[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 5 sierpnia 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Nieustraszeni pogromcy
polskich wampirów

Amerykanie posiadają bardzo zgrabne określenie na pewne sytuacje czy ludzi: pain in the ass. Tłumaczenie tego idiomu na polski brzmi idiotycznie, ale nie w kontekście politycznym. Delikatnie parafrazując myśl Jerzego Giedroycia jest to BUL, czyli Białoruś, Ukraina i Litwa. Ukraina i Litwa już nie bolą. Białoruś to nic innego jak ból w okolicach kości ogonowej. Gdybym chciał rozwijać to porównanie, mógłbym dodać: w okolicach kości ogonowej demokratycznej Europy, albo niedemokratycznej Rosji, ale dostałbym natychmiast "emalię" z protestem od mojej studentki Katii, spędzającej wakacje w rodzinnym Mińsku, a czytającej w internecie nasze pismo. Wiem nawet, jak wyglądałby taki protest: Białoruś jest, jaka jest, bo Europa miała ją zawsze i ma głęboko w okolicach swej kości ogonowej.

Katia nie jest białoruską szowinistką, ma tylko trochę więcej do powiedzenia na temat swego kraju od wielu jej rówieśników. Niedawno oddała w dziekanacie warszawskiej uczelni, noszącej zaszczytne imię Jerzego Giedroycia, pracę licencjacką na temat Solidarności oglądanej z perspektywy Paryża. Katia musiała posłużyć się materiałami francuskimi, bo w swym języku na temat Solidarności nie znalazła żadnych opracowań. Pracę napisała w Polsce, gdyż Łukaszenka zamknął jej uniwersytet w Mińsku. Pisząc przekopała się przez opracowania francuskie, jak i roczniki paryskiej Kultury. Ma w małym paluszku zasady polskiej polityki wschodniej wg Jerzego Giedroycia i doskonale rozumie, że bezpieczeństwo Polski, jak i tej części świata zależy od wyrwania z moskiewskiej orbity ostatniego składnika BUL-u, czyli Białorusi.

Oboje z Katią wiemy jednak, że nie jest to takie łatwe. Katia mieszkała w Mińsku lat osiemnaście, ja spędziłem w Białymstoku lat osiem. W trakcie długich naszych rozmów na temat jej pracy dochodziliśmy często do wniosku, że powtórzenie w państwie Łukaszenki ukraińskiej pomarańczowej rewolucji, a tym bardziej rewolucji Solidarności udać się nie może. Zwyczajnie i po prostu z powodu politycznej inercji, jaka tam panuje. Aby ruszyć z posad, a raczej z błot i moczarów poleskich bryłę białoruskiego społeczeństwa, trzeba lat pracy organicznej, wyrzeczeń i cierpliwości. Mińsk dyndający na pasku Moskwy to nie tylko dyktator i jego świta, milicja w komicznych czapkach i beznadziejna głupota aparatu. To nie tylko zastraszone i zacofane społeczeństwo, ale także społeczeństwo przekonane o swej bezpodmiotowości, niewierzące we własne siły, historycznie uzależnione od rosyjskich dostaw i rosyjskiej dominacji, ciążące ku Moskwie i kochające w skrytości ducha niedźwiedzia-tyrana.

Promoskiewskie nastroje wyczuwalne są także w Białymstoku, pośród sporej części mniejszości białoruskiej. Żyją tam jeszcze ludzie, którzy wojażowali swego czasu do Mińska z petycjami w sprawie przyłączenia Białostocczyzny do Białoruskiej SSR. Nacjonaliści białoruscy nie kryją się z wrogością do "Polski-prostytutki", Ameryki i Unii Europejskiej. Wypowiedzi tej treści emituje rosyjska telewizja. Białorusini, poniewierani kiedyś przez panów rosyjskich i polskich, wolą dzisiaj panów rosyjskich. Powie ktoś, że to propaganda promoskiewska Łukaszenki, i będzie miał rację, ale tylko częściową. Bezpośrednie rozmowy w białoruskich domach pokazują prawdziwe nastroje. Nie są to nastroje ani propolskie, ani proamerykańskie. Nie ma w nich także myślenia o Białorusi jako państwie europejskim, demokratycznym i wolnym. Mieszkając w Białymstoku słyszałem często ponurą tezę, że Białorusini nie chcą wolności, bo nie wiedzieliby, co z nią zrobić.

To jedna strona medalu. Druga jest taka, że przykład Polski, Litwy, jak i ostatnio Ukrainy zaczął w Mińsku pączkować nastrojami wolnościowymi, że szykuje się tam przewrót i że Moskwa robi wszystko, co w jej mocy, by utrzymać strategiczny przyczółek na granicy z demokratyczną Polską. KGB-iści nie mogli więc nic innego wymyślić, jak konflikt z Polakami. Pokazują dziś światu, że krnąbrni Polacy buntują się w Grodnie przeciw prawowitej władzy państwowej, a w Warszawie dopuszczają się otwartej, antyrosyjskiej prowokacji, bijąc biedne dzieci rosyjskich dyplomatów. Prezydent wielkiej Rosji występuje w państwowej telewizji i domaga się od Polski oficjalnych przeprosin, tak jakby chodziło o zestrzelenie jego samolotu, a nie bijatykę nastolatków. Wszystko po to, by wyprzeć z pierwszych stron gazet wiadomości o prześladowaniach Związku Polaków na Białorusi, aresztowaniach dziennikarzy, szykanach i zwykłej, barbarzyńskiej hucpie podlanej gęstym sosem polonofobii.

Dorota Masłowska może mieć cierpką satysfakcję: tytuł jej powieści Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną nabiera dziś znaczenia symbolu. W sytuację nabrzmiewającego konfliktu z Moskwą wpisuje się także niechcący Roman Polański ze swym musicalem, realizowanym obecnie w Warszawie na podstawie jego filmu Nieustraszeni pogromcy wampirów. Po pierwsze, dresiarska mentalność rządzi w polityce na linii Moskwa-Mińsk-Warszawa. Po drugie tytuł Masłowskiej streszcza istotę tego rosyjskiego mieszania w tyglu Europy, wymaga jedynie niewielkiej korekty: Wojna polsko-ruska pod flagą białoruską. Po trzecie tytuł filmu Polańskiego dopisuje celną charakterystykę głównych postaci konfliktu - dzielnych prezydentów z Mińska i Moskwy.

Nie chcę przyklejać prezydentom Rosji ani Białorusi wampirzych kłów, ich propaganda robi to najlepiej. Wiem jednak, że BUL w okolicy kości ogonowej Rosji nie skończy się, dopóki Białoruś będzie narzędziem polityki Kremla, tęskniącego dziś za wielkim Związkiem Sowieckim. A Białoruś będzie tak długo biednym, zacofanym krajem, trzymanym krótko przez komiczny reżim marionetki na sznurkach pociąganych z Moskwy, jak długo polityka europejska kończyć się będzie na Bugu oraz w połowie Puszczy Białowieskiej. Pełnej żubrów, wilków, jeleni - i wampirów, ma się rozumieć.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail