Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Jechać
do Gdańska
Miałem poważny dylemat: kontestować srebrne gody Solidarności czy
nie kontestować, a zatem jechać czy nie jechać do Gdańska. Gdy ten tekst
się ukaże, będzie już po obchodach, czyli po kłopocie i zgryzocie,
krzesła spod pomnika Stoczniowców wrócą na salę BHP, gdzie mają
spędzić noc z gitarami stoczniowcy w drelichach, otoczeni BOR-em politycy
wrócą spod pomnika do polityki, a kontestujący w Domu Technika obie powyższe
grupy Gwiazda i Walentynowicz - do oskarżeń Wałęsy o agenturalność,
zdradę robotniczych ideałów, bratanie się z Kwaśniewskim i inteligenckimi
doradcami w rodzaju Geremka i Mazowieckiego. No nie, nie mogłem kontestować,
musiałem jechać, zobaczyć i usłyszeć.
Kazimierz Kutz nie pojechał. Powiedział w wywiadzie, że "w Polsce Solidarności
nie ma solidarności między ludźmi", a państwo "porzuca swoich obywateli,
pozwala na ich zmarginalizowanie". Nie tylko jego zdaniem na naszych oczach
rozgrywa się "wielka współczesna tragedia społeczna". W kraju trwa wyścig
szczurów, a o biedzie się nie mówi, bo nie jest medialna. Nie mówi się
też o zwykłych, prostych robotnikach. Dlatego pan Kazimierz nie jedzie
do Gdańska, bo nie będzie tam prostych robotników, prawdziwych dawców
wolności. Dla nich zabraknie krzeseł pod pomnikiem i na obchodach.
W 25 lat po ozdrowieńczej dawce demokracji Polską trzęsie podobna febra,
jak w czasach poprzedzających strajki. Od Wybrzeża poprzez cały kraj
akademie ku czci, konferencje, media toczą wielkie - niczym amerykańska
"Katrina" - fale dyskusji o blaskach i cieniach wygnania komuny. Optymiści
pocieszają, że wygraliśmy wolność, a demokracji nie buduje się
w dwa lata. Pesymiści oblepiają Solidarność niczym słup ogłoszeniowy
bolesnymi odcinkami rent i robotniczych emerytur, na przemian z kuponami odcinanymi
od wolności przez jej zawodowych tępicieli. Ci ostatni przykleili się
do okrętu Solidarności i spowodowali nabieranie przezeń wody - w usta.
Jeden z najważniejszych postulatów strajków - na temat wolności słowa
- obraca się teraz przeciw nam. "Naszą bronią były tylko słowa - pisane,
mówione, śpiewane" - mówi Barbara Labuda w telewizyjnej dyskusji na temat
tej rocznicy. Te same słowa, tylko trochę inne, stały się zmorą codziennych
rozmów herosów tamtych dni. "Zdrajca ideałów pierwszej Solidarności"
- sączy przez zaciśnięte usta Anna Walentynowicz pod adresem Lecha Wałęsy.
"To chorzy ludzie" - mówi o swoich adwersarzach Lech Wałęsa. I dodaje:
"Jak potrzebują lekarza, mogę nim być".
Jadę do Gdańska targany podobnymi uczuciami jak przed ćwierć wiekiem.
Radość pomieszana z obawą, nadzieja z rozczarowaniem. Wtedy wiedziałem
przynajmniej, czego się spodziewać. Na stoczniowej sali BHP było i bezpiecznie,
i higienicznie - przynajmniej w moralnym znaczeniu tego słowa. Oraz pracowicie.
A dzisiaj? Jan Rulewski mówi w telewizorze, że kilka milionów Polaków
pracuje bez umowy, bez zabezpieczeń, z jedynym widokiem na przyszłość:
że za pół roku znajdą się na bruku. Alain Tourraine utrzymuje, że
Polska jest społeczną pustynią i bardzo trudno jest z tym twierdzeniem
dyskutować. Francuz może z łatwością znaleźć setki dowodów
na prawdziwość swojej tezy, podobnie jak Jean-Michel Jarre znalazł setkę
tysięcy słuchaczy na koncercie w Stoczni, choć wielu zapowiadało kontestowanie
koncertu, bo Polacy nie gęsi i swoich artystów mają.
Mają, i to jeszcze jakich, ale żaden z nich nie okrasza swojej muzyki
girlandami sztucznych ogni, czyli nie jest za bardzo medialny. Kutzowi, twórcy
Soli ziemi czarnej, solą w oku są te "pompatyczne" uroczystości, bo
zostały zrobione "z zadęciem" oraz "zawłaszczone przez komercję". Kutza
boli to, że wszyscy zapomnieli o robotnikach, a 25 lat Solidarności to
"święto tych, którzy najwięcej zyskali na przemianach - najcwańszych,
inteligentnych, tych, co się odnaleźli w polskim drapieżnym kapitalizmie".
Tymczasem mamy 20-procentowe bezrobocie, "somalijską nędzę w wielu regionach
kraju, a państwo udaje, że nie ma sprawy".
Dziwię się, że się Kutz dziwi. Ten kraj nigdy nie miał poczucia
miary i formy, i może właśnie dlatego przewracał systemy. Ja do Gdańska
jadę i podobnie jak Kutz ogłaszam swą decyzję na łamach gazety. Reżyser
powiedział, że "bez stoczniowców, a potem górników, inteligenci
mogli sobie gadać o ideałach jeszcze z 500 lat i nic by z tej gadaniny nie
wyszło". Jadę do Gdańska bez względu na to, czy będą tam robotnicy,
inteligenci, czy tylko ich inteligentni wyzyskiwacze. Jadę, bo mam tam swoje
rachunki z historią. Gdy patrzę na stoczniowe żurawie, widzę w ich
kabinach swoją matkę. Nie przeszkadza mi ani nie pomaga świadomość,
że pracowała razem z Anną Walentynowicz. Chciałbym widzieć panią
Annę stojącą ponad podziałami, bo tak wiele dzięki jej odwadze osiągnięto.
Od zwolnienia jej z pracy 7 sierpnia do podpisania umów 31 sierpnia minęło
25 dni... To 25-lecie powinno łączyć, a nie dzielić. Niewiele świat
obchodzi, czy Wałęsa był, czy nie był agentem. Słowami Bogdana Borusewicza
był "lokomotywą" ciągnącą strajk. Takim maszynom zawsze doczepia się
różne wagony. Najważniejsze, że ten cudaczny i cudowny zarazem
skład dotarł do stacji wolność.
Dla mojej matki też by zapewne zabrakło miejsca pod pomnikiem Stoczniowców,
który budowała. Ale ja tam będę. Za nią i dla niej. Jadę, by cieszyć
się tą rocznicą razem z Iuliusem Filipem, torturowanym przez sześć
i pół roku w rumuńskim więzieniu za przysłanie listu poparcia na I
Zjazd Solidarności. Jadę do Gdańska, bo większość robotników,
jak i inteligentów radują te srebrne gody - obchodzą one cały naród
oraz połowę świata. 31 sierpnia 1980 r. Lech Wałęsa podpisał się
za nas wszystkich na akcie zgonu komuny. I o tym wydarzeniu powinniśmy przypominać
- i sobie, i światu, choćby i w najbardziej nawet pompatycznym, medialnym
show.
|
|