[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 15 lipca 2005


JAN ZIELIŃSKI

Pod innym kątem

Nożyki, żalniki
i jej amatorzy

Cztery lata temu znęcałem się na tych łamach nad Tadeuszem Różewiczem, rozczarowany jego tomem nożyk profesora, który kupiłem zachęcony tytułem, jako że pracowałem wtedy nad tematem "historia literatury jako dziejów przedmiotów". Różewicz zdenerwował mnie wówczas dezynwolturą w publikowaniu (wprawdzie nie drukiem, tylko w formie faksymiliów, ale jednak) żenujących wariantów tekstu, nonszalancją, z jaką zawłaszczył sobie rzymskiego boga rdzy zbożowej Robigusa, przerabiając go na bożka rdzy zżerającej metale, a przede wszystkim tym, że tytułowy przedmiot zszedł w tomiku nożyk profesora na dalszy plan i nie został nawet porządnie opisany.

*

Tomik Różewicza przypomniał mi się dzisiaj, kiedy zaniedbany przez poetę przedmiot - nożyk - powrócił do mnie w nieco innym kontekście. Próbuję mianowicie od pewnego czasu spojrzeć na polskie piśmiennictwo przez pryzmat roku 1842. A był to, wbrew pozorom, rok istotny. Norwid na zawsze wyjechał z Warszawy, Mickiewicz napisał ostatni wiersz, Słowacki popadł w towianizm, Krasiński pochował przyjaciela-poetę Konstantego Danielewicza i romansował z Delfiną w ostatnich miesiącach przed ślubem z Elizą z Branickich. Ukazało się też kilka ważnych książek, nawet jeśli niektóre z nich potem słusznie czy mniej słusznie popadły w zapomnienie (mam na myśli Sen w Podhorcach Chołoniewskiego, Kontrakty Drzewieckiego, Króla zamczyska Goszczyńskiego, debiutancki tomik Klaczki, Biesiadę Towiańskiego oraz Morenę Tyszyńskiego). Zajmowano się kolejami żelaznymi, kąpielami zdrowotnymi, teleskopami, magnetyzmem i wampiryzmem.

*

W takich lekturach bardzo pomocnym narzędziem jest obecnie Polska Biblioteka Internetowa - przedsięwzięcie rozwijające się w szybkim tempie i oferujące coraz więcej tekstów, także rzadkich, przeważnie w postaci zeskanowanych pierwszych wydań, rzadziej jako tekst dający się przetworzyć elektronicznie. Nawigacja wymaga pewnej wprawy i dodatkowych podpórek (w moim przypadku: sporządzonego przez Estreichera zestawienia druków polskich i dotyczących Polski, wydanych w roku 1842), ponieważ w PBI kryteria wyszukiwania ograniczają się do tytułu i autora, w sumie można jednak siedząc w domu przeczytać sporo starych i cennych książek.

Czytając zatem książki z roku 1842, a także jakoś z tym rokiem związane, zagłębiłem się dziś w tomie O Sławiańszczyźnie przed chrześcijaństwem oraz inne pisma i listy, wydanym w roku 1967 w opracowaniu Juliana Maślanki (te dane czerpię skądinąd, PBI bowiem teksty przekształcone elektronicznie traktuje nieco po macoszemu, dając goły tekst główny, bez karty tytułowej i bez aparatu krytycznego). Autor - Adam Czarnocki, lepiej znany pod pseudonimem Zorian Dołęga Chodakowski (1784-1825).

Z Chodakowskim trudna sprawa. Przyznają się dziś do niego i anarchiści (bo głosił powrót do gminowładztwa), i skrajna prawica (bo szukał słowiańskich i przedchrześcijańskich korzeni). W roku 1999 w periodyku Gazeta An Arché napisano, że jego "utopia retrospektywna" stała u początku współczesnej historii polskiego anarchizmu. W tym samym roku neopogański Toporzeł (por. Przegląd Polski z 9 sierpnia 2002 r.) przedrukował rozprawę O Sławiańszczyźnie przed chrześcijaństwem "na potrzeby działalności Rodzimej Wiary"! Dołęga Chodakowski miał niewątpliwy wpływ na polskich romantyków, on bowiem uświadomił im, że w ustnej twórczości ludu, pieśniach i podaniach, a także w ludowych zwyczajach i obrzędach przechowały się elementy starej, przedchrześcijańskiej kultury - stąd romantyczny kult ludowości, stąd stawianie czucia i wiary nad "mędrca szkiełko i oko".

*

Winien jestem wyjaśnienie, skąd Zorian Dołęga Chodakowski, który zmarł (w niejasnych okolicznościach) w roku 1825, w kręgu lektur związanych z rokiem 1842. Łącznikiem jest tu francuski utopista Etienne Cabet i jego polski uczeń Karol Ludwik Królikowski. W roku 1842 ukazało się pierwsze autorskie wydanie Voyage en Icarie Cabeta, w tymże roku Karol Ludwik Królikowski zaczął wydawać Polskę Chrystusową. We wspomnianym wyżej artykule z Gazety An Arché, zatytułowanym "Narodziny anarchizmu w Polsce", czytamy: "Inną drogą poszedł współpracownik Etienne Cabeta, syn chłopa z Kielecczyzny Ludwik Królikowski (1799-1880?), który na łamach pism Polska Chrystusowa (1842-1846) i Zbratanie (1847-1848) propagował zasady anarchizmu chrześcijańskiego. Królikowski odrzucał jakąkolwiek władzę człowieka nad człowiekiem - czy to w formie demokratycznej, czy to monarchicznej - a wszelkie prawo pisane było dla niego ´dziełem szatanaª. Każda jednostka - powtarzał Królikowski za Słowackim - ma prawo do ´świętych z ducha zaprzeczeńª. Prawdziwą jedność osiągnąć można przez zlanie się z Duchem Świętym - spontaniczne i niewyrozumowane posłuszeństwo wewnętrzne głosowi sumienia. Powszechne braterstwo i wspólnota dóbr stać się miały fundamentem Królestwa Bożego na Ziemi". Jesteśmy zatem wciąż, choć w wersji skrajnej, w kręgu istotnych problemów polskiego romantyzmu: negacji, wolności i mesjanizmu.

*

Dołęga Chodakowski jest m.in. autorem Projektu naukowej podróży po Rosji w celu objaśnienia starożytnych dziejów Słowian. W rozprawce, napisanej z myślą o tym, co dziś nazywa się potocznie fund raising, obok wielu śmiałych, czasem wręcz ryzykownych pomysłów językoznawczych znalazło się też kilka oryginalnych konceptów etnograficznych i archeologicznych. Oto jeden z nich: "W okolicy nowogrodzkiej i koło Borowicz jest wiele starożytnych cmentarzysk w dziewiczych lasach. Miejscowe podanie głosi, że są one pogańskie, gdyż nie mają żadnych chrześcijańskich pomników. Mieszkańcy nazywają je żalnikami. Na Węgrzech, na południe od Karpat, i na Białorusi, koło Witebska i koło Sienna, to samo się spotyka. W Puławach nad Wisłą pomiędzy innymi pamiątkami pokazują garnki ze spalonymi kośćmi, które według podania nazywają żalkami. Takie podobieństwo w nazwach przedstawia jakąś starożytność nam zupełnie nie znaną. My, oprócz grobowca księcia Jarosława w Kijowie, bardzo podobnego do dawnych grobowców w Ilirii, i oprócz niektórych mogił, znanych tylko ze względu na ich ogromną wielkość, niczego starszego pod tym względem nie mamy. Dlatego należałoby zbadać owe żalniki i, o ile się da, przeniknąć ich ciemną głębię".

Po pewnym czasie Chodakowski, zdobywszy fundusze, zrealizował niektóre elementy swojego projektu podróży naukowej. W ten sposób powstał tekst zatytułowany Żalniki. Jest krótki a piękny, zacytuję go zatem w całości:

"Nazwą tą określane są dawne cmentarzyska, opuszczone cmentarze z grobami zmarłych i w ogóle mogiły przeciętnych mieszkańców. W skreślonym przeze mnie Projekcie wspomniałem, że żalniki znane są na południe od Karpat na Węgrzech i w powiecie sieńskim na Białorusi; pozostało dowiedzieć się, co one w sobie kryją. W powiecie ładoskim na prawym brzegu Wołchowa, między wsiami Kirisze i Pławnica badałem żalnik wznoszący się jako pagórek nad wspomnianą rzeką, nie mający żadnych znaków na powierzchni. Po zdjęciu darni odsłoniła się gruba warstwa węgla, pochodząca zapewne ze zgorzałej niegdyś świątyni, głębiej zaś leżały czaszki i kości ludzkie, a przy nich zardzewiały nożyk. W czasie późniejszej wędrówki nigdzie nie przytrafiło mi się widzieć po drodze żalników aż do samych Bieżyc. Tutaj zaś są one w trzech miejscach w kierunku zachodnim od osady, nie mają jednak równej powierzchni jak w Kiriszach, lecz stanowią oddzielne małe mogiły, co przypomina raczej wojenne pobojowisko. Rozkopawszy kilka tych mogiłek, przekonałem się, że w każdym nasypie znajduje się jeden człowiek i przy nim nożyk. Dziwne, że wszystkie nożyki są jednakowej wielkości i takiego kształtu, jak znaleziony nad Wołchowem w Kiriszach, i podobne do przechowywanego przy grobie św. Sergiusza Radonieżskiego. Od tego nożyka różnią się może tym, że wskutek działania rdzy stały się grubsze i tępe. Takie porównanie odkrywa powszechny narodowy zwyczaj oraz okres jego trwania. Na ostrzach trzech nożyków wykopanych w bieżyckich żalnikach były jakieś zęby podobne do lancetów, ale przeżarte rdzą natychmiast odpadły. Wszystkie nożyki z żalników, w liczbie jedenastu, oraz garnuszek z kośćmi i węglami (z sopki na gródku) przesłałem do Tweru na ręce dyrektora gimnazjum, p. J.N. Woroncowa-Wielaminowa, celem przechowania w tamtejszym gimnazjum gubernialnym na pamiątkę minionych wieków i dawnych mieszkańców tej guberni. Znaleźć jeszcze można żalniki w powiecie nowogrodzkim i w okolicach Tesowa nad Oredeżem, nad rzeką Ługą w powiecie tichwińskim i borowickim, w kilku miejscach powiatu ustiuskiego nad rzeką Miereżą, prawym dopływem Czadogoszczy, oraz w Wesi (w ilińskim pogoście) nad rzeką Kołbią, gdzie późna jesień nie pozwoliła mi zaglądnąć w mroczne podcienia zmarłych. Niektórzy bez jakichkolwiek badań zgadują, iż owe żalniki w nowogrodzkim, ładoskim i innych powiatach pochodzą z czasów litewskich rozbojów i najazdów. Ich zdaniem Litwini zabili wielu ludzi, których później grzebali mieszkańcy innych osad, uratowani w lasach. Wyrażali oni swój żal z powodu takiego nieszczęścia sąsiadów i stąd nazwa samych mogił. Domysł ten nie jest jednak uzasadniony, gdyż Litwa nigdy nie dotarła nad Wołchow i do powiatu ładoskiego, nie była też na Węgrzech, gdzie także trafiają się żalniki. W tak powszechnym nieszczęściu, gdyby się ono przydarzyło, czyż mieliby czas ci żałujący grzebać każdego zabitego oddzielnie i kłaść przy nim nożyk? Raczej w takim wypadku postąpiliby zgodnie z dawnym zwyczajem, składając kilkadziesiąt ciał w jeden dół i grzebiąc je w jednej wielkiej mogile. Wiadomo przecież z kronik, że Litwa polowała raczej na spiżarnie, obory i kieszenie niż na głowy ludzkie, które, jak się wydaje, oszczędzała, przewidując w przyszłości podobne korzyści, co rzeczywiście powtarzało się bardzo często. Jeszcze raz powtórzę, że wygodniej jest wydawać sądy w celach klasztornych i gabinetach, niż prowadzić wszechstronne badania. Szkoda tylko, że nie to odkrywa przestrzeń i wnętrze naszej ziemi".

*

Chcąc zobaczyć taki nożyk, trzeba by pewnie udać się do Zjednoczonego Muzeum Państwowego w Twerze, założonego w roku 1866 w gmachu tamtejszego gimnazjum męskiego. Muzeum gromadziło z początku wyroby rzemiosła i produkty fabryk guberni twerskiej. Szybko jednak się rozwinęło, zbiory wzbogacono o ciekawe kolekcje archeologiczne i etnograficzne, wyroby sztuki sakralnej, książki, rękopisy i numizmaty. Niestety, spośród stu tysięcy eksponatów, zgromadzonych do roku 1941, okupację niemiecką przetrwały zaledwie trzy tysiące. Tak więc dziś szanse na znalezienie w Twerze nożyka z żalnika są raczej niewielkie. Pozostaje poetycki opis.

*

Druga wojna światowa pozwala nam wrócić do punktu wyjścia. Tadeusz Różewicz w kontekście nożyka, przywiezionego z obozu koncentracyjnego przez krakowskiego historyka sztuki, profesora Mieczysława Porębskiego, pisał w ogólnikowej wyliczance o żywiole rdzy, co

pożera klucze
i zamki
miecze lemiesze noże
ostrza gilotyny topory

O ileż konkretniejszy jest tu domorosły etnograf Chodakowski, który opisuje wykopane przez siebie nożyki z żalników ("wskutek działania rdzy stały się grubsze i tępe") i uzmysławia nam chwilę, kiedy umocowane do ostrzy nożyków zęby, podobne do lancetów, "przeżarte rdzą natychmiast odpadły". Oto autentyczna archeologia w akcji, oto prawdziwa poezja przedmiotu.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail