Pomiędzy iluzją
a rzeczywistością
Z Krzysztofem Wodiczką, artystą multimedialnym, rozmawia
Ewa Kara
Ewa Kara: - Pańska twórczość znajduje się na pograniczu
różnych sztuk. Czy Pańskie społeczno-polityczne ingerencje można
nazwać współczesną formą architektury?
Krzysztof Wodiczko: - To też jest możliwe. W latach 70. ub.
wieku interpretowana semiologicznie architektura miała być związkiem pomiędzy
zmieniającymi się wydarzeniami a stałymi stabilnymi formami. W zasadzie
można powiedzieć, że wświetlanie w architekturę jest kontynuacją
architektury, dodaniem jej życia. Dzięki projekcjom ma ona możliwość
reagowania na zmienność świata. W tym sensie można zobaczyć moje
prace jako przyczynek do architektury jako stałej struktury, która ciągle
reaguje na zmiany. Architektura jest otwarta, jest tłem, ale wtłacza się
w naszą nieświadomość, konstruując i określając nas samych. W
zasadzie podkłada się pod tego rodzaju prace. Przecież i tak my wszyscy
w swojej wyobraźni bez przerwy wświetlamy w nią różne rzeczy.
Ponieważ projekcja jest efemerycznym wydarzeniem, nie zagrażam jej,
nie zakuwam ją w jakieś funkcje czy narrację. Jestem częścią szerokiej
tradycji, czy to poetyckiej, czy dziennikarskiej, filmowej. Okazuje się, że
mogę być nazwany wszystkim: fotografem, rzeźbiarzem, architektem, performancerem,
archiwistą, artystą publicznym, dekonstruktywistą, projektantem...
- Można powiedzieć, że artystą renesansowym.
- Nam jednak daleko jest do ludzi renesansu.
- W projekcjach korzysta Pan z coraz nowocześniejszej technologii. Teodor
Adorno twierdził, że technologia jest formą wolności, zwłaszcza
jeśli służy wolności ludzi, natomiast Martin Heidegger podkreślał
jej brak neutralności i nieludzki wymiar. Jaki jest Pana stosunek do techniki?
- Technologię i media widzę raczej w kategoriach Brechta, który zdecydowanie
je popierał, jak i Benjamina, który w nich dostrzegał możliwości
kreacji czegoś nowego i autentycznego. Nie widzę w tym żadnego diabła,
przeciwnika humanizmu, ale jestem przeciwnikiem jej płytkich entuzjastów,
którzy w mechanicznym fakcie istnienia technologii widzą wielkie szanse.
Trudno mi oddzielić technikę od programu etyczno-społecznego. Nie widzę
w ogóle powodu, by je oddzielać. Technologia powinna łączyć jedno
i drugie. Jeśli logos (wiedza) jest połączona z techne,
a techne w tradycji antycznej obejmowało wiele rzeczy, to technologia
współczesna powinna być wynikiem połączenia różnych dziedzin.
- 10 września w Galerie Lelong odbędzie się wernisaż Pańskiej instalacji
audiowizualnej "If You See Something..." ("Jeśli coś zobaczysz..."). Jak
będzie ona wyglądała?
- W rzeczywistości będzie to projekcja na dwóch narożnych ścianach,
co będzie sprawiało wrażenie jakby galeria znajdowała się w budynku
na rogu ulicy i miała przeszklone ściany o wysokości prawie 4 metrów.
Natomiast wyświetlane sceny widoczne w oknach będą działy się jakby
po drugiej stronie tego muru-ściany galerii. Takie budynki z laminowanymi
oknami o mlecznych szybach spotyka się w Chelsea. Na ogół większość
okien jest właśnie taka, by światło wpadało, ale żeby nie było
widać tego, co się dzieje wewnątrz. Lecz tutaj nie wiadomo, czy chodzi
o to, żeby nie było widać tego, co jest w galerii, czy żeby galeria
nie widziała tego, co jest na zewnątrz.
- Dlaczego zdecydował się Pan na projekcję w galerii?
- Raz na jakiś czas chcę coś zrobić dla publiczności w galeriach.
Nie wszyscy mają możliwość zobaczenia moich projekcji publicznych
w różnych miastach na całym świecie, więc od czasu do czasu warto
im dać szansę zbliżenia się do mojej pracy. Logicznie ma to pewien
sens, ale artystycznie nie jest to takie proste. Wnętrze galerii niewiele
mówi o swojej historii. Jako dzieło architektoniczne, estetyczne, jak również
jako dzieło polityczne ma niewiele do zakomunikowania, wręcz stara się
być niewidoczne, jest tylko tłem dla wystawianych prac. W związku z tym
musiałem wymyślić nie tylko samą projekcję, ale musiałem również
wświetlić w ściany galerii coś w rodzaju architektury. W tym wypadku
są to właśnie iluzje okien. Metaforycznie interesuje mnie przebicie muru
pomiędzy wnętrzem a zewnętrzem, pomiędzy stroną artystyczną a społeczną,
a także przebicie muru świadomości czy nieświadomości, wyjście
poza zaklęty świat sztuki i kultury artystycznej czy też poza zaklęty
świat liberalnego dystansu ludzi. Projekcja także ujawnia istnienie ściany.
- Jaki świat stara się Pan ujawnić?
- Pokazuję świat, o który codziennie ocieramy się na ulicy, ale nic
o nim nie wiemy. Postaciami scenicznymi i zarazem aktorami oraz autorami scenariusza
projekcji są ludzie, którym grozi deportacja lub zostali oskarżeni o
wykroczenia na podstawie koloru skóry czy arabsko brzmiącego nazwiska. Pomimo
że są obywatelami amerykańskimi, znajdują się na granicy pomiędzy
wolnością a wyrzuceniem i mają niewielką szansę na powrót do społeczeństwa.
To świat, o którym nie chcemy wiedzieć, o którym się nie mówi, a
jeśli nawet, to w mglisty sposób. To wszystko jest właśnie mgliste jak
te szyby okienne, ale przez tę mgłę przebija się głos tych ludzi...
- Po 11 września jest to chyba najbardziej przemilczany w USA temat. Ile
czasu zajęły Panu przygotowania do tej instalacji?
- Przemilczana jest rzeczywista liczba i sytuacja aresztowanych emigrantów
w tym kraju; obraz tragedii ludzkiej i społecznego spustoszenia spowodowanego
tzw. Aktem Patriotycznym.
Wróćmy jednak do kwestii procesu przygotowań moich prac. Wymagają one
około roku lub dwóch lat przygotowań. Czas jest potrzebny na to, by stworzyć
zaufanie pośród tych, którzy boją się mówić, pokazywać, ujawniać.
W efekcie to oni są współtwórcami projektu. To jest ich scena, którą
stworzyłem dla nich - aktorów i postaci scenicznych, uczestników dramatu,
którym jest ich życie. Sam temat nie jest aż taki nowy, wyjątkowy
czy dziwny, tylko my żyjemy w pewnej iluzji stworzonej przez CBS czy CNN.
Jednak środowisko artystyczne w Chelsea wciąż unika tego tematu, więc
dla świata sztuki jest to specjalny projekt. Zależy mi także na tych,
którzy przychodzą każdego weekendu do galerii na wystawy, bo poprzez
tego rodzaju pracę będzie im łatwiej przybliżyć się do tych ludzi
po drugiej stronie.
Projekcja jest świadectwem czasu historycznego, w jakim żyjemy. To bardzo
dziwny moment w historii, który przypomina mi koniec lat 60. i wczesne lata
70. w Polsce. Tutaj podobnie tworzy się specjalne prawodawstwo, a praktyczny
dostęp do praw nie jest równy. Polacy mają szczęście, że są
uznani za sprzymierzeńców w wojnie przeciwko terroryzmowi. Ale trzeba pamiętać,
że jeśli emigrantów zaczyna się w ten sposób traktować, to jednak
zawsze istnieje możliwość, że to się zmieni. A poza tym powinniśmy
czuć sympatię czy solidarność w stosunku do innych emigrantów, bo
więcej nas łączy, niż dzieli. Czy nazywam się Krzysztof czy Mohammed,
przeszliśmy przez podobne sytuacje i musieliśmy podobną cenę zapłacić
za to, żeby cieszyć się krajem, który mieni się krajem wolności
i praw.
- Już za kilka miesięcy w Krakowie i Warszawie pokazana zostanie wielka
retrospektywa prezentująca filmy z Pańskich projekcji audiowizualnych w
Krakowie, Bostonie, Hiroszimie, Tijuanie i St. Louis. W związku z wystawą
w Zachęcie przygotowuje Pan projekcję na fasadzie galerii. Czego będzie
dotyczyć interwencja warszawska?
- Sytuacja w Warszawie jest, jak w każdym społeczeństwie, nierówna.
O równość trzeba walczyć, gdyż tak samo jak wolność, nie jest,
a nawet nie może być zagwarantowana. Szczególnie problem kobiet jest
ciągle w impasie, choć teraz mówi się dosyć dużo na temat ich
sytuacji. Oczami kobiet, podobnie jak oczami dzieci, osób starszych czy bezrobotnych
można zobaczyć więcej problemów w Polsce. Jakby ktoś chciał mnie
nazwać feministą, to bym się nie obraził, raczej czułbym się uhonorowany,
ale to nie znaczy, że jestem wyłącznie feministą. Niewykluczone, że
w projekcji warszawskiej pojawią się również mężczyźni.
W tej chwili jestem opóźniony w przygotowaniach do projekcji w Warszawie.
Jeśli nie będę zadowolony ze stopnia przygotowań, mogę ją nawet
odwołać, ponieważ istnieje niebezpieczeństwo trywializacji całego
programu.
- Równocześnie przygotowuje Pan projekcje w innych miastach na całym
świecie: w Bazylei, Kansas City i Sztokholmie. Jaką problematykę będzie
Pan w nich poruszał?
- W Bazylei chcę się skupić na emigrantach szukających azylu. Chciałbym,
by ta bezsilna podspołeczność mogła opanować budynek tamtejszego muzeum.
A jeśli chodzi o Kansas City, to najbardziej interesuje mnie miejscowy pomnik
Wolności, który jest monumentem weteranów wojen. Patrząc nań, zastanawiam
się, co znaczy taki pomnik dzisiaj i jaki jest wymiar wolności dla współczesnego
człowieka? Natomiast nie wiem, co będzie z projekcją w Sztokholmie, bo
zostało bardzo mało czasu. Organizatorzy zwrócili się do mnie zbyt późno,
nie zdając sobie sprawy, ile czasu i wysiłku wymaga przygotowanie projekcji.
Przypuszczalnie zmylił ich uproszczony obraz moich prac rozpowszechniany przez
prasę artystyczną. Zamieszczane tam zdjęcia z projekcji nie ukazują
całej pracy, jedynie są obrazem samego spektaklu, który jest koniecznym,
ale niewystarczającym elementem moich interwencji.
- W związku z tak napiętymi planami artystycznymi oraz zajęciami ze studentami
na MIT, czy ma Pan w ogóle czas na sen?
- Niestety, bardzo niewiele...
-Dziękuję za rozmowę i w zasadzie po pięciu latach nieobecności
Pana sztuki w Nowym Jorku zapraszam wszystkich do Galerie
Lelong.
----------------------------------------
Krzysztof Wodiczko jest również jednym z bohaterów
tegorocznej, trzeciej już serii PBS zatytułowanej Sztuka
w XXI wieku (Art: 21 - Art in the Twenty-First Century).
Tym razem dokument prezentuje 18 artystów, których sztuka
wychodzi poza muzea czy galerie. Film walczy z romantycznym
mitem artysty jako samotnego geniusza i pozwala artystom bezpośrednio
wypowiadać się o swojej sztuce.
Filmy będą wyświetlane w 4 kolejne piątki od 16 września do
7 października o godz.10 wieczorem na kanale PBS (13).
|