RENATA GORCZYŃSKA
W rocznicę śmierci poety
Paryże
Czesława Miłosza
W jednym z wywiadów poświęconych swojej biografii Czesław Miłosz
powiedział, że jego młodość ukształtowały dwa miasta: Wilno
i Paryż. Spróbujmy odtworzyć jego pierwsze kroki w Mieście Świateł.
W tym celu należy się cofnąć w czasie do wczesnego lata 1931 roku.
Trzej przyjaciele, studenci Uniwersytetu Wileńskiego: Miłosz, lat 20 oraz
Robespierre (Stefan Jędrychowski) i Słoń (Stefan Zagórski), aktywiści
Klubu Włóczęgów, wyruszają na wyprawę kolejowo-kajakową do Europy
Zachodniej, której ostatnim punktem podróży ma być Paryż. Należą
do licznego grona "młodych barbarzyńców w podróży" opisanych w wierszu
Rue Descartes powstałym pół wieku później. Gdy ich kanadyjka
rozbiła się w rwącym nurcie Renu gdzieś w południowych Niemczech,
a dokumenty utonęły, trójka Włóczęgów przeszła pieszo przez
Alpy bawarskie, z licznymi przygodami znalazła się w Szwajcarii i z nowymi
paszportami dotarła w końcu do stolicy Francji. Wyczerpani, brudni, prawie
bez grosza, znaleźli się na dworcu Saint-Lazare. "Obraz Paryża istnieje
jako wspólna własność kulturalna; to jest mit, jaki przenika drogą
osmozy - wspominał Miłosz 68 lat później, w rozmowie ze mną zamieszczonej
w zbiorze Portrety paryskie. - Toteż przyjechanie do Paryża o
świcie - w lipcu 1931 roku - było jednocześnie i czymś niezwykłym,
i potwierdzeniem mitologicznych obrazów. Szliśmy wtedy od Saint-Lazare do
śródmieścia, w dali majaczyła perspektywa Tuilleries, a na ławce siedziała
całująca się para. Dla mnie to było nieprawdopodobne przeżycie,
jedno z najsilniejszych: letni świt w Paryżu".
W Rodzinnej Europie, swej biografii intelektualnej powstałej we Francji
w połowie lat 50., poeta odtwarza tamte wrażenia zmysłowe - odgłosy
i zapachy miasta widzianego po raz pierwszy na własne oczy: "Był letni ranek,
czwarta czy piąta godzina. Powietrze jak emalia w środku muszli, mieniąca
się różowość i szarość. Paryż wciągaliśmy rozszerzonymi
nozdrzami, przecinając go pieszo od północy, ukosem ku Sekwanie. Mokre
kwiaty, warzywa, kawa, wilgotny asfalt, zmieszane ze sobą zapachy nocy i dnia.
Szerokie chodniki zamienione na targowiska dawały nam rozkosze zanurzenia
się w żywioł ludzki, w jego barwę, ruch, wymianę spojrzeń i znaków.
Traciliśmy rachunek ulic, zapominaliśmy o swoim istnieniu, ciało służyło
nam tylko za aparat rejestrujący, obietnica była bezgraniczna, obietnica
życia".
Ten pierwszy obraz Paryża utrwalony w pamięci i w zmysłach młodego
poety jest zaskakująco podobny do obrazu zapisanego prawie pół wieku później
w wierszu O świcie ze zbioru Nieobjęta ziemia. Zachwyt paryskim
porankiem zdaje się być taki sam, choć jest to już przecież miasto
dobrze znane staremu poecie i przezeń oswojone:
O, jakże trwale. O, jak potrzebujemy trwałości.
Światłem nasyca się niebo przed wschodem słońca.
Lekko różowieją gmachy, mosty i Sekwana.
(...)
Rzeczywista jest dla mnie tylko ta chwila o świcie.
Żywoty, które minęły, są niepewne jak ja dawny.
Zaklęcie
rzucam na miasto, prosząc żeby trwało.
"Najdziwniejsze dla mnie dzisiaj w Paryżu jest to, że ciągłe jest"
- zanotował Miłosz w Rodzinnej Europie, dodając, że ten stale
odradzający się związek zabytków, "starych kamieni", z ciągłym następstwem
pokoleń, z kolejnymi "potokami oczu", jest pragnieniem czegoś więcej niż
miłosnej przygody. Raczej próbą dotarcia do istoty rzeczy, co niekiedy
przemienia się w miłość.
Tamtego lata 1931 r. Miłosz spędził w Paryżu kilka tygodni. On i
jego towarzysze podróży korzystali na ogół z noclegowni Armii Zbawienia
przy rue GlaciŹre, gdzie otrzymanie darmowej kolacji wymagało śpiewania
psalmów. Jedną z wielu atrakcji turystycznych sezonu była wtedy Wystawa
Kolonialna, na którą sprowadzono z Azji i z Afryki "dzikich" i prezentowano
ich na tle prymitywnych chat. Miłosz nie krył obrzydzenia tym pokazem władzy
nad ludźmi. W podparyskim miasteczku fabrycznym Levallois-Perret odwiedził
polskich robotników, głównie bezrobotnych w latach rosnącego kryzysu
gospodarczego. Napisał z tej okazji wiersz Pieśń Levallois, ubolewając
nad ich losem. Zaglądał też do dzielnicy polskich emigrantów, Saint-Paul,
gdzie również panowała bieda.
Prócz zaspokajania nienasyconych oczu widokami miasta najważniejszym
wydarzeniem dla Czesław Miłosza w Paryżu tamtego lata było spotkanie
z Oskarem Miłoszem, jego odległym krewnym, hermetycznym poetą i mistykiem
piszącym po francusku. Wychowany od dziecka i wykształcony we Francji Oskar
Miłosz, jedyny syn zamożnego ziemianina z Wielkiego Księstwa Litewskiego,
stracił cały majątek w wyniku wojny i rewolucji sowieckiej, a po 1918
r. przez wiele lat był litewskim dyplomatą w Paryżu. Latem wynosił
się z miasta do Fontainebleau i zajmował apartament w miejscowym hotelu,
żyjąc w otoczeniu dziesiątków egzotycznych ptaków. I tam zaprosił
kuzyna, wysyłając mu najpierw nieco gotówki, żeby młody barbarzyńca
kupił sobie odpowiednie ubranie, bowiem dwudziestolatek chodził po Paryżu
w szortach i koszuli.
I właśnie w Fontainableau, letniej siedzibie królewskiej, adept poznał
mistrza. Pół wieku później, po otrzymaniu literackiej Nagrody Nobla,
Czesław Miłosz nie krył, że pozostaje pod wielkim wpływem odrębności
intelektualnej starego myśliciela i poety, obiecując sobie, że rozsławi
jego dzieło w świecie. Jeszcze przed Noblem przełożył na angielski
Ars Magna, kluczowy poemat Oskara Miłosza - najpierw na angielski,
później na polski. Obie wersje ukazały się w latach 80.
Przyjaźń obu poetów zadzierzgnęła się w czasie drugiego paryskiego
pobytu Czesława Miłosza, który tym razem spędził tam blisko rok, od
jesieni 1934 do lata 1935 r., dzięki polskiemu stypendium państwowemu udzielanemu
obiecującym uczonym i artystom. Wówczas młody Miłosz miał już
za sobą debiut książkowy - cienki tomik Poemat o czasie zastygłym,
od którego się później odżegnywał, za swój właściwy debiut
uważając brawurowe Trzy zimy, ogłoszone w 1936 r. Część
wierszy z tego zbioru powstała właśnie w Paryżu. Z Trzech zim
Oskar Miłosz wybrał wiersz Pieśń i przełożył go na francuski,
a następnie ogłosił drukiem w piśmie Cahiers du Sud, z którym
współpracował. Tak więc jako poeta Czesław Miłosz zaistniał we
Francji w 1938 r. Jednakże przez całe lata emigracji francuskiej, już
po wojnie, był kojarzony przez Francuzów jako eseista, głównie autor
Zniewolonego umysłu. I do dziś odzew na jego poezję pozostał
nieznaczny.
Tamten paryski rok w połowie lat 30. był bez wątpienia kluczowy w doświadczeniach
intelektualnych młodego Miłosza. Dzięki Oskarowi Miłoszowi poeta poznał
szereg ważnych postaci świata literackiego i poszerzył horyzonty myślowe.
W tym okresie przeżywał duchowe i światopoglądowe rozdarcia, pociągały
go zarazem ideały socjalistyczne i metafizyka. Rozpaczy nad porządkiem świata
i litości wobec nieuprzywilejowanych towarzyszyła chęć izolacji od społeczeństwa
i poświęcenie się sztuce. W jednym z wywiadów ze mną Miłosz napomknął,
że w owym czasie pasjonował się postacią Paula Valéry'ego,
poety piszącego poezję czystą, oddaloną od natrętnej rzeczywistości.
Wspomniał, że wybrał się na jeden z odczytów paryskich Valéry'ego,
a wiele lat później napisał wiersz poświęcony tamtemu wydarzeniu
(o ile mi wiadomo, niepublikowany), w którym przeciwstawił okrucieństwo
nadciągającej wojny wywodom francuskiego poety na temat piękna. Na koniec
czytelnik tego wiersza otrzymuje niejasne przesłanie, co w poezji jest ważniejsze
- empatia czy sztuka czysta.
Rok spędzony przez Miłosza w Paryżu zaowocował też sporą liczbą
wierszy poetów francuskich przełożonych na polski, w tym piękny Balkon
Baudelaire'a. Odkrycia młodego Miłosza dotyczyły też malarstwa. W
Luwrze poeta po raz pierwszy zetknął się z obrazami Georges'a De La Toura.
Claude'a Lorraina, Corota. Wiele lat potem ich dzieła stały się inspiracją
dla licznych jego wierszy. Zdumiał go van Gogh. Wspominał z pewnym zażenowaniem,
że krzyknął wtedy przed jego obrazem: "Tak nie wolno malować nieba!".
W czasie paryskiego roku Miłosz mieszkał pod różnymi adresami, w
tym także w hoteliku dla polskich stypendystów przy rue Lamandé.
Wspominam o tym z konkretnego powodu, bo tam, pierwszego stycznia 1935 r., napisał
wizjonerski wiersz Hymn, ogłoszony następnie w zbiorku Trzy zimy.
Wynajmował też pokój w tanim hoteliku przy rue de Valette, prowadzonym
przez Mulatkę z Martyniki lubiącą pensjonariuszy-artystów z zagranicy.
Należała do nich malarka rosyjska Nadia Chodasiewicz, przyszła żona
Fernanda Légera, zatwardziała bolszewiczka. Z tego pensjonatu Miłosz
chodził pieszo do Alliance Franćaise na najwyższy kurs francuskiego,
zakończony dyplomem uprawniającym do nauczania tego języka (ta systematyczna
nauka okazała się zbawienna dla przyszłego emigranta). Trasa na zajęcia
wiodła przez Ogród Luksemburski, przetransponowany w wyobraźni poety
w tło wiersza Bramy Arsenału, napisanego w Paryżu w 1935 r.,
otwierającego zbiór Trzy zimy.
W świadomości poetyckiej Miłosza pewne wiersze powstawały całymi
latami wokół zalążka, którym było jakieś zdarzenie, błysk
wizji, zapamiętany obraz. Taka jest również geneza jego Rue Descartes.
W rozmowie ze mną, zamieszczonej w Portretach paryskich, poeta opowiada:
"Na wiosnę 1935 roku nie mieszkałem już w tym pension przy rue
Valette, lecz w małym hoteliku przy rue Descartes. Średniowieczny zaułek,
choć hoteliku już nie ma - dlatego ten tytuł. Stamtąd schodziło
się stromą uliczką do Sekwany. To jest wiersz-wspomnienie, kiedy rzeczywistość
jest już przedestylowana, bo należy do przeszłości. Jestem tu prawie
duchem, odwiedzam Paryż, który występuje tutaj jako miasto minione".
Wiersz ten powstał latem 1980 roku, tuż po kolejnej wizycie Miłosza
w Paryżu, zresztą bardzo dla niego bolesnej, bo wiążącej się
z nagłą śmiercią księdza Józefa Sadzika, szefa paryskiego ośrodka
pallotynów i oddanego przyjaciela poety.
Tymczasem zgodnie ze swoją naturą zachowywało się miasto,
Gardłowym śmiechem odzywając się w ciemności,
Wypiekając długie chleby i w gliniane dzbanki nalewając wino,
Ryby, cytryny i czosnek kupując na targach,
Obojętne na honor i hańbę, wielkość i chwałę,
Ponieważ to wszystko już było i zmieniło się
W pomniki przedstawiające nie wiadomo kogo,
W ledwie słyszalne arie albo zwroty mowy.
Znowu opieram łokcie o szorstki granit nabrzeża,
Jakbym wrócił z wędrówki po krajach podziemnych
I nagle zobaczył w świetle kręcące się koło sezonów
Tam, gdzie upadły imperia, a ci co żyli, umarli.
I
nie ma już tu i nigdzie stolicy świata.
Wróćmy jednak do innego odjazdu z Paryża, latem 1935 r. W cytowanej
wcześniej rozmowie Miłosz wspomina: "Wracałem do Wilna jak na ścięcie,
jako katastrofista z wizjami kosmicznej zagłady. Bardzo mocno zapamiętałem
rozstanie z Oskarem Miłoszem na stacji metra Opera, kiedy powiedział mi,
że przeżyję tę wojnę". Było to ostatnie spotkanie obu poetów,
bo Oskar Miłosz zmarł przed jej wybuchem, wiosną 1939 r.
Następnym razem Czesław Miłosz odwiedził na krótko Paryż w 1949
r., wówczas na stanowisku dyplomaty, w drodze ze Stanów Zjednoczonych do
Polski. Terror polityczny w Europie Wschodniej wzmagał się, jego lęk rósł.
Z perspektywy Waszyngtonu Paryż wydał się poecie cichy i prowincjonalny.
Nostalgiczny związek z miastem młodości konkurował w jego świadomości
z przeświadczeniem, że rola Paryża jako stolicy świata już się
kończy. W czasie tej wizyty ambasador Jerzy Putrament, bliski kolega Miłosza
z czasów szkolnych i studenckich, począł go kusić, żeby objął
stanowisko pierwszego sekretarza ambasady w Paryżu. Poeta dał się przekonać,
licząc, że w ten sposób, jak to ujął, przeczeka rządy Stalina.
Jego transfer, związany z licznymi trudnościami i odebraniem na jakiś
czas paszportu dyplomatycznego, nastąpił pod koniec 1950 r. 1 lutego następnego
roku Miłosz nie pojawił się w ambasadzie PRL i zwrócił się do władz
francuskich o azyl polityczny. Uczynił tak, mówiąc jego słowami, "wskutek
oburzenia moralnego i poczucia sumienia". Gościnę i pomoc finansową azylantowi
zapewnił Jerzy Giedroyc i najbliższe jego otoczenie. Miłosz wprowadził
się do domu Kultury w Maisons-Laffitte, praktycznie unikając wszelkich
kontaktów ze światem zewnętrznym. Obawiał się nawet porwania w odwecie
za ucieczkę z placówki. Publicznie pokazał się dopiero w maju 1951 r.
na zwołanej ad hoc konferencji prasowej w lokalu francuskiego pisma
Preuves, z którym podjął współpracę.
Ta decyzja drogo go kosztowała i w sensie osobistym, i twórczym. Przez
blisko trzy lata Miłosz przebywał w przymusowej separacji z żoną i
synami, którzy pozostali w USA, licząc na jego przyjazd. Amerykanie jednak
nie chcieli udzielić mu wizy, głównie z uwagi na donosy pochodzące z
ośrodków emigracyjnych, oskarżające go o wszelkie grzechy, w tym kryptokomunizm.
Tak zwana sprawa Miłosza na całe lata skłóciła ugrupowania polonijne;
zwłaszcza Londyn przodował w atakach na poetę-wygnańca. Gdyby nie pomoc
i poparcie Giedroycia, Józefa Czapskiego i małżeństwa Zygmunta i Zofii
Hertzów, Miłosz znalazłby się w totalnej próżni. W Polsce zakaz
publikacji jego dzieł trwał praktycznie aż do czasu przyznania mu Nobla,
a we Francji środowisko intelektualne owych czasów, w większości zaabsorbowane
ideami komunistycznymi i schlebiające Moskwie, traktowało go jak odszczepieńca.
Przeglądając w bibliotece Beinecke przy Yale University rękopisy Miłosza
z wczesnych lat 50., natknęłam się na stronice z notatkami do wierszy,
głównie nienapisanych. Kartki pokryte rysunkami, niedokończone linie,
pokreślone słowa. Na początku życia emigranta Miłosz stracił możność
pisania poezji.
Choć Giedroyc pragnął zrazu uczynić z Miłosza pisarza par excellence
politycznego, szybko zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z człowiekiem
oddanym przede wszystkim poezji. I nic tu nie zmienił dość znaczny rozgłos
powstałego za jego namową Zniewolonego umysłu, szybko przełożonego
na angielski i francuski. Miłosz odzyskał wreszcie głos jako poeta; przełomem
w pokonaniu milczenia utworem okazał się, przytaczając jego słowa, wiersz
Mittelbergheim, poświęcony miasteczku w Alzacji. Od swej pierwszej
powieści, Zdobycie władzy, napisanej w 1952 r. na konkurs ogłoszony
przez gildie wydawców szwajcarskich, Miłosz się dystansował.
Niemal dziesięcioletni okres emigracji francuskiej okazał się w końcu
bardzo obfity, jeśli chodzi o twórczość eseistyczną, translatorską
i poetycką. Tam powstały takie świetne dzieła, jak Dolina Issy,
Traktat poetycki, Prywatne obowiązki, przekłady pism Simone
Weil. Do tego Giedroyc stale zamawiał u niego mnóstwo tekstów i przekładów.
Przez cały okres pobytu we Francji Miłosz utrzymywał się jedynie z tego,
co napisał lub przełożył, nie był zabezpieczony żadnym etatem.
Po połączeniu z rodziną wynajął skromny domek w miejscowości Brie-Comte-Robert.
Dopiero w 1957 r. za uciułane i pożyczone od znajomych pieniądze rodzina
Miłoszów zdołała kupić niewielki dom w Montgeron. Jedynymi drobnymi
przyjemnościami poety były, mówiąc jego słowami, "paczka papierosów
i kieliszek vin ordinaire". Gdy zapytałam Miłosza, kiedy poczuł
się w Paryżu jak u siebie, odparł, że to uczucie było mu nieznane,
bo nawet de facto nigdy nie został paryżaninem. Był emigrantem
z trudem wiążącym koniec z końcem, mieszkającym pod Paryżem.
Wiersz Co znaczy, napisany w Montgeron w 1960 r., chyba dość dobrze
oddaje ówczesny stan ducha poety:
I coraz częściej z otwartymi ustami,
Z gasnącym papierosem Gauloise,
Nad szklanką czerwonego
wina,
Myślę o tym, co znaczy być tym a nie innym.
Tak samo jak miałem dwadzieścia lat.
Ale wtedy nadzieja, że będę wszystkim,
Może nawet motylem i kosem, przez zaklęcie.
Teraz widzę zapylone drogi powiatu
I miasteczko, w którym urzędnik poczty upija się co dzień
Z żalu, że jest tożsamy tylko ze sobą.
Jesienią 1960 r. poeta objął stanowisko wykładowcy literatury polskiej
na Stanowym Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Rok później otrzymał
tam tenure. Ta profesura odmieniła jego życie, dodała nowego
blasku jego poezji. Miłoszowie sprzedali dom w Montgeron, osiedli w Kalifornii.
Jednakże poetę stale ciągnęło do Paryża, gdzie działał jego
wydawca, Instytut Literacki, gdzie pozostało grono najbliższych przyjaciół
- Konstanty Jeleński, Józef Czapski, filozofka Jeanne Hersch, Jan Lebenstein.
Paryż oglądany z dala, wizytowany przez profesora uniwersytetu amerykańskiego,
odzyskał w jego oczach dawny powab, czego dowodem wiersz I świeciło
to miasto, napisany w Mieście świateł w 1963 roku:
I świeciło to miasto, którym po latach wracałem
Z twarzą zakrytą paltem, chociaż już dawno nikt nie żył
Z tych, którzy mogli pamiętać niezapłacone długi,
Hańby niewiekuiste, podłostki do przebaczenia.
I świeciło
to miasto, którym po latach wracałem.
Paryż prześwieca w wielu wierszach Miłosza, którego podmiot liryczny
przemieszcza się z jednego miejsca w inne, swobodnie krążąc w czasie
i przestrzeni. Często pojawia się w stroju z fin de siecle'u, przybierając
postać uwodzicielskiej kobiety. Jego ulice zaludniają dawno umarłe istnienia
i coraz to nowi przybysze. Ostatni z przywołanych tu motywów paryskich,
znacząco licznych w poezji Czesława Miłosza, pochodzi z tomu Nieobjęta
ziemia i przybrał formę prozopoezji zatytułowanej Haftki gorsetu:
"W wielkim mieście, na bulwarach, rano. Podnoszenie żaluzji i markiz,
spryskiwane płyt chodników, echo kroków, łaciata skóra drzew. Mój
wiek dwudziesty zaczynał się i szli, mężczyźni i kobiety, ma
się ku końcowi, i idą, nie ci sami, ale tak samo stukający obcasem czy
słupkiem pantofelka. (...) I ja, wdychający powietrze w upojeniu dlatego,
że jestem jednym z nich, w utożsamieniu ich cielesności z moją cielesnością,
a razem świadomy istnień, które mogły były nie przepaść. Ja w
ich zastępstwie, noszący inne imię, ale ich własny, ponieważ pięć
zmysłów jest wspólnie nasze, idę teraz, tu, zanim będę zastąpiony".
Zaskakująca to wspólnota doznań i nawet bliskość środków wyrazu
u młodego i starego poety w zetknięciu z odwieczną ulicą paryską.
To ciągle miasto zmysłów.
"Czego nauczył pana Paryż przez te wszystkie lata?" - zapytałam Miłosza,
gdy już przeniósł się do Krakowa. "Zdaje mi się, że nauczył
mnie patrzenia - padła odpowiedź. - Patrzenia na widowisko ludzkie jako
na godne ´widzę i opisujęª. A w Paryżu każdy odcinek ulicy
to radość dla oczu. Ciągle pracuje wyobraźnia, która podsuwa historie
o przechodniach, myślenie o biografiach tych ludzi".
Na pytanie, jaka ulica mogłaby służyć za tło jego portretu paryskiego,
odparł: "Jedna z uliczek Dzielnicy Łacińskiej. Przypuszczalnie rue Descartes".
------------------------
Powyższy tekst został wygłoszony po angielsku
przez autorkę w Paryżu podczas uroczystego wieczoru "Hommage
a` Czeslaw Milosz" 2 czerwca br. w sali UNESCO. Jego inicjatorem
był przyjaciel poety, profesor fizyki Lucjan Śniadower, a
współorganizatorami - American University in Paris i Ambasada
RP w Paryżu.
|