Przyzwoitość
była miarą
Z Władysławem Frasyniukiem, jednym z przywódców strajku
Sierpnia '80 we Wrocławiu, rozmawia Elżbieta Sitek
Władysław
Frasyniuk urodził się we Wrocławiu, z tym miastem
związana jest też jego działalność w NSZZ "Solidarność":
w latach 1981-90 - przewodniczący Zarządu Regionu
Dolny ląsk; 1982-86 - więzień polityczny; w latach
80. członek krajowych władz NSZZ "Solidarność". Po
latach, obok Bogdana Borusewicza i Zbigniewa Bujaka,
nazwano go "natchnieniem i symbolem podziemnej ´Solidarnościª,
strażnikiem pamięci tamtych wyjątkowych czasów". Uczestnik
obrad okrągłego stołu; lata 90. to przede wszystkim
działalność polityczna w Ruchu Obywatelskim Akcji
Demokratycznej, Unii Demokratycznej, Unii Wolności,
której przewodniczącym został w 2001 roku; obecnie
w Partii Demokratycznej; poseł na Sejm RP w I, II
i III kadencji. Ma czworo dzieci i wnuczkę Wiktorię,
lubi gotować, pasjonuje go jazda na rowerze i boks;
działa społecznie jako prezes Stowarzyszenia na rzecz
Dzieci.
|
Elżbieta Sitek: - "W dniach 26.08 - 1.09 1980 roku Międzyzakładowy
Komitet Strajkowy kierował stąd akcją robotniczego protestu na Dolnym
ląsku" - taki napis widnieje na tablicy pamiątkowej obok bramy wjazdowej
do zajezdni tramwajowej przy ul. Grabiszyńskiej we Wrocławiu. Kiedy był
Pan tam ostatnio?
Władysław Frasyniuk: - Nie tak dawno. Często przejeżdżam
Grabiszyńską. Mieszkałem na Fabrycznej (południowa dzielnica Wrocławia),
na ul. Żelaznej, więc w sposób naturalny znam tę zajezdnię.
Lubię tę tablicę, ale lubię ją we wszystkie dni poza 31 sierpnia.
Ile razy przejeżdżam, to zwalniam i przyglądam się tablicy, ma ona
chyba wielu takich samych miłośników jak ja, bo bardzo często
są tam kwiaty, nie tylko w dniu święta. To znaczy, że przychodzą
ludzie, cisi bohaterowie tamtych czasów. Oni nie potrzebują tłoku. Ta
tablica jest takim miejscem anegdotycznym, bo przypomina nam nas samych, ale
i Wrocław - piękny, wspaniały, który tak naprawdę stał się polski
w sierpniu 1980 roku i wrocławianie stali się wrocławianami w sierpniu
1980 roku, a Dolnoślązacy - Dolnoślązakami. Poczuliśmy, że jesteśmy
u siebie. Odtworzony został historyczny region; przestały istnieć "ziemie
odzyskane", na których osiedlali się nasi rodzice przyjeżdżając
po wojnie z różnych stron Europy. Dziwię się nawet, że żaden
z historyków czy socjologów nie zajął się tym fenomenem.
Kiedy patrzę na tę tablicę, to zawsze widzę ciepłe lato, tłumy
w środku i pod bramą; widzę bezinteresownych ludzi, którzy podjeżdżają
samochodami, zatrzymują się i podwożą wrocławian tam gdzie chcą.
Widzę przyzwoitość, radość i entuzjazm, czuję pozytywną energię,
otwartość - ten fenomen, który nigdy się nie powtórzył, mimo że
w 1989 roku odzyskaliśmy wolność i wtedy powinien być wybuch radości,
a tak się nie stało.
- więtujemy 25. rocznicę wydarzeń sierpniowych. Strajk w Gdańsku
rozpoczął się 14 sierpnia, we Wrocławiu 26 - czekaliście 12 dni...
- Wszyscy uczymy się historii powoli. Dopiero w tym roku uświadomiłem
sobie, jak ważne było to, co zdarzyło się jeszcze w lipcu w Lublinie.
To był pierwszy protest i to szło... żeby użyć takiej metafory,
"to szło gdzieś po torach", coś się działo, ludzie nadstawiali ucha.
Później przyszedł Gdańsk. Pamiętam siebie z tamtych lat. Nie należałem
do ludzi mało zarabiających, którzy mogli narzekać na system. W przedsiębiorstwach
komunikacji miejskiej kierowców z I kategorią i średnim wykształceniem
było trzech, czterech; proponowano nam lepsze stanowiska, na przykład brygadzistów,
ale ja ciągle szukałem nowocześniejszego miejsca pracy. Moim marzeniem
było jeżdżenie w międzynarodowych przewozach. Podczas strajku nagle
uświadomiliśmy sobie, że wszyscy, którzy przychodzą, mówią:
pieniądze. My myśleliśmy w innych kategoriach: nam potrzebna była lepsza
organizacja pracy, lepsi ludzie. Byliśmy świadomi, że jeśli ktoś
lepiej zorganizuje pracę, to więcej zarobimy - a to, co nas najbardziej
martwi, to bałagan, brak gospodarza, negatywne kryteria awansu - sprawni ludzie
są spychani, a ktoś, kto nie ma zdania, kto jest łatwy do sterowania staje
się kierownikiem, organizatorem pracy. Chcieliśmy być gospodarzem we własnym
przedsiębiorstwie, nie myśleliśmy jeszcze o obalaniu ustroju komunistycznego.
Po jakimś czasie ludzie zaczęli mówić: postulaty. A my nie sformułowaliśmy
żadnych postulatów. Mówiliśmy: już jest Gdańsk, już jest
Szczecin. Baliśmy się, że jak my wejdziemy do gry, to staniemy się
elementem przedłużania się negocjacji, rozgrywania nas; zbiorowa mądrość
podpowiedziała, że Gdańsk jest dla nas wyznacznikiem żądań.
A dlaczego? Nie wiem, chyba dlatego, że tam było napisane "wolne związki
zawodowe". Żadnych innych racjonalnych powodów nie było. Kiedy dostaliśmy
informacje z Lublina - był szept, po Gdańsku - zaczęły się dyskusje
i oglądanie jeden na drugiego. W komunikacji miejskiej kilka razy były rozmowy,
jakieś zajścia. Pamiętam, jeszcze przed strajkiem, przyjechało takie
wewnętrzne ORMO - jak to nazywaliśmy - taka wewnętrzna kontrola ruchu.
2 rano. Staliśmy, były problemy z paliwem - i ja mówię: "No właśnie,
tam strajkują, powinniśmy ich wesprzeć". Ludzie przytaknęli, ale jeszcze
był lęk. Miałem wówczas 26 lat, natomiast moi starsi koledzy doświadczyli
na własnej skórze, czym jest system komunistyczny. Kiedy przyszedłem do
dyspozytorni i oddałem kartę po zmianie - jeden z tych panów powiedział:
"A to ty pyskowałeś, chodź tutaj", na co ja: "Gościu, jak coś masz
do mnie, to przyjdź tutaj". I wówczas ta ponad setka ludzi, zmęczonych
koszmarnie o 2 nad ranem, kiedy on odezwał się do mnie takim ostrym tonem...
to nie będę cytował, jak te sto gardeł wypowiedziało najbardziej proste
i zrozumiałe słowo w Polsce...
Wszyscy wiedzieliśmy, że będziemy strajkować 26 sierpnia. Dlaczego?
Sami to sobie wyznaczaliśmy i ten dzień się tak utrwalił... Ja 26 miałem
wolne i przyjechałem na zajezdnię gdzieś około 11 rano. Był strajk.
A wszystko zaczęło się w mieście. Poprosiłem teściową, żeby
mnie obudziła rano, kiedy zorientuje się, że nie jeżdżą tramwaje.
Tramwaje jeździły, więc mnie nie budziła. Kiedy wyszedłem taki
rozczarowany na balkon, zobaczyłem autobus 111 tak załadowany, że resory
były przygięte do ziemi. Uświadomiłem sobie, że o tej porze 111
jeździ pusty. Strajkują! Wybiegłem z domu i sam byłem świadkiem,
jak ludzie nakłaniają motorniczego, żeby jechał do zajezdni. Miasto
oczekiwało na strajk.
Jednym z ostatnich autobusów dojechałem do zajezdni na Krakowskiej, gdzie
wówczas pracowałem. Ludzie nie bardzo wiedzieli, co trzeba zrobić, czekali
na lidera. W pewnym momencie powiedziałem: "Panowie, komitet strajkowy trzeba
powołać"! Norbert Lesicki zapytał, kogo wybieramy. Ludzi, którzy mieli
autorytet, taki niekwestionowany wśród nas autorytet, przyzwoitych wybieramy.
Słowo "przyzwoitość" wyciągnięte gdzieś z archiwum historii. Przyzwoitość
była miarą. Jerzy Piórkowski, członek egzekutywy partii, był przyzwoitym
człowiekiem, miał dobrą opinię. Starsi nasi koledzy mówili: "Chłopaki,
Piórkowski powinien być pierwszy, bo jak nas posadzą, to będą mieć
baczenie na niego, to złagodzi wyrok". I takie były kryteria - pierwsze
to była przyzwoitość, a drugie - to strach, ludzie pamiętali jeszcze
dobrze czasy stalinowskie. Ale jak już stał się ten strajk - to miał
swoją historię, miał swoją duszę, miał swoje znaczenie polityczne.
- Dlaczego, zdaniem Pana, wrocławski strajk rozpoczęła komunikacja miejska,
a nie robotnicy z wielkich fabryk: Pafawagu, Dolmelu, Hydralu?
- Wydaje mi się, że kierowcy pracujący w komunikacji miejskiej, w PKS-ie
czy w innych przedsiębiorstwach transportowych, byli nośnikami informacji,
wiadomości "zbieraliśmy" z różnych fabryk i przedsiębiorstw. O 3
nad ranem zaczynaliśmy pracę, robotnicy wsiadali do autobusów niewyspani,
wściekli na własne żony, mężów, szefów... Ktoś chciał
pogadać, wyżalić się przed kimś anonimowym, kto nie jest zagrożeniem.
Stawaliśmy się więc mimo woli uczestnikami tego, co działo się w różnych
przedsiębiorstwach. To były informacje zasłyszane, które potem opowiadaliśmy
sobie w zajezdni. Komunikacja - to z jednej strony "nerw miasta", a z drugiej
coś takiego jak... sygnalizacja. Jak zapala się czerwone światło, to
wszyscy stoją, czytelny sygnał. Poza tym, jak mówiłem, komunizm to był
strach - więc jak robotnicy byli zamknięci w Pafawagu, to tak jakby byli
odcięci od świata. Ale jak nie podjeżdżają autobusy, to znaczy,
że coś się dzieje, a jak się dzieje, to może przełamiemy strach
i dołączymy do wszystkich. Zresztą komunikacja odgrywała ważną
rolę w protestach w różnych miastach, nawet taką trochę niezasłużoną
- my nie byliśmy robotnikami, bo to instytucja nie produkcyjna tylko usługowa,
a przecież to jednak robotnicy byli symbolem protestu w tamtych czasach.
- Jerzy Piórkowski stanął na czele Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego
we Wrocławiu, a Pan był rzecznikiem prasowym; to Pan organizował konferencje
prasowe, wiem również, że bardzo zależało Panu, żeby obecna
była telewizja, żeby pokazywała to, co się dzieje. Do czego potrzebne
było wsparcie dziennikarzy?
- Na początku skład komitetów strajkowych był dziełem przypadku.
Ja też przypadkiem zostałem oddelegowany z mojej zajezdni przy ul. Krakowskiej
do komitetu strajkowego. Uznano, że jestem młody, szybki, sprawny, wygadany.
Na Grabiszyńskiej zbierałem swoich rówieśników, ludzi z rocznika '54
i w sposób naturalny stałem się liderem. Pamiętam, przyszła też
wtedy młodzież akademicka z SKS KOR. Oni robili dla nas wszystko, byli
naszymi doradcami, redaktorami gazetek, drukarzami. Często musiałem bronić
tych młodych ludzi. Służba Bezpieczeństwa mówiła nam: pamiętajcie,
tylko nie KOR-owcy, bo władza wszystko wytrzyma, ale jak wejdziecie w politykę...
To był taki nieustanny strach. Ale to budziło również ciekawość
- i między innymi z mojej inicjatywy i Andrzeja Pawlika zorganizowaliśmy
pierwszą Wszechnicę Związkową. W autobusach działacze opozycyjni tłumaczyli
nam, co to jest KOR, co to jest KPN - to były pojęcia nam do tej pory zupełnie
nieznane. Pamiętam, że w środku siedzieli tylko ludzie młodzi, a starsi
byli poza autobusem i nadstawiali ucha, bo chcieli słyszeć, ale cały czas
mieli "z tyłu głowy", że KOR znaczy więzienie, znaczy polityka.
A jak przyszli dziennikarze, pojawiło się pytanie, kto ma z nimi współpracować.
Pamiętaliśmy, że słowo pisane u towarzyszy radzieckich było najważniejsze,
miało swoją tradycję jeszcze z czasów stalinowskich, słowo pisane
miało niezwykłą siłę. Wtedy moi starsi koledzy szybko powiedzieli:
Władek, ty jesteś taki wygadany... Pokazywanie się w mediach to nie było
tak, jak jest teraz, tylko stanowiło ryzyko. Pokazał swoją twarz - naraził
się. Szybko zauważyłem, że to się zmieniło. Sygnałem dla mnie
była życzliwość dziennikarzy i ich chęć przedstawiania tego, co
dzieje się na Dolnym ląsku. Każda wiadomość o tym w telewizji
wrocławskiej zwiększała także nasze bezpieczeństwo. A dla mniejszych
przedsiębiorstw spoza Wrocławia to był też sygnał: może dołączymy,
możemy też zdobyć się na odwagę...
Dziennikarze uśmiechali się patrząc na moją pracę, porównywali
mnie z profesjonalnymi rzecznikami. Ja po prostu chodziłem na piechotę od
redakcji do redakcji, nosiłem komunikaty, rozmawiałem. Potem się okazało,
że tę sierpniową rewolucję zrobiło młode pokolenie, które nie
wiedziało, czym był stalinizm, nie miało pokory wobec aparatu bezpieczeństwa,
nie miało żadnych negatywnych doświadczeń. Miało świadomość,
że trzeba iść tylko do przodu. Nie rozumieliśmy, czego ludzie się
boją. To było takie myślenie mało polityczne, ale młodość łamie
wszelkie bariery, bo ma więcej do zyskania. Moja mama, ciężko doświadczona
podczas II wojny światowej, zawsze się bała. Kiedy przyszedłem do domu
i powiedziałem ojcu, że jestem w komitecie strajkowym - wszyscy zastanawiali
się, jak to powiedzieć matce. Ku mojemu zaskoczeniu mama zachowała się
racjonalnie. Powiedziała: "Są takie momenty, kiedy trzeba się przyzwoicie
zachować". Mój ojciec o mało nie padł, jak usłyszał swoją żonę,
bo chyba po ponaddwudziestu latach małżeństwa pierwszy raz usłyszał
takie zdanie i tak radykalnie, zdecydowanie wypowiedziane.
- Mimo wszystko jakieś lęki wam towarzyszyły, ale towarzyszyły również
nadzieje.
- Te lęki były różnie stopniowane. To były lęki starszego pokolenia.
Poważne. Robotnicy pamiętali 70 i 76 rok. Oni tego dotykali, moje pokolenie
- nie. Polityka jest zakazana, polityka jest dla wybranych. Nie zapomnę tych
dyskusji, czy wpuszczać korowców, czy nie. To był strach pokoleniowy,
o utratę pracy, wilczy bilet... Drugi strach - prowokacja. To dotykało głównie
mojego pokolenia. To my organizowaliśmy Robotnicze Służby Porządkowe,
co jakiś czas mieliśmy do czynienia z różnymi dziwnymi osobami. Nigdy
nie wyjaśnimy, czy to były próby prowokacji, czy przypadkowi ludzie. I
strach o kompromitację, ale ten nam pomógł - zniknęła wódka. Trzeba
sobie powiedzieć: wódka w czasach komunistycznych była taką "fajką
pokoju", nawet jak nie piłeś, to kiedyś musiałeś to zrobić, bo mogłeś
być potraktowany jako donosiciel. Wódka zniknęła, nawet piwo - to była
obawa przed kompromitacją, że coś może się wydarzyć, że
to będzie powód, żeby nas ośmieszyć. To był strach, który związany
był z potrzebą przyzwoitości. A czy był strach, co będzie jak nie
podpiszą porozumień? Nie pamiętam. Wydawało mi się, że to jest
tak oczywiste: jak się nie zgodzą teraz, to zaczną strajkować inne miasta.
Byłem zdumiony codziennymi meldunkami. Komitet Strajkowy to było takie miejsce,
gdzie zgłaszały się kolejne zakłady pracy, rosły liczby - już
jest setka, a zgłaszają się inne! Wydawało się, że to już
jest inna Polska.
Było oczywiste, że my czekamy tylko na pozytywny komunikat z Gdańska.
Czekaliśmy nie na komunikat w dzienniku telewizyjnym, tylko na naszych wysłanników.
W pewnym momencie poszła plotka, że jak nie rozpoczniemy pracy, to 1 września
wejdzie milicja i nas spacyfikuje, bo potraktują strajk jako proniemiecką
manifestację. To było zupełnie irracjonalne, ale jak przyjechali nasi
koledzy - była chyba 3 nad ranem - i powiedzieli, że jest w porządku,
widzieli, dotknęli, jest podpisane, to kierowcy biegli, ja sam biegłem do
autobusów, żeby o 6 rano wyjechać. Nawet nasi dyrektorzy mówili, żeby
odpocząć, odespać, wiadomo, że praca się zacznie... Pierwsze autobusy
rozwoziły z zajezdni przedstawicieli zakładów pracy i ruszały na trasy.
Ja też wskoczyłem do autobusu i stamtąd wyciągnął mnie Olek Labuda,
który stał z Andrzejem Sałtykiem i Tomkiem Surowcem, i mówi: "Chłopaki,
coście zwariowali?". Olek Labuda, zawsze niezwykle spokojny, chyba po raz
pierwszy przeklął: "K... mać, jest Związek, kto to ma robić?". Popatrzyłem
na niego i mówię: "Jaki Związek, przecież ja się kompletnie na tym
nie znam". To pokazuje, jak bardzo spontaniczne było nasze działanie.
A jak się tworzyła Solidarność, to jest odrębna opowieść.
Dokończenie
za tydzień
|