[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 29 lipca 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Giermkowie
błędnych rycerzy

Ciężkie jest życie, jakie my,
giermkowie błędnych rycerzy, pędzimy.

Miguel de Cervantes, Don Kichote

Motto tego felietonu zaczerpnąłem z mądrej rozmowy między giermkami błędnych rycerzy, wyrzekającymi na swój los. Bycie giermkiem błędnego rycerza wymagało zaiste wielkiego samozaparcia i końskiej kondycji. Sługa pokornie znosił humory pana i niewygody tułaczego życia, niczym polski emigrant na Greenpoincie, bo miał perspektywę przyszłej nagrody - w naszym przypadku zieloną kartę, a u Cervantesa wyspę na Pacyfiku. Błędni rycerze byli na tyle cwani, że zamiast płacić - obiecywali sługom gruszki na wierzbie, czyli wyssane z palca godności i bogactwa. Sancho dostał od Don Kichote'a wyspę z ludnością i pałacem, a giermek Leśnego Rycerza - kanonię wraz z perspektywą zostania arcybiskupem.

Czasy się zmieniły, a i literatura nie ta sama. Błędni rycerze przestali cokolwiek obiecywać - poza podwyżkami cen i masowymi zwolnieniami z pracy. Coraz częściej zaczynają też straszyć masową zagładą. Radosną wiadomością na ten temat uraczył mnie Nowy Dziennik. Usiadłem akurat do komputera, by zdać relację z kolejnego tygodnia w Kraju Deszczowego Lata, a tu koledzy zza oceanu donoszą, że większość Amerykanów jest przekonana o możliwości wybuchu wojny nuklearnej - odwrotnie do Japończyków, których podświadomość programowo blokuje przystęp wybuchowemu myśleniu. Oni już próbę generalną, ba - małą wojnę nuklearną przerabiali 60 lat temu i sądzą, raczej logicznie, że teraz kolej na innych.

Nie siedzę w skórze przeciętnego Amerykanina, ale gdybym nim był, czułbym się niechybnie giermkiem błędnego rycerza, któremu obiecano wysepkę pokoju i dostatku na oceanie szczęśliwości, wypełnionym coca-colą oraz whisky z lodem z góry lodowej - rozłupanej na kawałki atomówką, ma się rozumieć. Jest wszak jeden warunek: Amerykanie muszą zrobić na świecie porządek z rzeczywistymi oraz domniemanymi wrogami Ameryki i światowego porządku. Obietnica jest tak mglista jak polskie lato - w Polsce mówią, że jest tak beznadziejnie, że nawet słońcu nie chce się świecić - a zapowiada trudy i ofiary tak wielkie, że oferta złożona Anglikom przez Churchilla podczas II wojny światowej - w postaci krwi, potu i łez - wydaje się przy niej dziecinną igraszką.

W III Rzeczpospolitej żadnej III światowej nie będzie, bo tutaj panuje myślenie sprawami i sprawkami zaścianka; niewiele nas obchodzą losy reszty planety. Ta filozofia biernego trwania przy własnym korytku - z małym wyjątkiem Iraku, który tylko potwierdza regułę - sprawia, że Polacy nabierają przekonania, iż na naszej ziemi - porytej tyloma bombami i wojnami i tak obficie użyźnionej ciałami poległych - już żadne zbiorowe szaleństwo morderczych instynktów zdarzyć się nie może. Dlatego, gdy świat szykuje się do przyszłych konfliktów, my przerabiamy w kółko stare.

Widać to najlepiej w telewizji. Właśnie wyświetlono niemal zapomnianego "półkownika" - Krótki dzień pracy Krzysztofa Kieślowskiego, zrealizowany na podstawie reportażu Hanny Krall Widok z okna na pierwszym piętrze. Film mówi o początkach Sierpnia '80, które miały miejsce już w Czerwcu '76, oryginalnie opowiedzianym z punktu widzenia I sekretarza komitetu wojewódzkiego w Radomiu. Film niechcący przypomina, że późniejsze samouwłaszczenie nomenklatury spowodowało, iż typ partyjniaka aktywisty nie wyginął, a zachował się w Polsce w formie prawie nienaruszonej, jak mamut znaleziony na pustyni Gobi. To także obraz niebezpieczny dla współczesnych wyzyskiwaczy, bo pokazuje pracownikom, że i metody też się nie zmieniły: ten sam cynizm i mafijność grupek wspólnych interesów, przy jednoczesnym zaniku bezsilnego państwa.

W 25 lat po Sierpniu '80 Polska staje się tworem znanym jej starszym mieszkańcom z przeszłości, potworem pożerającym własne dzieci. Właśnie zadzwonił Romuald Karaś, wybitny reporter, który jak za dawnych lat wrócił z Suwalszczyzny i mówi, że jest tam dramat, wielkie bezrobocie, rolnicy zalesiają pola uprawne, panuje powszechne poczucie braku perspektyw. W kwestii amerykańskich prognoz wojennych przytoczył wypowiedź Irakijczyka, mieszkającego w Polsce doktora Hatifa Janabiego, przychylnego Amerykanom - dużo wycierpiał od reżimu Saddama - będącego jednak zdania, że przy całej dysproporcji sił ta wojna prawdopodobnie nigdy się nie skończy, bo Ameryka weszła w coś, z czego nie można się wydostać. Błędne koło, czyli błędy strategiczne błędnych rycerzy.

Pamiętam pierwszy dzień strajków polskiego lata 1980 r. Z Teresą Torańską i Stefanem Kozickim piliśmy herbatę w barze pracowniczym Gazety Współczesnej i Kontrastów w Białymstoku. Właśnie dotarła wiadomość o strajkach w Lublinie. W Torańskiej odezwał się reporterski instynkt: - Trzeba jechać! Na co śp. Kozicki stwierdził, że lepiej zaczekać na Wybrzeże, bo tam się wszystko rozegra. Pamiętam unoszący się nad naszym stolikiem i muskający nasze twarze wiaterek historii, fizyczne wręcz odczucie nieuchronności zdarzeń, jakie nas czekają.

Sierpień przeorał świadomość i zmienił życie Polaków, ale po zatoczeniu koła sytuacja w Polsce nabrzmiewa do ponownego wybuchu. Gdy piszę te słowa, przed Sejmem górnicy walczą z policją, poszły w ruch armatki wodne, gazy łzawiące, deski, pałki i kamienie, słychać strzały albo petardy i widać pokrwawionych ludzi, bo wszystko na żywo transmituje telewizja. Jakby wczorajszy film Kieślowskiego wcale się nie skończył, a polskie lato trwało nadal, tyle że protesty nie są już tak spokojne jak wtedy. Dzieje społeczne rządzą się swoimi prawami, ale jedno wydaje się niepodważalne: cokolwiek byśmy robili i tak nie unikniemy powtórki z historii.

O wiele mądrzej mówi o tym giermek błędnego rycerza, Sanczo Pansa: "Nie masz tak gładkiej drogi, na której byś się o jakiś kamień nie potknął". Amen.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail