Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Rękojeść miecza
"Siedzę na dworcu w Kansas City" - śpiewali niegdyś Skaldowie. Ja siedzę
na dworcu w Warsaw City, czekając na kolejny pociąg w Polskę. Od kilku
miesięcy podróżuję, z niewielkimi przerwami, po pięknym kraju swojej
młodości. "Polska to nudny, beznadziejny kraj" - dowodzi pani z Żoliborza,
spotkana w nocnym autobusie. Dziwię się jej irytacji: skończyła zmianę
w drukarni Newsweeka i zamiast się cieszyć, że ma pracę w amerykańskim,
choć polskim tygodniku, narzeka. W drodze z okolic Rembertowa roztacza przede
mną katastrofalną wizję "kaczorzej Polski", reklamowanej na plakatach
wyborczych Lecha Kaczyńskiego ("Prezydent IV Rzeczpospolitej"). Patrzy na
mnie jak na szaleńca, gdy mówię, że to kraj niezwykle ciekawy, pełen
kontrastów i niesprawiedliwości, aberracji i frustracji, ale jednak piękny
swoim młodzieńczym trądzikiem demokracji. Kobieta jeździła po świecie,
bywała w Chinach, Indiach i Nepalu, ma więc skalę porównawczą. "To
nie jest kraj dla normalnych ludzi, takich jak pan" - przekonuje, sięgając
po delikatny szantaż moją normalnością.
Nawet jakby chciał - nie uchodzi. W rozmowach Polaków króluje figura
stylistyczna "normalności", lub jej braku. Amerykanie gaworzą o robieniu
pieniędzy, Francuzi o polskim hydrauliku, Włosi o Polkach, a Polacy o polskiej
polityce, czyli nienormalności. Przypomina to dyskusję w domu wariatów
na temat szaleństwa psychiatrów i innych "normalnych", którzy są oczywiście
bardziej zbzikowani niż oni wszyscy razem i z osobna. Tymczasem jest druga
w nocy, w Cafe Bistro drzemie barmanka, przede mną wierny jak pies laptop.
Radio Zet przekonuje ustami Maryli Rodowicz, że "wszyscy chcą kochać,
do utraty tchu", a "zmysły postradać" chce "nawet fryzjer-gej".
Siedzę na dworcu i czekam na poranny pociąg. Przyjechałem nocnym autobusem
linii 601 z objazdu Warszawy. Robię tak często, gdy chcę się czegoś
dowiedzieć o mieście, w którym się właśnie znalazłem. Jest to
metoda przećwiczona wielokrotnie w świecie przez Ryszarda Kapuścińskiego,
który z oczywistych dla mnie powodów nie otrzymał tegorocznej Nagrody
Nike. Książka Andrzeja Stasiuka - Jechać do Babadag - jest dobrze napisana,
ale skalą, jakością i wartością nie sięga półki, na której
stanęły Podróże z Herodotem Kapuścińskiego. To półka zarezerwowana
dla najwybitniejszych dzieł współczesnej literatury, nie tylko polskiej.
Potrafią to dostrzec i docenić w świecie wartości obiektywnych, czyli
w świecie jak najbardziej nienormalnym. W kraju bardzo normalnym, jakim jest
Polska, nie nagradza się najlepszych, bo byłoby im za dobrze. Istnieje też
przekonanie, że świat i tak ich dzieło zauważy, więc po co. Poza
tym w przeddzień ogłoszenia rezultatów Rzeczpospolita napisała
o Kapuścińskim jako wielce prawdopodobnym kandydacie do Nobla. To musiało
przelać czarę goryczy normalnych jurorów. Werdykt musiał podkreślić
ich zdecydowany sprzeciw na tak niesłychane bluźnierstwo, jak perspektywa
najwyższych laurów dla jednego z naszych. W naszym normalnym kraju podobne
proroctwo jest przekleństwem. W krajach nienormalnych, takich jak Stany Zjednoczone
czy Australia, koledzy po fachu cieszą się z sukcesów kolegi; Polska norma
przewiduje zapiekłą zawiść, i to jest zdrowe, bo normalne.
Ryszardowi Kapuścińskiemu musiała też bardzo zaszkodzić ważna
włoska nagroda literacka imienia Elsy Morante, przyznana mu za Podróże
z Herodotem, jaką odebrał w Neapolu na kilka dni przed werdyktem jury Nike.
Dwie wielkie nagrody w jednym tygodniu dla Kapuścińskiego, z perspektywą
Nobla w tygodniu następnym oraz prawie pięćdziesięcioma poważnymi
nagrodami w dorobku - nie, takiego nadmiaru szczęścia żadne szanujące
się, normalne jury w normalnej Polsce znieść nie byłoby w stanie. Wolało
nagrodzić książkę słabszą, choć nie najgorszą, ale pisarza
niebijącego po oczach swoją wybitnością. Ot, co.
Za to Polska z okien pociągu wygląda zupełnie nienormalnie, bo jest imponująco
piękna i zaśmiecona zarazem. Na drogach jest już jednak całkiem normalnie,
czyli śmiertelnie niebezpiecznie. To, że w tej chwili piszę tę Żabkę,
zawdzięczam tylko uporowi kierowcy naszego autobusu, który nie dał się
zepchnąć w przepaść niedaleko Krynicy - innemu autobusowi, wyprzedzającemu
nas "na trzeciego". Mniej szczęścia miały dzieci z I LO w Białymstoku.
Z relacji naocznych świadków tragedii wyłania się przerażający
obraz polskiej normalności: kierowca wiozący dziatwę wyprzedzał "na
trzeciego" samochody osobowe, a gdy te normalnie dodawały gazu, żeby mu
nie ustąpić miejsca - jest to w Polsce normą i tradycją - zamiast zwolnić,
zaczął jeszcze bardziej przyspieszać, jadąc pod prąd, na przeciwległym
pasie. Dzieci usłyszały tylko krzyk nauczycielki: "Zwolnij, idioto!" i potężny
huk. Autobus uderzył w tira, wybuchł zbiornik z paliwem. Spłonęło
9 licealistów i trzech kierowców.
Ten felieton kończę we wtorek w Białymstoku, przez który idą dziś
pogrzeby ofiar. Pogrzeby to za mało powiedziane: marsze żałobne, manifestacje
przerażonych ludzi, a nad głowami tłumów unosi się niepisany transparent:
"Skończyć z polską normalnością!". Tysiące ludzi ginie tu każdego
roku z powodu zwykłego, czyli jak najbardziej normalnego, polskiego chamstwa
i głupoty kierowców-morderców, zaciskających ręce na kierownicy niczym
kat na rękojeści miecza. Wielu z nich siedzi, bynajmniej nie na żadnym
dworcu. Ale znacznie więcej zasiądzie, razem ze swymi ofiarami, na Sądzie
Ostatecznym. Jest to niewielkim pocieszeniem, ale posiada jakieś cechy normalności...
|
|