Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Zbig
na prezydenta
Dzisiejszy felieton to miejscami reportaż z pola przegranej bitwy. Powstał
1 września, czyli w dniu po "pogrzebie" - jak się wyraził robotnik Stoczni
Gdańskiej o obchodach słynnej rocznicy. Tego dnia obszedłem całą stocznię.
Przedtem byłem na cmentarzu w Sopocie, na grobie matki. W obu miejscach czułem
się podobnie. Nie poprawił mi humoru nawet zawsze radosny Krzyś Kasprzyk,
autor strajkowej Piosenki do córki. Od wojny jaruzelskiej mieszka w
Kanadzie. - Nie zaprosili Jurka Janiszewskiego - oznajmił po wyjściu z zimnego
Bałtyku na plażę przed Grand Hotelem. Twórca symbolu Solidarności
mieszka dziś w Barcelonie. Oryginał znaku, wykupiony przez prywatną fundację
Signum w Poznaniu - by nie przepadł w nieznanej kolekcji - zobaczyłem w
Instytucie Sztuki "Wyspa".
Instytut to na razie zdewastowany budynek w stoczni, gdzie artyści robią
sztukę, skoro nie można już robić statków. Spotkaliśmy tam twórcę
instalacji Soliterność Marka Sobczyka. Soliterność odwołuje
się do samotności, do pasożyta i do układania z ludzi tekstów -
jak kart do solitera, czyli pasjansa. Z ludzi pracujących jeszcze w stoczni
nie dałoby się ułożyć nawet żywego napisu: "Pomocy!". Stocznia
pracowała, ale tak, jakby była na strajku. Przed stocznią niedoszły
kandydat na prezydenta, obecnie prezenter Polsatu, czekał na "człowieka
z zasadami" - jak się reklamuje na plakatach wyborczych Donald Tusk. Kiedyś
byli tu ludzie z żelaza, teraz są z zasadami. To pocieszające, ale lepszy
byłby jednak człowiek z pomysłem. Na Polskę.
Na przykład Zbigniew Brzeziński. Na konferencji "Od Solidarności do wolności"
powiedział rzeczy najważniejsze. Na przykład, "że jedyną receptą
na udaną drogę do lepszego jutra dla całej ludzkości jest właśnie
pluralistyczna solidarność zmierzająca świadomie do światowego społeczeństwa
obywatelskiego". Że jedynie "solidarność społeczna i solidarność
międzynarodowa jest moralnie i politycznie uzasadnioną odpowiedzią na
wyzwania globalizacji, nowoczesności i niesprawiedliwości w świecie, który
jednocześnie przechodzi głęboki kryzys duchowy". Moim zdaniem profesor
Brzeziński jest najlepszym kandydatem na prezydenta Polski. Bezkonkurencyjnym.
Szkoda, że nim nigdy nie zostanie.
Podczas obchodów przemawiał też Andrzej Gwiazda. Tyle że osobno,
na prywatnych obchodach. I jakże inaczej. Mówił o "koncercie bezwzględności,
głupoty, korupcji, egoizmu". Odrzucił dzisiejszy zwyrodniały kapitalizm
i neoliberalizm. Potępił egoizm Lecha Wałęsy, który skumał się
z burżuazją pieniądza, a pierwszą, czyli naszą Solidarność miał
zamienić w parawan dla samouwłaszczającej się nomenklatury. To nie są
hasła, bolączki i porachunki na ten czas. W słowach Gwiazdy czuć było
nostalgię za okresem cudu, gdy wszyscy byliśmy razem: i robotnicy, i inteligencja.
Tak było, ale się zbyło. Nigdy nie zapomnę płaczących ludzi na ulicach
dojazdowych do hali Oliwii, rzucających na nasze autokary wiązanki kwiatów.
To były najpiękniejsze msze święte - klęczenie na gołym betonie,
z głębokim przekonaniem, że z tego klęczenia, obradowania, okupowania,
strajkowania czy zwykłego opisywania tych czynności wyniknie coś dramatycznie
dobrego dla Polski i świata. Dla świata wynikło samo dobro. Dla Polski
został także dramat.
Włóczyliśmy się (by nie powiedzieć: wałęsali) po stoczni, a w
naszych uszach brzmiała Kantata do wolności Jana A.P. Kaczmarka.
Muzyka stoczni też była piękna, choć smutna. Szum suwnicy mieszał
się z tekstami romantyków, śpiewanymi przez Agnieszkę Tomaszewską,
odgłosy spawania, szlifowania przeplatały się ze słowami Karola Wojtyły,
hasłami transparentów strajkowych. Stocznia śpiewała, ale był to łabędzi
śpiew. Szliśmy przez sterty stoczniowego żelastwa, wśród zielska
zarastającego drogi dojazdowe. Stocznia przypomina dziś wielkiego, prehistorycznego
stwora, powalonego nagłą niemocą. Zdycha, ale zdechnąć nie może.
Dogorywa, ale nadal dyszy, wydając ciche piski szlifierek. Syczenie aparatów
spawalniczych można wziąć za ostrzeżenie.
Na oficjalne uroczystości zbuntowana stocznia dostała 20 zaproszeń. Załodze
zakazano przychodzenia do pracy 31 sierpnia. Siedzieliśmy u stóp Pomnika.
Ludzie obok niemrawo klaskali. Plac Solidarności świecił w połowie pustkami.
Entuzjastyczny Wałęsa zachęcał do optymizmu. Oparta o blachę krzyża
kobieta po siedemdziesiątce kręciła z niedowierzaniem głową. Podała
przykład statku. Ma nazwę "Nasz Kraj". - Został przez nas zbudowany i
zwodowany. Jest wolny. I tonie, a my razem z nim idziemy na dno. - Takich mamy
kapitanów - dodał ktoś z boku. - A może to nie wina kapitanów, a
załogi? - Panie, oni rozkradną nawet morze, to jak statek ma płynąć?
- Rozkradli morze? To ładne - Mateusz zachwycił się pięknem ojczystej
mowy.
Wracając spotkaliśmy prezentera Lisa. Spytał, czy my tu pracujemy. Mieliśmy
na głowach kaski. Aneta miała na palcu pierścionek ze stoczniowej blachy.
- Właśnie się zaręczyliśmy, pod suwnicą Anny Walentynowicz; babcia
mego narzeczonego pracowała razem z nią - świadomie prowokowała sytuację
medialną. Lis się uśmiechnął i powiedział, że to ładna historia,
ale on ma tu zaraz wywiad z Tuskiem, więc musi lecieć. Polecieliśmy więc
w swoje strony. Gwiazda do gwiazdy. My też do Gwiazdy. I Walentynowicz.
Ale dzisiaj nieuchwytni.
W przeddzień obchodów Aneta z Mateuszem dostali się za bramę stoczni.
Sto par oczu wpatrywało się w ognisko. Mężczyźni wyglądali
jak wojownicy przed bitwą. "Chcemy żyć godnie!" - krzyczeli. Jedli kiełbaski.
Tuż pod bramą zrobiono prowizoryczną scenę, na którą wdrapał
się Jarek Janiszewski z "Bielizną". To lider zespołu, chyba niespokrewniony
z twórcą znaku Solidarności. Odziany w wojskowy strój, otoczony stoczniowcami
w kaskach. Większość słuchała koncertu, inni pozowali do zdjęć,
udzielali wywiadów. Kilkunastoletni chłopiec grał Piosenkę dla córki
Kasprzyka. Był ubrany jak dzieci w latach 80.
Współpraca: Aneta B. Leśniak, Mateusz Kusiba
|
|