KRZYSZTOF MAZOWSKI
Co nowego
w przeszłości?
Czas przeszły nie zawsze jest dokonany. W przeszłości ciągle bowiem "coś się dzieje" i nie trzeba wcale machiny czasu, aby to sprawdzić. Wygrane bitwy stają się przegranymi, bohaterowie okazują się tchórzami albo zdrajcami i w ogóle panuje wielkie zamieszanie. My tymczasem, zamykając podręcznik szkolnej historii, wyobrażamy sobie, że wszystko już się stało, że wszystko jest już dokonane, zamknięte, że niczego nie da się zmienić... Tymczasem w przeszłości dzieje się wiele, zegar historii stanął w miejscu, bitwy i kampanie rozgrywane są na nowo, cały czas trwają zmagania.
Ot, choćby bitwa pod Grunwaldem. Wygraliśmy ją czy przegraliśmy? Zajrzyjmy na pole walki. Tumany kurzu i krzyk zabijanych... Profesor Henryk Samsonowicz opowiadał nam, studentom drugiego roku historii Uniwersytetu Warszawskiego, jak wygraliśmy pod Grunwaldem. Polem zmagań był radziecko-polski kongres historyków, chyba gdzieś w latach 50. Historycy radzieccy lansowali na nim tezę o wielkim zwycięstwie oręża ruskiego pod Grunwaldem nad Niemcami. Polacy natomiast twierdzili, że chodziło raczej o polskie zwycięstwo. Nic bardziej błędnego, oponowali historycy radzieccy. Już sama statystyka wykazuje, że było to zwycięstwo ruskie, bo Rusini i inne narodowości Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak wiadomo wchodzące wówczas w skład rodziny narodów radzieckich, stanowiły większość, i to przeważającą, na polach bitwy grunwaldzkiej. Polscy historycy już niemal musieli przyznać rację swoim radzieckim kolegom, ale ktoś nieopatrznie poruszył temat rosyjskiej kolonizacji Syberii, która jakoby nie dokonała się wcale w tym momencie dziejowym, który sugerowali badacze radzieccy. Na kongresie doszło więc do kompromisu. Towarzysze radzieccy zgodzili się na umieszczenie w podręcznikach polskiego zwycięstwa pod Grunwaldem, a w zamian za to polscy historycy uznali twierdzenie, że Syberia została skolonizowana przez Rosjan w XVI wieku. I wszyscy wrócili zadowoleni na swoje uniwersytety.
Oczywiście tak naprawdę bitwa była nierozstrzygnięta, a co gorzej, Jagiełło nie skorzystał z osłabienia zakonu i nie uderzył na Malbork, dzięki czemu państwo krzyżackie przetrwało i przekształciło się w Prusy, później jednego z zaborców Polski. Ale cóż, było lato, rycerstwo rozjechało się do domów zbierać zboże.
Przykładów na żywotność przeszłości można przytoczyć wiele. W Katyniu np. najpierw do Polaków strzelali Niemcy, a potem nagle Rosjanie. W drugiej wojnie światowej Polacy należeli do zwycięzców, a teraz okazuje się, że przegraliśmy z kretesem. Czyli co, II wojna światowa trwa nadal czy może skończyła się dopiero przed chwilą? Sięgając do bliższych przykładów - okrągły stół był wielkim sukcesem polskiej opozycji, a teraz mówi się, że to zdrada narodowa...
Przypomnijcie sobie rozmowy sprzed wielu lat z dziadkami, rodzicami. Słuchało się ich wtedy jednym uchem, a wypuszczało drugim. W jakiejś sprawie bronili swojej racji, a my uważaliśmy inaczej. Coś może chcieli nam powiedzieć, o czymś przekonać. Ich słowa obiegają nadal kulę ziemską z szybkością dźwięku i czasem docierają do nas ponownie z trzydziestoletnim opóźnieniem. Aha! To o to im wtedy chodziło! To tak, jakby zrozumieć puentę oglądanego filmu dopiero po wielu latach, kiedy zobaczyło się go ponownie. A może to już zupełnie inny film? To tak, jakby przeczytać ponownie jakąś książkę. Ogniem i mieczem to dla mnie za każdym razem zupełnie inna powieść. Czyżby Sienkiewicz ciągle ją przerabiał? Czas gdzieś tam zakręca i wraca ciągle w to samo miejsce. Kto na to wpadł? Einstein? Dawno to już było, więc czy to ważne?
Piszę o tym, mając pewien żal do niektórych moich rodaków, którzy nie chcą już słyszeć o historii, bo po co komu ona... Nie widzą wpływu przeszłości na dzień dzisiejszy, odrzucają cały kontekst historyczny jako niepotrzebny balast, jak stary mebel, który zasługuje tylko na wyrzucenie. Jasne, że historia, jakiej nauczano w PRL-u, mogła niejednemu obrzydzić wszelkie lektury historyczne. Czy jednak nie o to właśnie chodziło, aby dialektycznie potraktować przeszłość jako zamknięty rozdział i ufnie patrzeć w świetlaną, socjalistyczną przyszłość? No bo z teraźniejszością kolejkową bywało różnie, ale w przyszłości, kiedy już zbudujemy prawdziwy socjalizm, to dopiero będzie. Obrzydzanie historii jako tematu nudnego i zbytecznego, może z wyjątkiem Krótkiej Historii WPK(b), miało też na celu odwrócenie zainteresowania ludzi od grzebania się w przeszłości, bo a nuż dogrzebaliby się w niej czegoś, co nie było zgodne z obowiązują w danej chwili linią polityczną. Samodzielne myślenie, czyli coś najprzyjemniejszego w życiu, czego człowiek może doświadczyć, skazano na banicję. Aby ludzie nie myśleli i zajęli się czymś innym, ustawiono ich w kolejkach po wszystko. I wygląda na to, że propaganda peerelowska nadal działa, zakotwiczyła się w umysłach w kraju i na emigracji i nadal kształtuje światopogląd Polaków. A więc jeszcze jeden przykład żywotności historii, przykład czasu przeszłego niedokonanego. Tak naprawdę przecież wszystko jest historią, jeżeli nie teraz, to za chwilę, i nie da się od tego uciec. Z tego po prostu warto zdawać sobie sprawę.
Szkoda mi więc tych moich rodaków, którzy nie chcą pamiętać. Szkoda mi ich, bo w PRL-u przeszli pranie mózgu, porąbali z uciechą i wyrzucili na śmietnik wszystkie stare meble swojego intelektualnego wyposażenia i wydają się być "szczęśliwi inaczej", nie wiedząc, skąd przychodzą i dokąd zmierzają. Jak mówi Rafał Ziemkiewicz, dziś dla wielu ludzi najważniejsza jest promocja w supermarkecie. Widziałbym w tym odpowiednik peerelowskich kolejek, czyli materialistyczne konsumowanie tu i teraz. Mieć zamiast być... Kiedy już jednak napełnimy lodówkę i rozsiądziemy się na skórzanej kanapie przed płaskim telewizorem oferującym nam gumę do żucia dla mózgu, to pewnie zdrzemniemy się za chwilę, bo przecież nic innego nas już nie czeka. Następnego dnia wszystko powtórzy się na nowo. Nie trzeba będzie niczego pamiętać. Czy jednak nie warto się kiedyś obudzić i popatrzeć szeroko otwartymi oczami także za siebie?
Może jednak się mylę. Pamiętamy przecież to, co najbliższe, najważniejsze, przeszłość własnej rodziny, rocznicę ślubu, narodziny dzieci. Może ta niechęć do historii to po prostu zdrowa reakcja organizmu? No bo dawne dobre, złote czasy... To fakt, Polacy jako jeden z niewielu narodów nie mają się tu specjalnie do czego odwoływać, wspominać z rozrzewnieniem minionych dni chwały. A to, co pamiętają, woleliby jak najszybciej zapomnieć.
|