Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Świadectwo
Henryka Daski
Jestem w Polsce, a nie startuję w żadnych wyborach. Mówią mi, że
chyba świruję, skoro nie startuję. Wyścig o bycie na szczycie stał
się tu najlepszym interesem i patriotycznym obowiązkiem. Pasją wielu moich
znajomych nie jest jakaś głupia harówka, dobra dla Amerykanów i Francuzów.
Polacy wybierają, jak zawsze, ciekawszą drogę na szczyt. Ta iście romantyczna
cecha kazała nam wejść na Mount Everest zimą, jakby 50 stopni mrozu
latem było za mało. Prochu nie wymyśliliśmy, ale za to jaki zawsze robiliśmy
z niego użytek! Mówię oczywiście o strzelaniu na wiwat, niech mnie
nikt nie posądzi o uleganie modzie na krytykę upadłych powstań narodowych.
Zresztą powstania, jak sama nazwa wskazuje, są po to, by upadać: co powstało,
musi upaść lub opaść. Gdy zatem opadnie wyborczy kurz i znikną z polskich
ulic billboardy, a z nich gębusie i mordy - nie będzie pustki. Twarze ludzi
"z charakterem" lub "z zasadami" znów zastąpią pupy panienek reklamujących
majtki. Nic się nie zmieni, bo nie ustanie polskie drapanie się na szczyty,
dobijanie się (wzajemne), ściąganie za nogawki, podgryzanie, opluwanie,
poniżanie, kupowanie i sprzedawanie (kolegów), gardłowanie, klaskanie
i mlaskanie... Walka o życie na szczycie nie zakończy się z wyborem
na prezydenta człowieka z zasadami lub z charakterem (jak widać, jedno drugie
wyklucza). Walka z ulic przeniesie się na sale sądowe, bo nieustanna walka,
jak uczy historia, jest naszym świętym obowiązkiem.
Jesienią moi rodacy zajmą się więc rozliczaniem przeszłości. Sędziowskie
stoły i domowe telewizory wypełnią znowu teczki i akta. Nadchodzący
sezon w telewizji - na miejsce poniedziałkowego Teatru TV - oferuje swym widzom
rozliczanie jaczejki Jaruzelskiego za stan wojenny, a może i Grudzień
'70. Zapewne nikt się nie zająknie na temat jaczejki Moczara i Gomułki.
Tradycją programów wyborczych i programów telewizyjnych stało się
nie za dobre pamiętanie o "incydencie" Marca '68. Politycy i media mówią
o wypędzeniu Łemków i Ukraińców w akcji "Wisła", od roku na tapecie
znajduje się sprawa wypędzenia czy - jak kto woli - przesiedlenia Niemców,
niechętnie, ale zaczyna się mówić o "nieustannych przesunięciach"
tysięcy Polaków na emigrację w czasie stanu wojennego. Głuche milczenie
spowija wciąż żywą i bolesną ranę zadaną Polsce, jej kulturze,
nauce, a przede wszystkim dumie: "przesunięcie" za granicę tysięcy polskich
Żydów w latach 1968-1969. Dlaczego?
Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem "wybiórczej amnezji". To taka pamięć
z dziurami niczym szwajcarski ser. Nie chce ona przypominać o czynach haniebnych,
o dość powszechnej obojętności towarzyszącej usuwaniu z polskiego
życia tysięcy Polaków żydowskiego pochodzenia. Społeczeństwo
polskie w Marcu '68 ogłuchło od wrzasku propagandy. Ta głuchota nie pozwoliła
mu dosłyszeć strzałów na Wybrzeżu w Grudniu '70 ani odgłosów
policyjnych pałek na ścieżkach zdrowia w Czerwcu '76. Wzrok i słuch
wrócił dopiero w Sierpniu '80. Nie trzeba być laryngologiem ani okulistą,
by postawić diagnozę przyczyn tak zbiorowej głuchoty i ślepoty. Nic
innego jak amnezja. Wybiórcza. To nawet gorsze niż antysemityzm i wszelka
ksenofobia.
Marcowym dramatom dał ostatnio przejmujące świadectwo Henryk Dasko (Gazeta
Wyborcza z 10 września br.). Pokazał dwie strony medalu: ludzi szlachetnych,
pomagających prześladowanym Żydom za cenę ryzykowania nie tylko własnych
karier - oraz skundlonych karierowiczów, prześladujących Żydów w
celu zrobienia kariery. Henrykowi Dasce pomagali bezinteresownie m.in. Irena
i Karol Małcużyńscy, dyrektor Łazienek Marek Kwiatkowski, ekipa Andrzeja
Wajdy. Niszczył go nikomu wtedy nieznany doktorek, który chcąc się zasłużyć
doprowadził do wyrzucenia ze studiów studenta SGPiS na podstawie najbardziej
bezsensownego zarzutu. Zresztą zarzut był tu nieistotny. Dr Zbigniew Klepacki
nie wyrzucał ze studiów wroga ludu. Dr Klepacki wyrzucał ze studiów
Żyda. I robił to rozmyślnie, z nadzieją wyjechania w górę na spałowanych
plecach wysłanego "do Syjonu syjonisty"...
Zachowanie Klepackiego, niczym się nieróżniące od wojennego szmalcownictwa,
zostało dostrzeżone i nagrodzone. Dasko musiał Polskę opuścić.
Klepacki zrobił w niej karierę. Został profesorem zwyczajnym, wybitnym
specjalistą prawa międzynarodowego, przedstawicielem Polski w agendach ONZ
i zajął kierownicze stanowiska w PAN-ie. Dziś jest prawdopodobnie emerytem
i prowadzi prywatną uczelnię, nauczającą biznesu i przedsiębiorczości.
"Ale początkiem drogi prof. Klepackiego był przełomowy dla jego biografii
rok 1968, kiedy już jako nowo mianowany, marcowy ´szturmdocentª
wyszedł ostro z bloków startowych, budując swoją karierę na fałszywych
oskarżeniach i cudzej krzywdzie" - jak napisał Dasko. Jest to indywidualne
świadectwo krzywdy nigdy nienaprawionej. A w szerszym aspekcie - nigdy dokładnie
niezanalizowanej i nieudokumentowanej.
Henryk Dasko pokazał wierzchołek góry lodowej. Po roku pobytu w Polsce
i pracy na uczelni mogłem się przekonać, że marcowa "inwazja pluskiew"
(termin prof. Leszka Kołakowskiego z eseju Tezy o nadziei i beznadziejności)
pozostawiła trwałe ślady ukąszeń, jak najbardziej heglowskich, umysły
zniewolone kłamstwem i strachem. A także spadek w postaci funkcjonującego
wciąż w najlepsze systemu, opartego na donosicielstwie oraz tępieniu
niezależnego myślenia. Wiele starych "pluskiew" nadal wygrzewa profesorskie
i senatorskie fotele. Nawet jak odejdą, skażenie w umysłach zostanie.
Może z tego powodu nie spełnię w Polsce patriotycznego obowiązku
i nie wystartuję tu nigdy w żadnych wyborach. A przecież mógłbym
pójść w ślady Stana Tymińskiego - przyjechałem z Kanady i odróżniam
komputer od konia. Wolę jednak świeże powietrze kanadyjskich prerii
od zaduchu pluskiew, bijącego z polskich salonów. Za dużo różnych
Klepackich sprawuje nadal w tym kraju rządy, nie tylko dusz. Może dlatego
tak w nim duszno?
|
|