ARTUR TANIKOWSKI
Sentymentalna Panna "S"
na fotografiach i plakatach
Atlas to czy może panorama polskiej drogi do wolności? Jakkolwiek nie sklasyfikujemy przeglądu w Muzeum Narodowym*), wyzwala on emocje, podbijane dyskretnie sączącą się w tle muzyką bardów "Solidarności". Ktoś nieobeznany z realiami zatrzymanego w obiektywie czasu mógłby podsumować wystawę rzeczowym i beznamiętnym opisem. Czy nieprawdziwym? Zaryzykujmy.
Kilkaset czarno-białych fotografii z bodaj jednym barwnym wyjątkiem; na nich najczęściej statyczne, mniejsze lub większe grupy ludzi, rzadziej pojedyncze postaci. Stoją, obserwują, milczą, biją brawo, czasem klęczą; częściej siedzą, niekiedy leżą - nawet śpią w obu tych pozycjach. Ktoś przemawia, wznosi ręce do góry, uśmiecha się, pali fajkę albo siedzi mocno zamyślony; to mężczyzna o bujnej czuprynie i obfitym wąsie. Flagi, transparenty, gazety, znaczki wpięte w klapy marynarek; wszystkie z kilkunastoliterową inskrypcją, pisaną płynną, nieco secesyjną czcionką. W dłoniach papierosy, na rękawach dwubarwne opaski. W tle - sale zebrań, fabryczne mury, dźwigi, ulice i place, niekiedy kościół. Z czasem przybywa napisów, podobnie jak mężczyzn w mundurach i czapkach (lub hełmach); fabryczne wózki akumulatorowe (służące za mównice) ustępują miejsca potężnym pojazdom z lufami. Na ekranie łysawy mężczyzna w mundurze z poważną miną trzyma w dłoniach kartkę; oprawki jego okularów powtarzają kształtem owal telewizora; za nim flaga z orłem w jakimś dziwnym, półukośnym locie. Nowy kadr: inny mężczyzna biegnie skulony, dłonią dotykając głowy; naprzeciw niego - czołg, wokół - topniejący śnieg; obraz coraz bardziej zamazany, pogrąża się w nieostrej szarości.
Metafora i rzeczywistość
Niektóre fotografie już na stałe weszły do ikonosfery okresu wielkiej zmiany, przede wszystkim przez symbolikę, łatwo czytelną dla tych, którzy tamtego czasu zaznali jako ludzie świadomi. Jedną z nich (tę jedyną barwną z wystawionych w muzeum) wykonał 13 grudnia 1981 roku Chris Niedenthal, przedstawiając jeden z warszawskich placów. Czytać ją można od góry: Moskwa (kino), Czas apokalipsy (akurat w kinowym repertuarze), stojący tyłem do budynku pojazd bojowy typu skot (stredni kolovy obrneny transporter = średni kołowy transporter opancerzony) - nieślubne dziecko PRL-u i socjalistycznej Czechosłowacji (szczęśliwie oboje rodzice od lat nie żyją!). Wokół wozu rozmawiają żołnierze, na chodniku przystaje kilkoro cywili, zwykłych przechodniów, a wszystko w scenografii topniejącego śniegu. Absurd sytuacji buduje semantyka napisów, zderzona z tym, co realne. Bo Moskwa w Warszawie to w końcu tylko kino, apokalipsa też ledwie filmowa, a jednak skot z lufami niepokojąco skierowanymi ku ulicy Puławskiej nie jest atrapą, jego załoga nie odbywa rutynowych ćwiczeń, a na twarzach przechodniów widać wyraźne zaskoczenie sytuacją i otoczeniem. No i ów mokry śnieg; za cztery dni będzie na Śląsku rozjeżdżany przez czołgi, deptany przez tyraliery zomowców pacyfikujących kopalnię "Wujek". W utrwalających te prawdziwie wojenne sceny fotografiach z archiwum Jerzego Kośnika nie ma już odrobiny metafory; do dziś wieje z nich grozą.
Niekiedy na zdjęcia patrzymy z perspektywy upływającego czasu, więc notację spustu migawki Niedenthala możemy odnosić do obecnego wizerunku utrwalonego niegdyś miejsca, a nie tylko ludzi. Nikt dziś nie tęskni (no, może prawie nikt) ani za Moskwą, ani za czasem, w którym serwowano społeczeństwu apokaliptyczne pejzaże i nastroje. Ale architektoniczny potworek, zwany centrum finansowym, który rozkraczył się przy Puławskiej na miejscu zburzonego kina, jest znakiem nowego (nie)porządku - odmiennej, już niesowieckiej dzikości i mającej inne podstawy akulturacji w traktowaniu przestrzeni stolicy.
Kontynuujmy opis fotoplastykonu, zatytułowanego "Początek drogi". Trybuna Ludu donosiła 15 sierpnia 1980 roku: "Nie ma nic bardziej niepokojącego niż cisza nie pracującej fabryki, niż martwota maszyn i urządzeń, które stoją, nie produkują, milczą. Nie dają odpowiedzi na nasze nabrzmiałe potrzeby. W takiej atmosferze niczego nie domyślimy, ani nie dopracujemy do końca". I rzeczywiście - nie Trybuna, tylko lud, który już nie potrzebował jej pomocy, "domyślił" i "dopracował", choć chwilowo nie pracował... Oto trzech skulonych robotników w stróżówce chroni się przed deszczem. Nad ich głowami rozpościera się transparent głoszący "chwałę ludziom dobrej roboty". Z tworzących go czterech członów tylko ten odnoszący się do ludzi rozpoczyna się małą literą. A sam napis jest skalą tak wielki, że nie starczyło nań stoczniowego płotu, przecina więc budkę na wysokości ludzkiej głowy. Wszak to hasła wówczas panowały, oplatały rzeczywistość, jakby próbując ją zakląć wedle projektu wdrażających realny socjalizm aktywistów. Maciej Billewicz nie schwytał w obiektyw swego aparatu anonimowych bumelantów - ci z pewnością skryliby twarze - tylko strajkujących stoczniowców, którzy nie schodząc z posterunku, zdając się uśmiechać do fotografa.
Karnawał "Solidarności"
Przestawała obowiązywać poetyka szablonów partyjnych propagandzistów, autorzy nowych napisów szukali dla nich nieskrępowanego miejsca na murach stoczni, poza oficjalnymi gazetkami ściennymi i okazjonalnymi transparentami; pisane teraz mniej wprawną ręką inskrypcje obwieszczały groźnie, choć z prostoduszną nadzieją: "Strajk trwa!", "Tylko solidarność i cierpliwość zapewni nam zwycięstwo", "Niech żyją wolne i niezależne związki zawodowe i pokój na całym świecie". Z kolei realizm sceny zobrazowanej przez Erazma Ciołka zasadza się na prostym fakcie, że protestacyjne wstrzymanie się od pracy nie oznaczało zamrożenia ludzkich uczuć i emocji. W scenografii strajkowej - nad murem z hasłami - ukazuje się reprodukcja obrazu z Matką Boską i flaga narodowa, ale już pod nimi toczy się normalne życie: jeden ze strzegących muru mężczyzn zupełnie naturalnie spogląda z zainteresowaniem w dół, ku przechodzącej z siatką z zakupami kobiecie.
Może jednak ów wzrok stoczniowca nie skupiał się na właścicielce siatki, a na samej siatce? Wszak sytuacja ekonomiczna była do tego stopnia napięta, że urządzano protesty głodowe, jak ten w Łodzi pod koniec lipca 1981 roku. "Przez rządy Gierka nie znamy nawet cukierka" - głosi tablica niesiona przez wielce malowniczą na pierwszy rzut oka "bandę" chłopaków w mocno znoszonych trampkach. Ogląd rzeczywistości i jej komentarz dokonywany przez dzieci (nawet tych "uzbrojonych" w podpowiedzi dorosłych) zawsze przynosi poszerzenie pola obserwacji o nowe konteksty, inną perspektywę. 5 września 1981 r. podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" w gdańskiej hali "Olivia" otwarto wystawę dziecięcego malarstwa. Właściwie same tytuły kilku prac sfotografowanych przez Annę Beatę Bohdziewicz dają pojęcie o sile ich przekazu oraz nastrojach, którym ulegali ich twórcy: "Ala ma kota, a kot nie ma mleka" albo "Witamy Pana Miłosza w stoczni. Pan da siłę swojemu Poecie". Jeśli można tu wyrazić jakiś żal, to głównie wobec faktu, że fotograficzka nie zapisała nazwisk młodych plastyków, a przecież ich dzieła mogą śmiało konkurować z niejedną pracą notowanego, dorosłego twórcy.
Jednym z bardziej znanych kadrów wśród obrazów na zawsze związanych z karnawałem pierwszej "Solidarności" jest zdjęcie autorstwa Witolda Rozmysłowicza "Lech Wałęsa przed rozmowami z premierem Wojciechem Jaruzelskim. Warszawa, 9 marca 1981 r.". Tu znów nie sposób wyłączyć mechanizmu wieszczenia post factum o niechybnym fiasku umowy społecznej. Wałęsa idzie prosto ku widzowi, lekko zwrócony głową ku usztywnionemu Jaruzelskiemu, który właśnie odbija w bok, jakby miał już dość kompromisów i gotowy pomysł na zastopowanie Polaków w drodze do wolności.
Na innym zdjęciu strajkujący wykrawaceni pracownicy gdańskiego Urzędu Wojewódzkiego zostali przyłapani w zabawnych pozach; gęsiego skaczą żabką. Fotografia przypomina, że protest nie dawał powodów do samoudręczenia i fizycznej degrengolady; należało robić wszystko, by zachować dobrą formę i przytomność umysłu. Ale ów zapis można znów konfrontować w pamięci ze znanymi głównie z opisów (bo któż mógłby to fotografować), obrazami niesławnych "ścieżek zdrowia", choćby tych z Radomia w 1976 roku.
Z dwóch bardzo odmiennych fotografii dwóch różnych autorów można ułożyć dyptyk o tym, jak polskie morze pochłonęło komunizm. Erazm Ciołek w gdańskiej stoczni zauważył swym obiektywem pękającą linę cumowniczą na kilka dni przed początkiem strajku. Za chwilę odpłynie coś, co nie zmieściło się nie tylko w obiektyw, ale i w ramy rzeczywistości; coś, o potędze czego świadczy naprężona do granic, wiotczejąca lina. Natomiast fotografia Janusza Uklejewskiego ma jeszcze zdecydowanie oficjalny charakter, przynajmniej wedle tytułu, który w lutym 1981 roku obwieszczał: "Mimo trudnej sytuacji w Polsce Stocznia Gdańska zwodowała kolejny trawler-przetwórnię dla armatora radzieckiego". Zdjęcie ewokuje patos kalibru właściwego historycznym obrazom z bitwami morskimi. Pozornie nic wielkiego w realiach stoczniowych się nie wydarza - ot, kolejne wodowanie. Ale autor zdjęcia uchwycił moment, w którym osuwający się z pochylni kolos z wymalowaną cyrylicą nazwą armatora, mocno bije w wodę lewą burtą, wznosząc olbrzymi obłok piany. Nie widać ludzi, scenie przyglądają się w milczeniu potężne stoczniowe dźwigi.
Cyrylica i solidaryca
Pierwsza - obca, do końca lat 80. kojarzona częściej ze współczesnym reżimem i narzuconym po Jałcie systemem, niż z wielowiekową kulturą wschodnich sąsiadów. Druga - od początku strajków coraz szybciej oswajana, błyskawicznie popularyzowana. Nazwa zapisana tą czcionką stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i może też najbardziej pozytywnie kojarzonych na świecie znaków graficznych, nie związanych wszak z żadną komercyjną marką, firmą czy korporacją. Autor znaku - gdański grafik Jerzy Janiszewski wspominał po latach: "Od pierwszych dni strajku wystawałem pod bramą stoczni. Czułem, że powinienem uczestniczyć w tym, co się tam działo. To było ogromne przeżycie. Widziałem, jak zawiązywała się między ludźmi solidarność, jak się z niej rodził ruch społeczny. Pierwsza myśl, jaka mi zaświtała, to zrobić jakiś plakat. Szukałem symboli, najpierw pomyślałem o bramie stoczniowej udekorowanej kwiatami, o fladze biało-czerwonej, o akcentach religijnych. Szukałem znaku, który połączyłby wszystkich". "Solidarność" się przyjęła, a pojęcie na stałe związało z ową specyficzną literą, przywodzącą na myśl maszerujących, wspierających się nawzajem ludzi.
Napisy na ścianach czy murach - autentyczne i bezpośrednie w treści, dyletanckie w formie, która siłą rzeczy schodziła na plan dalszy, zaczęły z czasem zastępować profesjonalnie zaprojektowane, choć drukowane nieraz najprostszym sposobem plakaty**), ulotki, okolicznościowe kartki, kalendarze, a nawet podziemne znaczki pocztowe. I one prezentowały całą gamę graficznych poetyk: od przegadanych i nadmiernie obciążonych martyrologiczną symboliką, po te naznaczone jednym trafnym plastycznym gestem, który widz zapamiętywał od pierwszego spojrzenia, a potem bez trudu kojarzył i w pamięci odtwarzał. Do tych bez wątpienia należą zrealizowane projekty Jana Bokiewicza czy Piotra Młodożeńca. Nie zaprzeczając swej istocie, jaką jest sztuka ulicy, potrzeba publicznego przekazu i wchodzenia w aktywny dialog z aktualnymi wydarzeniami, pozostały najlepszymi nośnikami nastrojów czasu wielkiej próby. Do dziś świetnie wyglądają w podwórzu starej kamienicy, gdzie śmietnik wciąż walczy o miejsce z kapliczką zamieszkaną przez przybraną kwiatami gipsową figurę.
Drogowy znak "zakazu wjazdu czołgów"; koślawy, ręcznie pisany alfabet, w którym
z prawej pionowej belki litery "n" wyrasta maszt z polską
flagą; sama flaga, z której dolnego skraju skapuje na napis
"Grudzień '81" ciężka czerwona kropla. A wszystkie z użyciem
trzech "egzystencjalnych" kolorów: bieli, czerni i czerwieni,
kreślone zamaszystym gestem lub odbijane z szablonu o poszarpanych
spontanicznie konturach. I dziś z daleka rzuca się w oczy
ich treść, nie mówiąc o formie, jakże odmiennej od tandety
kinowych czy dyskotekowych afiszy. W niejednym plakacie "Solidarności"
- jak w tych właśnie skrótowo opisanych autorstwa Piotra,
syna Jana Młodożeńca - przetrwały najlepsze cechy słynnej
polskiej szkoły plakatu. Jednego z jej ojców-założycieli,
nieodżałowanej pamięci Henryka Tomaszewskiego właśnie pożegnaliśmy.
-------------------------------------------------------------------------------------------
*)"Solidarność. Początek drogi. Sierpień 1980
- grudzień 1981", Muzeum Narodowe w Warszawie, 29 sierpnia
- 18 września 2005.
**)"Plakaty Solidarności z lat 1980-89", Galeria Jabłkowskich,
Warszawa, 27 sierpnia - 22 września 2005.
|