GRAŻYNA DRABIK
Nowojorska kronika
(teatr)
Lato
się skończyło, bo przekroczyliśmy Rubikon weekendu Dnia Pracy.
Bo zakończył się sezon występów pod rozgwieżdżonym niebem
w amfiteatrze Delacorte w Central Parku. Jako pożegnalny podarunek
dla rozgrzanego miasta, Public Theater odświeżył udane widowisko
sprzed ćwierć wieku. Szekspirowska komedia Two Gentemen
of Verona posłużyła dobranej parze od słowa i od muzyki,
Johnowi Guare i Galtowi MacDermot, do przygotowania bardzo
energicznego i kolorowego musicalu. Barwnie, śpiewnie i tanecznie
było w 1971 r. (kiedy debiutował Raul Julia). I nadal Two
Gentlemen of Verona bawiło barwnymi kostiumami, zgrabnymi
piosenkami i tańcami w rytmach salsy i walczyka. Lekko i bez
konsekwencji, jak owocowe lody w letni wieczór.
*
International Fringe Festival, który w drugiej połowie sierpnia wypełnił
kilkanaście sal i salek na dole Manhattanu, był dla mnie dużym pozytywnym
zaskoczeniem. Przeglądając program - dziesiątki i dziesiątki przedstawień,
solowych i zespołowych, rozśpiewanych musicali i nowych sztuk, popołudniówek
i spotkań w nocnym kabarecie, itp. - sądziłam, że Nowy Jork zaleje
fala ambitnych amatorów głodnych każdej okazji do popisów. Chętnie
przyznaję, że szybko musiałam skorygować te wstępne wrażenia.
Był to mój pierwszy kontakt z festiwalem i chętnie przyznaję, że
tegoroczne doświadczenie było bardzo zachęcające na przyszłość.
Z rogu obfitości 180 wydarzeń wybrałam ostrożnie zaledwie kilka, głównie
według dogodnych terminów. Wszystkie przedstawienia, które oglądałam,
miały coś ciekawego do zaoferowania, objawiały autentyczne talenty i profesjonalizm.
Nieprawdopodobne połączenie "babci" Pat Candaras z "wnukami" (Desiree Burch,
Michael Cyril Creighton i Jack Kukoda) złożyło się, pod okiem Rusty
Owena, w zgrabny wspólny wieczór: Grandmotherf**ker & the Seducers.
Pojedyncze występy w stylu stand-up comedy, z różnych parafii
humoru - trochę zderzeń etnicznych kultur, trochę nieporozumień między
pokoleniami, dużo rozczarowań rodzinnych, ciut rodzinnej pociechy, sporo
ryzykownych żartów nadgryzających seksualne tabu - dopełniały się
wzajemnie. (Ace of Clubs, 9 Great Jones St.).
*
Ibsen wielkim dramaturgiem był? Był. Twórczo płodny? Tak. Dostarczający
lektur obowiązkowych w szkołach? Pełno, w klasach różnych nacji.
A więc proszę, oto ibsenowski bankiet: wieczór, gdzie można zobaczyć
ostatnie sceny wszystkich 26 sztuk. Porządnie, w chronologicznym układzie,
jedna po drugiej, w tempie karuzeli, wirującej w szaleńczym tempie.
Buuch! Jeszcze nie ucichł strzał w Dzikiej kaczce, a już buuch!
Rozbrzmiewa strzał w Heddzie Gabler. Oczy wznosimy podziwiając góry
w Little Eyolf. Nie, to już szczyty Rosmersholma. Albo wzniosłe
widoki w Gdy my martwi, powstaniemy... Że przedstawienie The Last
Two Minutes of the Compelete Works of Henrik Ibsen przygotowane przez Grega
Allena i jego grupę Neo-Futurystów dobrze bawiło, można było się
spodziewać. Że przy tym także ciut wzruszało, było miłym zaskoczeniem
i dowodem mądrej wizji Allena oraz sprawności aktorów (Sarah Clark, Dina
Connolly, Joe Dempsey, Merrie Greenfield, Michael Kingston i Steve Walker),
którzy musieli się sprawdzić w tuzinach ról.
Co nas czeka w tym wielkim nieznanym, w czyśćcu pomiędzy krainą
Dobra i Zła? O czym mogą rozmawiać dusze połączone wspólnym momentem
śmierci i oczekiwania na odpowiedziedź "i co dalej?" W God's Waiting
Room Ashlin Halfnight z eleganckim ukłonem w stronę powieści Bułhakowa
Mistrz i Małgorzata, ryzykuje spojrzeć w tę nieznaną stronę.
Tam, gdzie dusze - już nie na tym świecie, lecz jeszcze nie wolne od pasji,
zazdrości, trosk i nadziei tego świata - odgrywają uparcie swoje myśli
i działania z ostatnich chwil życia. Spirala wątku była tu ciekawa,
postacie zarysowane wyraziście i ton między lekką zabawą, ironicznym
komentarzem a zadumą. Przyglądamy się sobie, bezradnym aktorom w śmieszno-smętnym
kabarecie życia. Jednoaktówka Halfnighta otrzymała zasłużoną
nagrodę jako jedna z trzech najlepszych nowych sztuk festiwalu. (P.S. 122,
Second Ave.)
Akcent polski - o przedstawieniu The Crazy Locomotive Witkacego grupy
Trap Door z Chicago oraz monodramacie Michaela Wrynna Doyle'a Letter from
Poland pisała już w Nowym Dzienniku Ewa Kara. Dodam więc
tylko, że polscy artyści mieszkający w Nowym Jorku powinni pomyśleć,
jak aktywniej włączyć się w tę sympatyczną imprezę w przyszłym
roku.
*
Po krótkich próbnych lotach w Kalifornii i po długim okresie przeróbek
wylądował na Broadwayu musical Lennon. Przepraszam za ostrość
uwag poniżej, ale serce mocno nadżera rozczarowanie. Szkoda straconej
okazji na taką miernotę.
Jak to się to stało, że z prawie gwarantowanego sukcesu: wyśmienite
piosenki Johna Lennona, dramatyczny życiorys, dobry zespół muzyczny,
utalentowani aktorzy-śpiewacy (wielu spośród nich to alumni popularnego
musicalu Rent), plus entuzjazm wielbicieli lidera zespołu The Beatles,
a więc cóż mogło przemienić ten wybuchowo pozytywny potencjał
w nudnawe widowisko, gdzie znane piosenki brzmią obco, a zdjęcia wyświetlane
na ogromnych ekranach wokół sceny wyglądają zaledwie dekoracyjnie?
Życie Lennona nudnawe? Piosenki monotonnie dudniące ciężkim hałasem
w zbytnim nagłośnieniu? Ani cienia żywej, twórczej inteligencji, sceptycznego
spojrzenia i autoironii tak charakterystycznych dla tego artysty.
Za dużo "konsultantów" składających widowisko według recepty "co
się będzie podobać jak największej liczbie osób", a przede wszystkim
Yoko Ono, która kontroluje prawa autorskie do spuścizny kompozytora. Za
dużo "koncepcji": nie jeden aktor, a kilku w roli Lennona, by podkreślić
różne strony artysty. By więcej osób mogło się identyfikować
z bohaterem opowieści. By uwidocznić (dosłownie) mantrę głoszoną
w wywiadach przez Yoko Ono: "Każdy może grać Lennona, nie tylko jedna
rasa czy specjalni wybrańcy".
Koncepcja w zamyśle może nawet pełna dobrych chęci, odzwierciedlająca
fakt, że Lennon znalazł odzew na wszystkich kontynentach, wśród kobiet
i mężczyzn, wśród ludzi wszystkich ras. Lecz jak to często bywa
z ładnym pomysłem na papierze, zupełnie nie sprawdza się w przedstawieniu,
które przecież ma być o Johnie Lennonie, jednym i jedynym.
W musicalu główna rola jest rozłożona na cztery głosy kobiet, które
tylko śpiewają, oraz pięciu mężczyzn, którzy śpiewają oraz
mówią (dialog skomponowano z cytatów wziętych z wywiadów Lennona).
A więc mamy wielu Lennonów na scenie: trzech białych w różnym wieku,
dwóch Murzynów, jedną Murzynkę, jedną białą, jedną Latynoskę
i jedną z rysami azjatyckimi. (Trzeba jeszcze dodać, że choć Lennon
mieni się w dziewięciu osobach, Yoko Ono jest jedna i jedyna).
Może każdy chciałby "zagrać Lennona", ale gdy dzieje się to równocześnie,
gdy aktorzy nieustannie wchodzą i wychodzą z roli, gdy śpiewają intymne
piosenki chórem, Lennon staje się popularną marką na sprzedaż. Zanika
człowiek o jedynym, skomplikowanym życiorysie. Zanika artysta o wyjątkowym
talencie. Zanika poeta, który wychwytywał na swoim radarze to, co inni niejasno
przeczuwali, nadając bolączkom swego czasu i uniwersalnym tęsknotom wyrazisty
- konkretny i szczególny - kształt.
Lennon, a nie "każdy" wszelkiej rasy i płci, skomponował Give Peace
a Chance, nawet jeśli tysiące śpiewały później tę piosenkę
z przejęciem i przekonaniem przyjmując ją za własny hymn protestu przeciw
wojnie. To on, a nie "każdy", skomponował wzruszające w bardzo różnych
tonacjach, intymne piosenki Mother i Beautiful Boy. A także
pulsującą goryczą i wyzwaniem Woman Is the Nigger of the World.
A także pogodnie roztańczoną Twist and Shout. I Power to the
People, Instant Karma, I'm Stepping Out, Imagine...
Z samych tytułów piosenek można ułożyć bardziej dramatyczny
"poemat znaleziony" niż to, co obserwujemy na scenie. Bowiem obserwujemy
atłasowo miękką wersję podlewaną gęstym sosem sentymentów. Drapieżna
siła ambicji i połączonych talentów młodych Beatlesów zamienia się
w pogodne igraszki rozbawionych szczeniaków. Dramaty rodzinne szybko znikają
w ciemnych kątach. Eksperymenty z narkotykami i ostre zaangażowanie polityczne
Lennona wspomniane są tylko w kontekście ogólnego narzekania na prześladowania
Lennona przez prasę i policję. (Lennon jako biedna ofiara?!)
Wątek wartko dąży ku głównemu wydarzeniu: spotkaniu Lennona z Yoko
Ono. Już się spotkali! Podziwiać więc teraz można, jak mądra,
jak wspaniała, jak cierpliwa, jak cicho cierpiąca, jak wyrozumiała, jak
twórczo płodna, jak dorosła jest Yoko. Jakie szczęście miał niedorosły
John, że ją spotkał. Że się w jej ręce w końcu ufnie oddał.
Że zaznał rodzinnej błogości.
I nic już nie pomoże, by całość nie utonęła w ciepełku
"ballady o Johnie i Yoko". Ani wdzięk Willa Chase'a, jedynego aktora, którego
fizyczne podobieństwo do Lennona i delikatniejsza interpretacja piosenek na
krótkie choć momenty przywołuje obecność nieobecnego. Ani talent Terrence'a
Manna i Michaela Pottsa. Ani bluesowo rozkołysany śpiew Chucka Coopera.
Ani nawet wspaniałe piosenki Lennona.
Z tej fałszywie skromnej a bezpiecznie wygładzonej wersji jego życia
pozostaje tęsknota za głosem Johna Lennona. Za piosenkami w jego wykonaniu,
które potrafią przemawiać do nas bezpośrednio, niby proste, lecz kunsztownie
skonstruowane. Bowiem wielkiego talentu i odwagi potrzeba, by wyrazić uczucie
otwarcie i przekonująco.
-------------------------
Musical Two Gentlemen of Verona, na podstawie
sztuki Williama Shakespeare'a, w adaptacji Johna Guare i Mela
Shapiro, ze słowami piosenek Johna Guare oraz muzyką Galta
MacDermota. Reżyseria i choreografia: Kathleen Marshall, scenografia:
Riccardo Hernąndez, kostiumy: Martin Pakledinaz, oświetlenie:
Peter Kaczorowski, dźwięk: ACME Sound Partners, kierownictwo
muzyczne i dyrygent: Kimberly Grigsby, trener zwierząt: William
Berlioni. Występują: Kate Chapman (Vissi D'Amore Girl), David
Costabile (Launce), Rosario Dawson (Julia), Christine Digiallonardo
(Swings), Rubén Flores (Swing), Renée Elise
Goldsberry (Silvia), Oscar Isaac (Proteus), Mel Johnson, Jr.
(Duke of Milan), Megan Lawrence (Lucetta), Norm Lewis (Valentine),
Paolo Montalban (Eglamore), Don Stephenson (Vissi D'Amore
Boy, Thurio), Noah Weisberg (Speed). Przedstawienia od 16
sierpnia do 11 września, Delacorte Theatre, Central Park.
Lennon, według pomysłu Dona Scardino,
na podstawie piosenek Johna Lennona. Reżyseria: Don Scardino,
scenografia: John Arnone, kostiumy: Jane Greenwood, oświetlenie:
Natasha Katz, dźwięk: Bobby Aitken, kierownictwo muzyczne:
John Miller, choreografia: Joseph Malone. Występują: Will
Chase, Chuck Cooper, Julie Danao-Salkin, Mandy Gonzalez, Marcy
Harriell, Chad Kimball, Terrence Mann, Julie Murney, Michael
Potts oraz zespół muzyczny pod kierunkiem Jeffreya Klitza.
Premiera 14 sierpnia, Broadhurst Theatre, przy Broadwayu.
|