Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Nieustraszeni pogromcy
polskich wampirów
Amerykanie posiadają bardzo zgrabne określenie na pewne sytuacje czy ludzi:
pain in the ass. Tłumaczenie tego idiomu na polski brzmi idiotycznie,
ale nie w kontekście politycznym. Delikatnie parafrazując myśl Jerzego Giedroycia
jest to BUL, czyli Białoruś, Ukraina i Litwa. Ukraina i Litwa już nie bolą.
Białoruś to nic innego jak ból w okolicach kości ogonowej. Gdybym chciał rozwijać
to porównanie, mógłbym dodać: w okolicach kości ogonowej demokratycznej Europy,
albo niedemokratycznej Rosji, ale dostałbym natychmiast "emalię" z protestem
od mojej studentki Katii, spędzającej wakacje w rodzinnym Mińsku, a czytającej
w internecie nasze pismo. Wiem nawet, jak wyglądałby taki protest: Białoruś
jest, jaka jest, bo Europa miała ją zawsze i ma głęboko w okolicach swej kości
ogonowej.
Katia nie jest białoruską szowinistką, ma tylko trochę więcej do powiedzenia
na temat swego kraju od wielu jej rówieśników. Niedawno oddała w dziekanacie
warszawskiej uczelni, noszącej zaszczytne imię Jerzego Giedroycia, pracę licencjacką
na temat Solidarności oglądanej z perspektywy Paryża. Katia musiała posłużyć
się materiałami francuskimi, bo w swym języku na temat Solidarności nie znalazła
żadnych opracowań. Pracę napisała w Polsce, gdyż Łukaszenka zamknął jej uniwersytet
w Mińsku. Pisząc przekopała się przez opracowania francuskie, jak i roczniki
paryskiej Kultury. Ma w małym paluszku zasady polskiej polityki wschodniej
wg Jerzego Giedroycia i doskonale rozumie, że bezpieczeństwo Polski, jak i tej
części świata zależy od wyrwania z moskiewskiej orbity ostatniego składnika
BUL-u, czyli Białorusi.
Oboje z Katią wiemy jednak, że nie jest to takie łatwe. Katia mieszkała w Mińsku
lat osiemnaście, ja spędziłem w Białymstoku lat osiem. W trakcie długich naszych
rozmów na temat jej pracy dochodziliśmy często do wniosku, że powtórzenie w
państwie Łukaszenki ukraińskiej pomarańczowej rewolucji, a tym bardziej rewolucji
Solidarności udać się nie może. Zwyczajnie i po prostu z powodu politycznej
inercji, jaka tam panuje. Aby ruszyć z posad, a raczej z błot i moczarów poleskich
bryłę białoruskiego społeczeństwa, trzeba lat pracy organicznej, wyrzeczeń i
cierpliwości. Mińsk dyndający na pasku Moskwy to nie tylko dyktator i jego świta,
milicja w komicznych czapkach i beznadziejna głupota aparatu. To nie tylko zastraszone
i zacofane społeczeństwo, ale także społeczeństwo przekonane o swej bezpodmiotowości,
niewierzące we własne siły, historycznie uzależnione od rosyjskich dostaw i
rosyjskiej dominacji, ciążące ku Moskwie i kochające w skrytości ducha niedźwiedzia-tyrana.
Promoskiewskie nastroje wyczuwalne są także w Białymstoku, pośród sporej części
mniejszości białoruskiej. Żyją tam jeszcze ludzie, którzy wojażowali swego czasu
do Mińska z petycjami w sprawie przyłączenia Białostocczyzny do Białoruskiej
SSR. Nacjonaliści białoruscy nie kryją się z wrogością do "Polski-prostytutki",
Ameryki i Unii Europejskiej. Wypowiedzi tej treści emituje rosyjska telewizja.
Białorusini, poniewierani kiedyś przez panów rosyjskich i polskich, wolą dzisiaj
panów rosyjskich. Powie ktoś, że to propaganda promoskiewska Łukaszenki, i będzie
miał rację, ale tylko częściową. Bezpośrednie rozmowy w białoruskich domach
pokazują prawdziwe nastroje. Nie są to nastroje ani propolskie, ani proamerykańskie.
Nie ma w nich także myślenia o Białorusi jako państwie europejskim, demokratycznym
i wolnym. Mieszkając w Białymstoku słyszałem często ponurą tezę, że Białorusini
nie chcą wolności, bo nie wiedzieliby, co z nią zrobić.
To jedna strona medalu. Druga jest taka, że przykład Polski, Litwy, jak i ostatnio
Ukrainy zaczął w Mińsku pączkować nastrojami wolnościowymi, że szykuje się tam
przewrót i że Moskwa robi wszystko, co w jej mocy, by utrzymać strategiczny
przyczółek na granicy z demokratyczną Polską. KGB-iści nie mogli więc nic innego
wymyślić, jak konflikt z Polakami. Pokazują dziś światu, że krnąbrni Polacy
buntują się w Grodnie przeciw prawowitej władzy państwowej, a w Warszawie dopuszczają
się otwartej, antyrosyjskiej prowokacji, bijąc biedne dzieci rosyjskich dyplomatów.
Prezydent wielkiej Rosji występuje w państwowej telewizji i domaga się od Polski
oficjalnych przeprosin, tak jakby chodziło o zestrzelenie jego samolotu, a nie
bijatykę nastolatków. Wszystko po to, by wyprzeć z pierwszych stron gazet wiadomości
o prześladowaniach Związku Polaków na Białorusi, aresztowaniach dziennikarzy,
szykanach i zwykłej, barbarzyńskiej hucpie podlanej gęstym sosem polonofobii.
Dorota Masłowska może mieć cierpką satysfakcję: tytuł jej powieści Wojna
polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną nabiera dziś znaczenia symbolu. W
sytuację nabrzmiewającego konfliktu z Moskwą wpisuje się także niechcący Roman
Polański ze swym musicalem, realizowanym obecnie w Warszawie na podstawie jego
filmu Nieustraszeni pogromcy wampirów. Po pierwsze, dresiarska mentalność
rządzi w polityce na linii Moskwa-Mińsk-Warszawa. Po drugie tytuł Masłowskiej
streszcza istotę tego rosyjskiego mieszania w tyglu Europy, wymaga jedynie niewielkiej
korekty: Wojna polsko-ruska pod flagą białoruską. Po trzecie tytuł filmu
Polańskiego dopisuje celną charakterystykę głównych postaci konfliktu - dzielnych
prezydentów z Mińska i Moskwy.
Nie chcę przyklejać prezydentom Rosji ani Białorusi wampirzych kłów, ich propaganda
robi to najlepiej. Wiem jednak, że BUL w okolicy kości ogonowej Rosji nie skończy
się, dopóki Białoruś będzie narzędziem polityki Kremla, tęskniącego dziś za
wielkim Związkiem Sowieckim. A Białoruś będzie tak długo biednym, zacofanym
krajem, trzymanym krótko przez komiczny reżim marionetki na sznurkach pociąganych
z Moskwy, jak długo polityka europejska kończyć się będzie na Bugu oraz w połowie
Puszczy Białowieskiej. Pełnej żubrów, wilków, jeleni - i wampirów, ma się rozumieć.
|
|