turzańskich nagrody. Uważał siebie
za poetę zapoznanego, nierozumianego, na emigracji prawie
nieczytanego, spadkobiercę w prostej linii losu i dzieła Norwida
- w wymiarze egzystencjalnym i filozoficznym. W sensie poetyckim
był spadkobiercą Tadeusza Peipera, dokonującego w poezji polskiej
zmian iście rewolucyjnych. Wyobraźmy sobie jego najzdolniejszego
ucznia, Karpowicza, umieszczonego w Chicago połowy lat 70.,
a piszącego nadal po polsku. Jak każdy odkrywca nowych lądów,
Karpowicz skazany był na samotność, podobnie jak jego wiersz-Odys,
poszukujący jedynej, znanej mu ojczyzny - języka zdolnego
odzwierciedlić nieskończoność wszechświata.
Ostatnimi laty ten skromny, miły człowiek dźwigał dodatkowe
brzemię: chorobę żony. Opiekował się nią jak dzielny Samarytanin,
sam będąc kaleką bez ręki. Jedyną sprawną ręką pisał, robił
zakupy, gotował, sprzątał. Pamiętam, z jakim spokojem i autoironicznym
humorem opowiadał o swoim bytowaniu w getcie emigracyjnego
niebytu, w trudnych, wręcz dramatycznie trudnych warunkach.
Gdy zadzwoniłem do Chicago, by uzgodnić z nim przyjazd do
Toronto, zrazu wymawiał się chorobą pani Maryli. Uległ po
długich namowach, ale zaraz po przyjeździe poprosił o napisanie
do żony "usprawiedliwienia". Oto ono:
"Toronto, 8 grudnia 2002. Wielce Szanowna Pani Marylo! Kierujemy
na Pani ręce słowa naszej głębokiej wdzięczności za ułatwienie
nam osobistego kontaktu z Tymoteuszem Karpowiczem. Zdajemy
sobie sprawę ze skali niewygód i niepewności, na jaką wystawiliśmy
Panią i Pani męża, zapraszając Go obecnie do Toronto. Wiemy,
że zrobił to wiedziony poczuciem solidarności z pisarzami
i czytelnikami, dzielącymi zbliżony scenariuszem, choć daleki
skalą doświadczeń, emigrancki los. Domyślamy się, że przyjechał
do nas w ten trudny dla Państwa czas za przyczyną szlachetności
Pani serca. Chcemy Panią zapewnić, że choć nie mogła Pani
towarzyszyć mężowi w jego wyprawie po skromne runo Nagrody
Turzańskich i bogate żniwo nowych, literackich i ludzkich
przyjaźni, Pani obecność w Jego i naszych myślach, słowach
i troskach była stale odczuwana i niezwykle nam potrzebna.
Pomagała scalać alegorię ludzkiego losu, zapisaną w wielkich
wierszach Pani Męża".
Wydrukowałem list i dałem go Karpowiczowi. Uśmiechnął się
i skwitował epistołę: "No, to możemy teraz spokojnie przejść
do prozy". Pozostaliśmy jednak przy jego poezji. Ktoś odczytał
fragmenty poematu Czeczenia. Karpowicz jawił mi się
jako poeta znakomity, ale szczelny, pozapinany na wiele kłódek,
do których klucze mieli tylko znawcy poezji nie tyle lingwistycznej,
co Karpowiczowej właśnie. Strasznie się obruszał, gdy go upychano
do "lingwistycznej" walizki. Był wielkim kontynuatorem Awangardy
Krakowskiej, ale cechowały go iście gombrowiczowskie "nieustanne
przesunięcia", czyli poszukiwania wciąż nowych obszarów dla
języka, ale i człowieka. Stąd i wyjazd z kraju, stąd i choćby
poemat Czeczenia - gorąca publicystyka poetycka najwyższej
próby. Są w niej fragmenty olśniewające przenikliwością i
pięknem.
Po kilku miesiącach Odwrócone światło, przyklejone
do mojego lustra, zostało zamknięte. Nasi goście przeczytali
po wielekroć wszystkie wiersze. Ale tom dalej wisiał na lustrze,
odwracając uwagę od odwróconego obrazu miasta, a kierując
ją ku poetyckim triadom Pana Tymoteusza.
Po kolejnej przeprowadzce lustro w sepii znalazło nową ścianę,
ale zabrakło na nim traktatu poetyckiego Karpowicza; ktoś
go sobie pożyczył i nie oddał. Teraz zabrakło i samego Tymoteusza
Karpowicza; odszedł na spotkanie z ukochaną Marylą - na niebieskim
parnasie. A nam zostawił swoje piękne, choć nieco odwrócone,
światło.
|
|