[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 7 października 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Rękojeść miecza

"Siedzę na dworcu w Kansas City" - śpiewali niegdyś Skaldowie. Ja siedzę na dworcu w Warsaw City, czekając na kolejny pociąg w Polskę. Od kilku miesięcy podróżuję, z niewielkimi przerwami, po pięknym kraju swojej młodości. "Polska to nudny, beznadziejny kraj" - dowodzi pani z Żoliborza, spotkana w nocnym autobusie. Dziwię się jej irytacji: skończyła zmianę w drukarni Newsweeka i zamiast się cieszyć, że ma pracę w amerykańskim, choć polskim tygodniku, narzeka. W drodze z okolic Rembertowa roztacza przede mną katastrofalną wizję "kaczorzej Polski", reklamowanej na plakatach wyborczych Lecha Kaczyńskiego ("Prezydent IV Rzeczpospolitej"). Patrzy na mnie jak na szaleńca, gdy mówię, że to kraj niezwykle ciekawy, pełen kontrastów i niesprawiedliwości, aberracji i frustracji, ale jednak piękny swoim młodzieńczym trądzikiem demokracji. Kobieta jeździła po świecie, bywała w Chinach, Indiach i Nepalu, ma więc skalę porównawczą. "To nie jest kraj dla normalnych ludzi, takich jak pan" - przekonuje, sięgając po delikatny szantaż moją normalnością.

Nawet jakby chciał - nie uchodzi. W rozmowach Polaków króluje figura stylistyczna "normalności", lub jej braku. Amerykanie gaworzą o robieniu pieniędzy, Francuzi o polskim hydrauliku, Włosi o Polkach, a Polacy o polskiej polityce, czyli nienormalności. Przypomina to dyskusję w domu wariatów na temat szaleństwa psychiatrów i innych "normalnych", którzy są oczywiście bardziej zbzikowani niż oni wszyscy razem i z osobna. Tymczasem jest druga w nocy, w Cafe Bistro drzemie barmanka, przede mną wierny jak pies laptop. Radio Zet przekonuje ustami Maryli Rodowicz, że "wszyscy chcą kochać, do utraty tchu", a "zmysły postradać" chce "nawet fryzjer-gej".

Siedzę na dworcu i czekam na poranny pociąg. Przyjechałem nocnym autobusem linii 601 z objazdu Warszawy. Robię tak często, gdy chcę się czegoś dowiedzieć o mieście, w którym się właśnie znalazłem. Jest to metoda przećwiczona wielokrotnie w świecie przez Ryszarda Kapuścińskiego, który z oczywistych dla mnie powodów nie otrzymał tegorocznej Nagrody Nike. Książka Andrzeja Stasiuka - Jechać do Babadag - jest dobrze napisana, ale skalą, jakością i wartością nie sięga półki, na której stanęły Podróże z Herodotem Kapuścińskiego. To półka zarezerwowana dla najwybitniejszych dzieł współczesnej literatury, nie tylko polskiej. Potrafią to dostrzec i docenić w świecie wartości obiektywnych, czyli w świecie jak najbardziej nienormalnym. W kraju bardzo normalnym, jakim jest Polska, nie nagradza się najlepszych, bo byłoby im za dobrze. Istnieje też przekonanie, że świat i tak ich dzieło zauważy, więc po co. Poza tym w przeddzień ogłoszenia rezultatów Rzeczpospolita napisała o Kapuścińskim jako wielce prawdopodobnym kandydacie do Nobla. To musiało przelać czarę goryczy normalnych jurorów. Werdykt musiał podkreślić ich zdecydowany sprzeciw na tak niesłychane bluźnierstwo, jak perspektywa najwyższych laurów dla jednego z naszych. W naszym normalnym kraju podobne proroctwo jest przekleństwem. W krajach nienormalnych, takich jak Stany Zjednoczone czy Australia, koledzy po fachu cieszą się z sukcesów kolegi; Polska norma przewiduje zapiekłą zawiść, i to jest zdrowe, bo normalne.

Ryszardowi Kapuścińskiemu musiała też bardzo zaszkodzić ważna włoska nagroda literacka imienia Elsy Morante, przyznana mu za Podróże z Herodotem, jaką odebrał w Neapolu na kilka dni przed werdyktem jury Nike. Dwie wielkie nagrody w jednym tygodniu dla Kapuścińskiego, z perspektywą Nobla w tygodniu następnym oraz prawie pięćdziesięcioma poważnymi nagrodami w dorobku - nie, takiego nadmiaru szczęścia żadne szanujące się, normalne jury w normalnej Polsce znieść nie byłoby w stanie. Wolało nagrodzić książkę słabszą, choć nie najgorszą, ale pisarza niebijącego po oczach swoją wybitnością. Ot, co.

Za to Polska z okien pociągu wygląda zupełnie nienormalnie, bo jest imponująco piękna i zaśmiecona zarazem. Na drogach jest już jednak całkiem normalnie, czyli śmiertelnie niebezpiecznie. To, że w tej chwili piszę tę Żabkę, zawdzięczam tylko uporowi kierowcy naszego autobusu, który nie dał się zepchnąć w przepaść niedaleko Krynicy - innemu autobusowi, wyprzedzającemu nas "na trzeciego". Mniej szczęścia miały dzieci z I LO w Białymstoku. Z relacji naocznych świadków tragedii wyłania się przerażający obraz polskiej normalności: kierowca wiozący dziatwę wyprzedzał "na trzeciego" samochody osobowe, a gdy te normalnie dodawały gazu, żeby mu nie ustąpić miejsca - jest to w Polsce normą i tradycją - zamiast zwolnić, zaczął jeszcze bardziej przyspieszać, jadąc pod prąd, na przeciwległym pasie. Dzieci usłyszały tylko krzyk nauczycielki: "Zwolnij, idioto!" i potężny huk. Autobus uderzył w tira, wybuchł zbiornik z paliwem. Spłonęło 9 licealistów i trzech kierowców.

Ten felieton kończę we wtorek w Białymstoku, przez który idą dziś pogrzeby ofiar. Pogrzeby to za mało powiedziane: marsze żałobne, manifestacje przerażonych ludzi, a nad głowami tłumów unosi się niepisany transparent: "Skończyć z polską normalnością!". Tysiące ludzi ginie tu każdego roku z powodu zwykłego, czyli jak najbardziej normalnego, polskiego chamstwa i głupoty kierowców-morderców, zaciskających ręce na kierownicy niczym kat na rękojeści miecza. Wielu z nich siedzi, bynajmniej nie na żadnym dworcu. Ale znacznie więcej zasiądzie, razem ze swymi ofiarami, na Sądzie Ostatecznym. Jest to niewielkim pocieszeniem, ale posiada jakieś cechy normalności...

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail