61. rocznica powstania warszawskiego
Czas na Walkę Cywilną
Z Zofią Korbońską rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: - Jakie były
Pani wrażenia z uroczystości 60-lecia powstania warszawskiego, na które
pojechała Pani do stolicy w ubiegłym roku?
Zofia Korbońska: - Byłam do głębi przejęta.
Sam widok Warszawy tonącej w powodzi symboli patriotycznych, ogarniętej
falą wspomnień o powstaniu, o czasach walki z okupantem, jedności w walce
i świadomości celu - sam widok tej dawnej Warszawy wzruszał do łez.
- Pogoda podobno także sprzyjała, było dużo
słońca i sierpniowy upał...
- Pogoda rzeczywiście odpowiadała prawdzie historycznej.
Taka sama jak w sierpniu 1944 roku - bez chmurki. Tylko wtedy klęliśmy ją,
bo ułatwiała naloty i bombardowania. Ale wygląd Warszawy to nie wszystko,
co budzi wspomnienia. Najważniejszy jest nastrój w moim ukochanym mieście,
które nareszcie po 60 latach poniewierki doczekało się należnego hołdu
i jawnie uczciło swoich obrońców, jeszcze do niedawna nazywanych przez
Rosję bandytami. Można było wyjść na ulicę, paść sobie w objęcia
i zbratać się na nowo.
- Jak to było możliwe?
- Stało się to za sprawą prezydenta m.st. Warszawy
Lecha Kaczyńskiego. Dokonał on prawdziwego cudu. Przywrócił Warszawie
jej dawne oblicze, obudził w niej dawnego ducha. Działał w natchnieniu,
zapalił płomyczek, który może stać się zarzewiem wielkich zmian
w Polsce.
- Pani w to wierzy w dzisiejszych czasach? W człowieka,
w ideę?
- Wierzę głęboko w ideę, a także w człowieka,
który nigdy nie był komunistą, który zachowuje nieugiętą postawę
i hołduje podstawowym wartościom. Ma charakter, ma zasady i ma wizję takiej
Polski, o jaką żeśmy walczyli. No i ma również przy sobie grono
doradców, gorących patriotów, a przede wszystkim brata Jarosława, świetną
głowę i najbliższego przyjaciela. W polityce (i nie tylko) to nieoceniony
skarb. Szydercy nie potrafią ocenić tego faktu, gdyż przechodzi to ich
wyobraźnię. Oni nie wiedzą, co to jest przyjaźń. W sowieckiej
szkole myślenia nauczyli się tylko kartotek. Ale szyderstwo to zdradliwa
broń - wyszydzić można każdego, ale budować na szyderstwie nie
można.
- W jaki sposób organizatorzy powzięli myśl
o rocznicowym święcie?
- Myślę, że wyczuli historyczną chwilę i
potrzebę. Jest w Polakach pragnienie słów prawdy, choć usilnie tłumione
przez manipulatorów i fałszerzy historii. To dlatego doszło do spontanicznej
manifestacji uczuć narodowych i solidarności w rodzaju tych, jakie miały
miejsce w czasach okupacji. Źródeł ich, jak pisał mój mąż,
należy szukać gdzieś na drodze duszy polskiej, tak skłonnej do wybuchu,
gdy ktoś lub coś naciśnie właściwą, gdzieś tam głęboko ukrytą
sprężynę.
- A jakie wrażenie zrobiło na Pani samo Muzeum
Powstania Warszawskiego?
- Patetyczne! To chyba najlepsze określenie. Będzie
jeszcze długo budowane i przypuszczalnie zwalczane przez wrogów, ale to
ciąg dalszy samego powstania. Już teraz jednak spełnia swą rolę
- rolę strażnika pamięci o najwznioślejszych uczuciach ludzkich i
sentymentach narodowych. Rzecz nieoceniona w dzisiejszych czasach miernoty,
małości, cynizmu i fałszu.
- Inaczej odbiera to dzisiejsza większość...
- Proszę pani, kto nie był w konspiracji w czasie
wojny i nie był w powstaniu, ten nie jest w stanie pojąć ani należycie
ocenić nastroju, jaki panował wówczas w społeczeństwie. Nie rozumie
tej postawy, która decydowała o wszystkim, a wyraziła się wolą walki
do tradycyjnej ostatniej kropli krwi. Ci, którzy negują sens powstania,
nie myślą logicznie, gdyż w ten sposób negują w ogóle sens całej
wojennej walki z okupantem. Powstanie było tylko punktem szczytowym tej codziennej,
kilkuletniej walki. Taki symbol może o tym świadczyć: PW (Polska Walcząca)
PW (Powstanie Warszawskie). Sprawa ta będzie zawsze kontrowersyjna, ale co
z tego? W Ameryce wojna domowa jest do dziś przedmiotem kontrowersji i tematem
niezliczonych prac historycznych. Niby wszystko "idzie we właściwym kierunku"
od wojny secesyjnej w latach 1861-65, ale jątrząca rana otwiera się za
każdym wstrząsem. Takie rany są nieuniknione w życiu każdego
narodu, a cóż dopiero takiego, jak polski, który musi się bronić
pazurami (dosłownie) przed takimi sąsiadami jak Rosja i Niemcy.
- To porównanie z Ameryką nie jest jednak może
akuratne...
- Naturalnie, że nie. Bo my za ranę powstania otrzymujemy
Virtuti Militari, podczas gdy Amerykanie muszą ciągle jeszcze bić się
w piersi w powodu niewolnictwa Murzynów.
- Czy ma Pani jakieś uwagi co do urządzenia muzeum?
- Największe wrażenie zrobiła na mnie ściana-pomnik
z nazwiskami poległych powstańców. Zajmuje wielki bok dziedzińca przed
gmachem Muzeum, falując jak wstęga na wieńcu pogrzebowym, albo - jak to
udramatyzował któryś z mówców - jak rzeka krwi przelanej za "naszą
i waszą wolność". W centrum "flagi" - dzwon generała "Montera" [Antoniego
Chruściela - przyp. red.], jak serce bijące na alarm. Ta wstęga nazwisk,
ten pomnik będzie żył, pulsował własnym życiem. Ludzie przychodzą
tam już teraz - żeby się pomodlić, powspominać, spotkać, pocieszyć
i posmucić. Młodsi - żeby się czegoś nauczyć. Nieznajomi wymieniają
uściski, patrzą sobie w oczy i widzą w nich odbicie dawnych przeżyć.
Łączy ich nierozerwalna więź.
- Wydaje się, że ten pomnik wzorowany jest na
waszyngtońskim pomniku poświęconym poległym w Wietnamie...
- Tak, ale w Warszawie na tle tamtejszego obrazu miasta,
na tle widocznych zawsze śladów zniszczeń, ruin i okrutnych przeżyć
okupacji, pomnik ten robi zupełnie inne wrażenie niż w eleganckim,
nietkniętym wojną Waszyngtonie. Jest dzwonem alarmowym.
- Czy sądzi Pani, że "alarm dla miasta Warszawy"
jest nadal aktualny?
- Tak, z wielu powodów, ale to praca dla zawodowych
historyków. Notabene, zwróciło moją uwagę to, że nie widziałam
ich na otwarciu Muzeum Powstania Warszawskiego w sierpniu 2004 r. Spodziewałam
się, że wystąpią całą grupa, wydadzą jakieś orędzie, wygłoszą
przemówienia dodające ducha itp. A ich po prostu nie było. Bo oni wiedzą
lepiej, oni mają już z góry namalowany obraz Polski - wygody dla siebie
samych. Takie uroczystości, jak otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego, ich
nie interesują. Oni nawet może sporo wiedzą, ale nic nie rozumieją.
- Wróćmy do tytułu naszej rozmowy: "Czas na
Walkę Cywilną".
- Podsumowując moje wrażenia z obchodów 60. rocznicy
powstania warszawskiego z bólem serca stwierdziłam, że zaprezentowana
była tylko jedna połowa obrazu Podziemia: obrazu bohaterstwa Polaków,
ich poświęcenia dla ojczyzny i patriotyzmu. Innymi słowy, obrazu wszystkich
cnót, w jakie obfitowała dawna Polska, a przynajmniej Polska mojego pokolenia,
wychowanego na idei niepodległości.
Powstała z tego legenda Polski męczeńskiej, walczącej
"za naszą i waszą wolność". Słusznie i zasłużenie, i tak być
powinno, Ale to tylko jeden rozdział. Rozdział drugi to fakt historyczny,
że polskie podziemie wojenne składało się z dwóch członów: wojskowego
i cywilnego. Fakt ten był do roku 1975 wręcz pomijany. Nie było w druku
opracowania obejmującego całość Podziemia. Pierwszą książką
poświęconą temu tematowi stała się Polskie Państwo Podziemne
- przewodnik po Podziemiu z lat 1934-1945 pióra Stefana Korbońskiego, szefa
Kierownictwa Walki Cywilnej, wydany przez Antoniego Gładysza, założyciela
firmy wydawniczej "Promyk". Każdy z 27 rozdziałów tej książki
zawiera właściwie temat zasługujący na odrębny tom. Dalsze traktowanie
tego podstawowego faktu historycznego, jakim była struktura Podziemia, lekceważąco,
bez należytego zrozumienia jego znaczenia politycznego i społecznego,
jest grzechem wobec prawdy historycznej.
- Na czym polegała walka cywilna? Co to było i
jak to zdefiniować?
- W dwóch słowach - była walką narodu. Gdy Polska
znalazła się pod okupacją niemiecką i sowiecką, w społeczeństwie
obudziła się wola przepędzenia najeźdźców i odzyskania wolności.
Było to zjawisko powszechne i dominujące. Postawa ogólna. Chcieli walczyć
wszyscy, ale tylko część znalazła się w organizacjach prowadzących
walkę zbrojną. Reszta narodu czekała na instrukcje i tu właśnie wkraczały
władze cywilne, które ujęły w swoje ręce ster rządów i starały
się zapewnić porządek wewnętrzny w okupowanym kraju. Jak w normalnym
państwie. I na tym polegał ten cud, że społeczeństwo poddało się
jednomyślnie instrukcjom rozpowszechnianym przez radio i prasę podziemną,
i stosowało do wydawanych przepisów.
- Wyjaśnienie tej roli władz cywilnych jest konieczne
dziś, po długich latach, jakie upłynęły od tamtych czasów.
- Z pewnością tak. Dziś bardzo nieliczni tylko
potrafią określić rolę Kierownictwa Walki Cywilnej. Każdy wie, co
to jest pułkownik czy generał, ale wymieni tylko "delegata na kraj" i już
jest zgubiony i zaczyna się plątać. Nikomu prawie - prócz specjalistów
- nie przyjdzie na myśl najprostsza odpowiedź: odpowiednik wicepremiera
(premier w Londynie, a jego delegat, wicepremier - w rządzie podziemnym w
Polsce). Do tego potrzebna już jest znajomość struktury Polski podziemnej,
świadomość ważnego faktu historycznego, że Podziemie składało
się z dwóch części: wojskowej i cywilnej. Całe dzieje okupacji wykazały,
że to właśnie przesądzało o wyjątkowości polskiego Podziemia,
nadając mu cechy fenomenu drugiej wojny światowej. Czegoś takiego nie
było nigdy przedtem. Odtworzenie państwa w warunkach okrutnego terroru niemieckiego
i sowieckiego było dowodem, że jesteśmy nie tylko męczennikami, którzy
giną z rąk oprawców z uśmiechem na twarzy, lecz również wspaniałymi
organizatorami. Nie tylko potrafimy bić się bez broni, lecz również
organizować bez komputerów, o których wtedy jeszcze nikomu się nie śniło.
- Jaką akcję Kierownictwa Walki Cywilnej uważa
Pani za najważniejszą?
- Wydanie "Kodeksu praw i obowiązków Polaka pod okupacją",
regulującego stosunek do okupanta. Zorganizowanie sądownictwa podziemnego,
zorganizowanie tajnej łączności radiowej władz cywilnych z Londynem.
- Radiostacja "Świt"?
- Tak jest. Radiostacja "Świt", która kilka razy
dziennie dostarczała informacji o życiu w okupowanym kraju, co miało
wpływ na kształtowanie wydarzeń politycznych. Wątpię, czy Stanisław
Mikołajczyk zostałby premierem, gdyby nie to, że otrzymywał od nas
codzienne informacje. Podejmowane były akcje przeciwko przymusowi pracy, kontyngentom
rolnym, kinom i loterii, a także różne akcje manifestacyjne.
- Specjalną rolę odegrało Kierownictwo Walki
Cywilnej w informowaniu świata o losach Żydów.
- Informowaliśmy Londyn od samego początku do samego
końca o ich losie. Pierwszą depeszę o likwidacji getta warszawskiego,
którą sama szyfrowałam, wysłała nasza radiostacja "Świt". Obecnie
odnaleźliśmy ją w dokumentach przechowywanych w Londynie.
- Proszę Pani, czy ma Pani jakieś pomysły, jak
przypomnieć o tych sprawach ludziom w Polsce i w świecie?
- Wydaje mi się, że - jak to stwierdza tytuł
naszego wywiadu - czas na Walkę Cywilną przyszedł automatycznie z "czasem
na prawdę". Chciałabym, żeby władze cywilne uczczone były tak wspaniale,
jak to sprawił prezydent Lech Kaczyński z władzami wojskowymi. Chciałabym
wyciągnąć z lamusa nazwiska współtwórców Polskiego Państwa Podziemnego,
dzięki którym okupacja stała się okazją do społecznego i politycznego
zreformowania kraju. Nazwiska Macieja Rataja, Mieczysława Niedziałkowskiego,
Stefana Korbońskiego, Aleksandra Dębskiego, Stanisława Dubois, Kazimierza
Pużaka i innych. Może wtedy mniej będziemy odczuwać brak przywódców.
... Droga pani Aleksandro, ten wywiad jest tylko początkiem
wielkiej pracy, którą powinni wykonać historycy, żeby przedstawić
światu reformy społeczne i polityczne, jakie dokonały się podczas okupacji.
A także plany budowy nowej powojennej Polski przez najwybitniejszych polskich
specjalistów.
Archiwum Kierownictwa Walki Cywilnej zaginęło w tajemniczych
okolicznościach, ale żyją wciąż ludzie, którzy coś na ten
temat wiedzą. Zagubił się jednak, na razie przynajmniej, mózg konspiracji.
Ten wywiad, pani Aleksandro, jest moim okrzykiem wzywającym do dalszych badań
nad jednym z najciekawszych i najwspanialszych okresów dziejów Polski.
|