[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 26 sierpnia 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Chamo
sovieticus

Tak się składa, że najważniejsze chwile w życiu mego pokolenia spędzam w Bieszczadach - jakbym uciekał w te góry przed wyrokami historii. Tymczasem to historia i Bieszczady wykonały kilka wyroków na mojej rodzinie. Ciągnie mnie tam jak przestępcę na miejsce zbrodni, choć to nie ja jestem zbrodniarzem. A może podświadomie wracam, jak pies do budy, do matecznika, gdy zanosi się na burzę? Tak było w sierpniu 1968 r., w grudniu 1970 r. i w sierpniu 1980 r. Teraz znowu tu jestem i aż wstrzymuję oddech, gdy mijamy Patryję pod Jabłonkami, gdzie zginął "generał Walter", co upamiętnia szpetny pomnik. Od Durnej już nie strzelają, co najwyżej wyskoczy zza rogu jakiś dureń uzbrojony w rozpędzonego opla i rozjedzie kolejne dziecko.

Tymczasem jedziemy bezpiecznie fiatem, kierowanym przez Jolę Buziewicz - "milusianą przydaśkę" w nazewnictwie jej męża, doktora Marka Wilka. "Przydaśka" gromadzi wszystko, co może się przydać, ma więc przy sobie cztery nagrobne znicze, jakie zapalimy wkrótce na bieszczadzkim szczycie. Zza zakrętu pod Ryczywołem, niedaleko "Cienia PRL-u", wybiegło na drogę stado ryczących buhajów, jakby żywcem wyjęte z legendy bieszczadzkich kowbojów. "Cień PRL-u" to zajazd między Cisną i Wetliną, z czerwoną flagą i restauracją o nazwie "Ostatnia deska ratunku", gdzie o chwilę zadumy proszą ze ścian portrety Gomułki i Cyrankiewicza. Jest niedziela, 21 sierpnia, i jest nad czym dumać w rocznicę "pomocy", jakiej udzielił PRL "bratniej Czechosłowacji".

O inwazji dowiedziałem się na Połoninie Wetlińskiej z Radia Wolna Europa, słyszanego tam prawie bez zakłóceń. Teraz idziemy na Kremenaros, gdzie spotykają się trzy granice: Polski, Słowacji i Ukrainy. Z połonin Wielkiej Rawki widać naraz trzy kraje i jest to widok zapierający dech w piersiach. Ludzie, którzy wysłali czołgi na drugą stronę granicy, zapewne nigdy nie nasycili oczu "najpiękniejszym widokiem świata" - jak twierdzi Jola, rozkochana w tych stronach. A już na pewno nie był na Wielkiej Rawce generał Jaruzelski, bo nie mógłby dziś przepraszać Czechów za tłumienie Praskiej Wiosny; skończyłby na udar mózgu lub zawał po ujrzeniu piękna ziemi, którą kazał przeorać gąsienicami. Ojciec stanu wojennego stale utrzymuje w wywiadach, że jest człowiekiem wrażliwym na piękno, że o ludzkiej krzywdzie nie wspomnę.

Nie będę też przypominał, co ten żywy cień PRL-u mówił o Czechach w pamiętnym Sierpniu '68. Wiemy wszyscy, co zrobił nasz największy (rangą) homo sovieticus, usłużnie wykonując rozkazy Moskwy. Gdyby odmówił, zostałby bohaterem narodowym i Czechów, i Polaków, a tak? Teraz w czeskiej telewizji bije się w piersi, gdyż ówczesne działania "martwią go i mu dokuczają". Jeszcze trochę, a zacznie generała martwić Grudzień '70 i zacznie mu dokuczać Grudzień '81, a wtedy zupełnie wyrzeknie się "jedynie słusznej" decyzji o rozgromieniu "Solidarności". Byłby to prawdziwy dramat, zaiste.

Na razie nic takiego nam nie grozi i ze spokojnym sumieniem możemy wspominać gorące lato 1980 r. Ponure cienie PRL-u snują się jednak po III RP niczym mgły nad Chrewtem, gdzie stajemy obozem w domku Joli i Marka. Siedzimy w bieszczadzkim worku, a dalej na północ, jak na innej planecie, rozciąga się kraj chory na "chorobę niewolników", choć mija właśnie ćwierć wieku od podpisania porozumień sierpniowych. Jak mówił ksiądz profesor Józef Tischner, "przebaczenie to jedyne lekarstwo na chorobę niewolników; jak długo nie będzie przebaczenia, tak długo będzie trwać choroba". Trwa więc nadal, bo nikt nikomu niczego w Polsce nie wybaczył i nie wybaczy. Gruba kreska nie odcięła ciemnej przeszłości, a jedynie podkreśliła winy winowajców.

"Przydaśka" rozpala przed domkiem ognisko pod grilla (a tak, w przeciwieństwie do zwariowanej Ameryki i Kanady, w Polsce można jeszcze palić koło domów ogniska) i dochodzimy z Jolą, Vicki, Wiktorem i Mateuszem do niewesołego wniosku, że cienie PRL-u nie zejdą z tych połonin jeszcze długo, może nawet nigdy. Homo sovieticus zagnieździł się w świadomości zbyt głęboko i wzbogacił o rodzimą mutację, nazywaną przeze mnie chamo sovieticus. To on cofa ten kraj do epoki wczesnego feudalizmu. Tępi ludzi wybitnych, prześladuje zdolnych, uprawia mobbing, donosi i rozgłasza fałszywe oskarżenia. Najwięcej go na państwowych posadach, nawet najwyższych urzędach, w ministerstwach, zarządach i dyrekcjach. Pełno go w szkołach i na uczelniach, na ulicach, w urzędach celnych i redakcjach, w szpitalach i domach opieki, a zdarza się, że i w kościele. Jest wszędzie i ma się dobrze. Parafrazując lekko księdza Tischnera: chamo sovieticus "nie zna różnicy między swym własnym interesem a dobrem wspólnym. Może podpalić katedrę, byle sobie przy tym ogniu usmażyć jajecznicę".

Chamo sovieticus jeszcze długo pozostanie w polskim krajobrazie - "pełen roszczeń, zawsze gotów do obwiniania innych, a nie siebie, chorobliwie podejrzliwy, przesycony świadomością nieszczęścia, niezdolny do poświęcenia siebie", ale za to bardzo chętnie poświęcający innych. Od roku przyglądam się rodzimym chamo sovieticusom i nadziwić się nie mogę ich nadprodukcji. Okazuje się, że choroby nazwanej jakże celnie przez ks. Tischnera nie można uleczyć samą zmianą systemu, tak jak "nie wystarczy zburzyć stodołę, aby na jej miejscu powstał dom". Twór ten tak łatwo nie wyparuje z polskich głów, bo to choroba dziedziczna, zapisana w genach, niczym kły w ponurym spadku po wampirze.

Na Wielkiej Rawce zapaliliśmy znicze rozsypanym tu przed trzema laty prochom miłośnika Bieszczad Tadeusza Rybickiego, sędziego i doktora praw z Warszawy; 22 września 2002 r. spadł w Tatrach z Koziej Przełęczy do Dolinki Pustej, ale w testamencie wskazał "najpiękniejsze góry świata" na miejsce wiecznego spoczynku. Cztery płomienie szarpane wiatrem upamiętniły także czeskie i polskie ofiary chamo sovieticusa, wciąż kładącego się na wolnej Rzeczpospolitej długim cieniem PRL-u...

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail