EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skażonej strefy
Tuż przed północą 25 września 2005 r. runęło na mnie tsunami:
PiS pobił Platformę. Pobił ją za pomocą "interioru", czyli środka
Polski, ludźmi nie bardzo zorientowanymi, którym w gruncie rzeczy było
wszystko jedno; liczyli, że PiS trochę im doda, wygrzebie nie wiadomo
skąd, nie będzie patrzeć, co dalej. Słowem, liczyli, że PiS nie
będzie tak logiczny jak Platforma. No i stało się. Wygrało o włos
Prawo i Sprawiedliwość. Przy zastraszająco jednak niskiej frekwencji wyborczej.
Żadna pociecha.
Premierem nie będzie już ekscytujący, świetnie wykształcony, inteligentny,
strzelający racami dowcipu - Jan Rokita z Platformy Obywatelskiej, ale dobroduszny
krasnoludek, Jarosław Kaczyński z Prawa i Sprawiedliwości, któremu trzeba
będzie podsuwać stołeczek, gdy stanie przy pulpicie. Zalałam się łzami.
Bo byłam pewna wygranej mojej Platformy.
Wizualne cechy bywają - choć nie zawsze - symbolem spraw istotnych. Otóż,
w tym przypadku, kogoś doskonale nadającego się do tego zajęcia zastąpi
populista, gość niewielkie mający pojęcie o gospodarce - za to ktoś,
kto obiecuje. Każdemu biednemu da, a bogatemu odbierze. Janosik bez Janosikowej
aparycji i weny.
Gdy patrzę i słucham ich obu, widzę dwa światy: świat oklepanych
truizmów po jednej stronie, a po drugiej - świat rzetelnej analizy i bilansu
potrzeb. Analizy, która, gdyby zrealizowana, godziłaby - powiem szczerze
- we mnie: płaciłabym za wszystko więcej. Ale cóż ja?! Dla młodych
byłoby lepiej. Tej kwestii rodacy jakoś nie biorą pod uwagę.
Wybory prezydenckie tuż. Może tu szczęście dopisze Donaldowi Tuskowi
z Platformy Obywatelskiej? Ostatnio szedł jak burza, wyprzedzając o kilka
długości konkurentów. W sondażu robionym przez ankieterów w dniu
wyborów zachował tę przewagę. Nad Lechem Kaczyńskim 12 proc. Dużo
to czy mało? Ale karta może się odwrócić. Tym razem jednak wynik
wyborów parlamentarnych powinien bardziej zagrać na korzyść Tuska. Przemawiać
za tym powinno pokrewieństwo Kaczyńskich. Czy można przyjąć, że
władzę w kraju sprawować będą dwaj bracia bliźniacy jednojajowi?
Jeden jako prezydent, drugi - premier? Nieodróżnialni od siebie. Chyba
Polacy na to nie pójdą? Chyba została im resztka poczucia humoru?
Gdyby tak się stało, nasza ojczyzna powinna zmienić nazwę na Kaczorowo.
Zachodzę w głowę, jak można było nie głosować na formację
Tuska?! Logika myślenia, inteligencja, a przede wszystkim spójność proponowanego
politycznego planu naprawy Polski widoczne w każdym calu. Przynajmniej dla
mnie. A lider i kandydat na prezydenta? Ze świecą takiego drugiego szukać.
Kto go złapał na krętactwie?! Przezroczysty jak żona cezara. Chcę
go sprawdzić jako prezydenta - czy zdołam? Nie wiem. Bo jak się nam jaki
dobry trafi - strącamy w niebyt.
Skończyłam pisać dziwną książkę-wyznanie. Pod tytułem Moja
teczka. Tytuł podsunęła mi niedawna afera teczkowa (czyli tak zwana
lista Wildsteina) rozpętana przez czcigodny Instytut Pamięci Narodowej,
który wcale tak czcigodnym się jednak nie okazał. No, ale to już osobny
temat.
O mojej książce trafniej byłoby powiedzieć: "wyznanie win". Spoczęła
na biurku redaktora wydawnictwa RYTM. Poprzedza ją stronicowa recenzja pióra
Piotra Wojciechowskiego pod tytułem: Proza ostra jak nóż, serdeczna
jak płacz. Czy można wymyślić lepsze określenie? O takim marzyłabym,
o ile stać by mnie było na marzenia.
I zaraz potem, siedząc na kanapie w gabinecie redaktora wydawnictwa, który,
zatopiony w lekturze, mruczał: - No, no... - A drzewa za oknem szumiały
tej pięknej jesieni, jakiej w Polsce nie pamiętam; otóż, w tej chwili,
dostałam strasznej depresji.
Prześladuje mnie od lat (piszę o tym w mojej książce), ale takiego
strasznego "dołka" jeszcze nie doświadczyłam. Zegar biologiczny przyspiesza,
więc mam i inne choroby: wieńcową, nadciśnieniową, rozedmę płuc,
ale gdyby mi dać do wyboru, którą eliminuję, powiedziałabym: "depresję".
Tamte niech sobie będą. Nie ma większego cierpienia niż taka fest,
endogenna depresja.
Na wszystko trzeba brać lekarstwa, poddawać się zabiegom, wszystko się
miesza, głowa kołowacieje. Zapalenie oskrzeli, antybiotyki, koronarografia,
nitrogliceryna, stenty, kolana - ból. A na dworze - cud pogoda.
Powracam do niedzieli wyborczej, 24 września. Obowiązuje cisza. O polityce
ani słowa. W domu też musi być cisza jak makiem zasiał, mam zakaz
mówienia, bo Zbyszek ogląda mecz siatkówki pań Rosja-Polska. Więc
wychodzę. Idę spacerowym kroczkiem na film Zanussiego pod tytułem Persona
non grata do pobliskiego Cinema City. Na każdym niemal drzewie, na każdym
słupie widzę billboardy kandydatów na parlamentarzystów i prezydentów.
Co ci ludzie z siebie powyprawiali! Weźmy takiego Włodzimierza Cimoszewicza.
Przystojny, starzejący się w najlepszym stylu. A tu naraz widzę fryzjerczyka!
Kto mu taką krzywdę wyrządził i po co? Odmładzacze.
Cimoszewicz już się nie liczy, ale prawie wszyscy zostali odmłodzeni
w podobnym stylu. 32-letni Wojciech Olejniczak, szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej
(SLD), wygląda jak chłopiec od I Komunii Świętej. Tylko dać mu świecę
w dłoń...
Gdy Cimoszewicz wypowiadał w telewizji sławetne zdanie, że ostatecznie
zrezygnował z ubiegania się o prezydenturę, majstrujący w naszym sraczyku
hydraulik, zakrzyknął: - Czy dobrze słyszę? Cimoszewicz rezygnuje? -
Potwierdziliśmy. - To w takim razie usługa gratis. - Skłoniliśmy się
nisko.
A Persona non grata jak persona non grata. Można patrzeć. Najbardziej
podobał mi się Michaił Konczałowski. Diabeł-szpieg. Ach, cóż
to za aktor!
Po raz nie wiem już który stwierdzam, że już się nie nadaję
do tej "kultury", która nas opanowała. Sztuczna. Epatująca widza czymś,
co mnie się wydaje wręcz nudne. Albo młodością, albo ekstrawagancją.
Ma być straszne albo śmieszne - ale ani straszy, ani śmieszy.
Pamiętam, jak na moich oczach East End w Nowym Jorku przedzierzgnął się
z dzielnicy lumpów i nędzarzy w artystyczne ekstrawaganckie siedlisko. Wolno
to szło, ale szło. A Greenwich Village, które przedtem pełniło tę
rolę - zmieszczaniało. Podobało mi się. Może byłam młodsza i
dlatego?
Teraz w Warszawie - nasza poczciwa, zachowana od wojennego zburzenia Praga
zaczyna pełnić rolę East Village. Na najdalszych jej krańcach, tam gdzie
diabeł dobranoc mówi, przy wielkiej bazylice, w której wnętrzu gnieżdżą
się gołębie i latają swobodnie pod sufitem; otóż zaraz w pobliżu
powstała Fabryka Trzciny. Historycznie miejsce miało coś wspólnego z
trzciną, ale teraz urządzane są tam supernowoczesne performances i koncerty.
- Cioci tam nie wpuszczą - ostrzega siostrzenic, jakby myślał, iż
już tam lecę. W ogóle w całej Warszawie zaroiło się od lokali
udziwnionych, typu "cioci tam selekcjoner nie wpuści". Rozmaite Le Madame
itp.
Nie widzę w tym nic zdrożnego, ale takie rzeczy, które jednych biorą,
innych - odrzucają. Owszem, zdarza się perwersja, ale okropnie nudna. Może
snobizm tu działa, bo nie chce się wierzyć, że zachwyt sztuką. Do
kogo i do czego chcemy doszlusować?
Gazet nie czytam. Zwłaszcza tygodniowych dodatków z mądrymi esejami,
naprawdę mądrymi, bez cudzysłowu, ponieważ są to rzeczy, które
przeważnie brałam na własnej skórze. Zgoda, są dla młodszych.
Bo jak się z pisanego słowa nie dowiedzą - to znikąd.
Wczoraj, jadąc autobusem, zauważyłam kontrolera biletów. (Dawne określenie
"kanar" - znikło). Siadam, głowę pochylam nad książką, i nagle
ktoś dotyka mnie delikatnie: - Bilet poproszę. - Unoszę głowę: - O,
przepraszam - to "kanar" zobaczył moją twarz. ( Od siedemdziesiątego roku
życia warszawiacy nie płacą w komunikacji miejskiej). Poczułam się
raźniej. Zmarszczki mnie dowartościowały.
Dobrze, że w Stanach Zjednoczonych piłka nożna, ta nasza, klasyczna,
nie rozpala umysłów do białości.
Za komuny mówiło się - entuzjazmują się meczami, bo co innego im
wolno? Niczego nie wolno. - Stadion dawał upust wszelkim emocjom, nie tylko
sportowym. I tym najzajadlejszym, do ustroju. Ustrój przeminął. I co?
Emocje jeszcze się spotęgowały. Wystarczy spojrzeć na twarz Pawła
Janasa, trenera kadry, na okładce Polityki z 10 września br. Podbródek
Mussoliniego to przy nim dziecinna bródka. I podpis: "Los powierzył mu honor
polskiej piłki i Polaków". Ostatni raz obroniliśmy ten honor trzecim miejscem
w roku 1974.
No cóż... Każdy ma takie smutki, na jakie zasłużył i takież
radości.
26 września 2005 r.
|