[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 2 września 2005


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy


Piszę je z wyprzedzeniem, bo utarła się tradycja, że na przełomie sierpnia i września jedziemy we trójkę: Teresa, nasza przyjaciółka, mój mąż Zbyszek i ja do jej rozwalającej się willi "Jaskółka" w Jastrzębiej Górze. Morze jeszcze jej nie podcięło, jak inne budynki i całą plażę, bo leży wysoko. Zresztą, "trójkąt" w tym składzie należy do tradycji sięgającej głęboko w czasy panującej komuny. Mąż Teresy, nieżyjący już Zbyszek, nie lubił się ruszać, więc w drogę ruszała nasza trójka do ciepłych KDL-i (dla niewtajemniczonych: Kraje Demokracji Ludowej), czyli do Bułgarii i Rumunii. Pod namiot. Wyprawę poprzedzały odpowiednie zabiegi u odpowiednich władz. Kiedyś urzędnik spojrzał: - Jak to? Troje pod namiot?

Zaryzykowałam: - Jedzie seks-grupa.

Zaśmiał się. A mogłoby być całkiem źle, gdyby czynownik nie miał poczucia humoru.

Teraz nasze portfele schudły, więc ciepłe morza odpadają, ale została "Jaskółka". Opustoszałe od dzieciarni plaże (szkoła); niestraszne nam zimne morze, przynajmniej mnie: jestem "morsem", kąpię się w Bałtyku nawet w zimie, Teresę urzekają sztormowe krajobrazy, bo na starość zaczęła malować. A gdy nam zbrzydnie słota, to obok Gdańsk i Gdynia, najpiękniejszy dla mnie Hel i naprawdę ciekawe i niezdobyte zakątki naszego Wybrzeża. Ze Szwajcarią Kaszubską włącznie. Oby tylko benzyna nie poszła jeszcze w górę, bo nie wydolimy!

Piszę to tytułem usprawiedliwienia, że w tekście nie będzie o rocznicy Września. Ale właściwie to nie! Nie lubię rocznic, który z reguły nie odbywają się bez patriotycznego zadęcia, jakiego nie znoszę.

*

Niedawno zatelefonowała do mnie Ania Szaniawska (wdowa po Klemensie), która od jego śmierci wiernie pracuje w Unii Wolności we wszystkich jej poprzednich i następnych przemianach. Teraz to Partia Demokratyczna-demokraci.pl. Zadzwoniła i pyta:

- Zagłosowałabyś na naszego kandydata na prezydenta?

- Nazwisko - rzucam.

- A gdyby to była kobieta?

- Aniu, co za pytanie!

- No to jest: Henryka Bochniarz. Spotykamy się w Ogrodzie Cytadeli...

Przychodzimy całą rodziną o oznaczonej porze. Opodal krzyża, gdzie powieszono Romualda Traugutta. Tłum ludzi; starszyzna, ale większość młodzi. Krótkie świetne przemówienia Mazowieckiego, Frasyniuka i Bochniarz (tej kobiecie nie można odmówić precyzji). Teraz spodziewam się komunikatu: tu, przy tym stoliku, leży lista...

Nie ma stolika, nie ma listy. Biegnę do Szaniawskiej: - Gdzie lista? We czworo chcemy się podpisać.

- A, już poszła w obieg - mówi beztrosko. Szukam, latam po ludziach: - Może u was? Może wiecie, gdzie lista na Bochniarz?

Nie, nikt nie wie, rozprawiają towarzysko. Rozchodzimy się do domu, zniesmaczeni, wlokąc dzieci.

Wszystko po staremu. Kulturalne rozmówki inteligentów. Bez żadnego poczucia zrywu. Izba Lordów. Tylko Frasyniuka mi żal, bardzo żal. Żal mi Marka Belki, żal Jerzego Hausnera, ale ci się jakoś urządzą, prawdopodobnie w międzynarodowych agendach.

No i starej miłości mi żal. Niczego się nie nauczyli? Nie! Miasto oblepione ich nieudacznymi billboardami, smutnawymi twarzami młodych ludzi. Jak dawna "Siła spokoju", która weszła do obśmiewanego repertuaru złej propagandy. Wtedy nieudolny sztab Tadeusza Mazowieckiego mimowolnie zrobił mu brzydki kawał. Dziś, po prawie piętnastu latach mamy powtórkę.

A tak się dobrze zapowiadało, tak na nich liczyłam. Ruszyli z kopyta i cofnęli się.

W Oborach na ganku rozważamy sprawę: dlaczego, dlaczego, dlaczego?! Dlaczego jest tak źle. Wybory prezydenckie zawsze bardziej ekscytują ludzi niż parlamentarne. To zrozumiałe.

Julia Hartwig, nie tylko znakomita i płodna poetka, ale uznany w świecie kultury autorytet etyczny, należy do komitetu wyborczego Henryki Bochniarz, ale jej tam nie ma. Jest z nami. W zamkniętej enklawie pisarzy. Na pewno pracuje. Na pewno powstają wiersze.

Ale nie powstają działania na rzecz promowania pani Bochniarz. Teraz, teraz jest ostatni dzwonek, żeby się za to zabrać. Julia Hartwig prócz dorobku literackiego ma siłę oddziaływania słowem. Jej się słucha. Gdyby więc zamiast zamykać się w Oborach, urządziła serię spotkań po domach kultury i bibliotekach w małych miasteczkach z repertuarem własnych wierszy, wierszy przystępnych, przemawiających do każdego; niektóre mają wręcz charakter poetyckich reportaży, otóż gdyby się tego podjęła - gwarantuję - przysporzyłaby niemało głosów swojej kandydatce.

Małe miasteczka są dziś siedliskami prawdziwej inteligencji. Czyli inteligencji, która czyta. Już nie pną się w górę, obywają małym, myślą i czytają. Łatwo to sprawdzić po kwizach telewizyjnych, a głównie radiowych. Kto odpowiada na pytania, nieraz wymagające dużej wiedzy? Otóż prawie nigdy ktoś z Warszawy ani z wielkich miast. Wiedzą górują ludzie małych miasteczek.

Nie chcę być źle zrozumiana. Nie mam zamiaru "zaganiać" sędziwej, choć wspaniale się trzymającej poetki do ciężkiej pracy. Bo nie ma co ukrywać. Byłaby to ciężka praca. Lecz niestety, sam akces do komitetu nie wystarczy. Zwłaszcza że inne partie dwoją się i troją, żeby zabłyszczeć. Zgoda, w większości bywa to błysk fałszywej biżuterii, ale widoczny i jaskrawy. A naiwnych nie sieją.

*

Nie żal mi natomiast ani trochę Włodzimierza Cimoszewicza. Nigdy nie był bohaterem mojego romansu, jak zwykł mawiać Jerzy Giedroyc, ale przyznam, miałam o nim lepsze mniemanie. Bardzo szybko zapomniano mu zupełne zagubienie w czasie wielkiej powodzi w roku 1997 roku, kiedy był premierem. Mógł ocalić Wrocław od zalania, zatapiając ewakuowaną wioskę. Mimo fachowej ekspertyzy nie podjął właściwej decyzji. Jeżeli ktokolwiek był pomocny w tym kataklizmie, to media. Ale to już osobna sprawa.

Zapewne dziś pluje sobie w brodę, że zgodził się kandydować na prezydenta. Chyba że były to z góry ukartowane ceregiele! Że nie, że nigdy, że Puszcza Białowieska jest jego żywiołem. Że żona, żona, której zdanie jest dla niego rozkazem, a żona nie pozwala kandydować, i już! I co? Niewiele wody w Wiśle przepłynęło i oświadcza, że startuje. Że zniewoliły go stosy błagalnych listów. I od razu w sondażach wysforował się na pierwsze miejsce. Cimoszewicz ratunkiem dla SLD. No bo kogóż mogliby mu przeciwstawić?

Zapomniano natychmiast zachowanie wobec sejmowej komisji ds. Orlenu, którą najpierw niewybrednie zbeształ, choć jest marszałkiem tegoż Sejmu, i świadkowania odmówił, a niebawem do zeznań jednak przystąpił.

Pomijam niewiedzę w sprawach największego przedsiębiorstwa, jakim jest Orlen (słowa "nie wiem" padały z ust świadka Cimoszewicza bardzo często), pomijam machinacje giełdowe majątkiem córki, pomijam sprawę asystentki Anny Jaruckiej - niech je badają właściwe organa, ale trudno pominąć coś, co jest czarno na białym: niedopełnienie obowiązku złożenia deklaracji o stanie majątkowym we właściwym terminie. Zarzucił mu to szef komisji etyki sejmowej, poseł Franciszek Jerzy Stefaniuk. I spotkał się z ostrą reprymendą Włodzimierza Cimoszewicza. Teraz to wszystko wyszło na jaw. Nawarzył piwa, niech pije.

Komisja sejmowa ds. Orlenu jaka jest, każdy widzi. Stronnicza. Nieraz zżymałam się na pytania Romana Giertycha, Zbigniewa Wassermanna, Konstantego Miodowicza czy Antoniego Macierewicza. Zachowywali się tak, jakby nie tyle chcieli dojść prawdy materialnej w sprawie, do której zostali powołani, ale raczej chcieli zjeść wroga partyjnego w kaszy. Zachowanie zachowaniem, ale coś z brzydkich spraw na wierzch wyszło.

A już myślałam, że Cimoszewicz z całego tego towarzystwa postkomunistów najuczciwszy! I wyszło szydło z worka. Bóg z nim, niech się morduje dalej w walce wyborczej. Ale notowania w sondażach mu spadły. Był prawie pewniakiem. Ale już nie jest. Nie jest.

*

Karol Modzelewski, którego poznałam przed laty w niecodziennych okolicznościach w Tatrach, od dawna profesor historii na Uniwersytecie Warszawskim, zachwycił mnie ostatnio artykułem w Gazecie Wyborczej. Artykuł jest duży, dwukolumnowy, ale czyta się go jednym tchem. Rzecz dotyczy pracy Instytutu Pamięci Narodowej. Otóż Karol Modzelewski, nie podważając konieczności istnienia Instytutu, stawia tezę, iż historycy, którzy w nim pracują, pomylili się w wyborze zawodu: "...powinni byli iść na prawo karne, zostać prokuratorami albo sędziami. A może policjantami, ale na pewno nie historykami". Teza podbudowana mocno dowodami, dlaczego tak myśli.

Miałam podobne wrażenie; nie mogłam wyjść ze zdziwienia, dlaczego ludzie IPN-u tak pracują, dlaczego tak się dzieje, skąd zajadłość personalna, skąd wiara w prawdziwość dokumentów esbeckich i niewiara w inne źródła. Skąd to wszystko bierze się u ludzi, których znałam, szanowałam.

Prawdę powiedziawszy, Modzelewski też psychologicznie tej postawy nie wyjaśnia. Jednak konstatuje, że nie są to historycy z prawdziwego zdarzenia.

*

Piszę te zdania 15 sierpnia, w dniu rocznicy cudu nad Wisłą. Cud zawierał się w determinacji i bohaterstwie obrony oraz w geniuszu polskich kryptologów, którzy bezbłędnie i na bieżąco rozszyfrowywali radiowe komunikaty sowieckie o posunięciach ich wojsk. Józef Piłsudski miał codziennie na biurku, czarno na białym, najmniejsze posunięcie ich oddziałów tak na północnym, jak i na południowym froncie. Cud zawierał się również w tym, że nie pobierając nauk w West Point po mistrzowsku z wiedzy tej skorzystał. A istniało wielu dowódców, marszałków, generałów, świetnie wykształconych wojskowo, i wcale niekoniecznie naszych, którzy sprawę "przefajdali" (jeżeli mam być blisko języka niektórych wypowiedzi naszego Komendanta).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail