[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 14 października 2005


... za odchodzącym
mistrzem

Z Grzegorzem Turnauem rozmawia Bożena U. Zaremba


Przeżywamy kolejną falę fascynacji piosenkami Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego. W ciągu dwóch miesięcy pobytu w Krakowie naliczyłam przynajmniej osiem koncertów poświęconych ich piosenkom. Czy Pańska płyta "Café Sułtan" przyczyniła się do tego renesansu?

Byłbym bardzo ostrożny w formułowaniu takich przypuszczeń, dlatego że motywem, dla którego ta płyta powstała, nie była potrzeba odkurzania zapomnianej twórczości. W moim odbiorze - i myślę, że nie tylko - twórczość Przybory i Wasowskiego jest trwale wpisana i stale żywo obecna w życiu kilku już pokoleń, począwszy od tych, którzy byli świadkami narodzin Eterka i Kabaretu Starszych Panów, po pokolenie mojej córki. Ja tę płytę wydałem z żalu za odchodzącym mistrzem, za odchodzącą klasą, do której, obawiam się, nie ma powrotu. Płyta ta powstała z zachwytu i żalu jednocześnie. A jeżeli mamy mówić o zasługach w popularyzowaniu tej twórczości, to trzeba wspomnieć przede wszystkim o Magdzie Umer, która dała nowe życie piosenkom z Kabaretu Starszych Panów w swoim spektaklu Zimy żal, pod koniec lat osiemdziesiątych. Te piosenki dostały nowe, często genialne wykonania i zaistniały ponownie. Ale przecież nikt nie myśli o piosence Addio pomidory! czy Już kąpiesz się nie dla mnie, nie mając przed oczami Michnikowskiego. Klasyka kabaretu jest już absolutnie trwale związana z tamtymi wykonaniami. Ale ja nie jestem chłodnym recenzentem tego materiału. Ja mam do tego stosunek bardzo żarliwy, dla mnie to jest oczywiste, że to się zna, że się pamięta, ale mogę się oczywiście mylić.

W czasie nagrywania "Café Sułtan" miał Pan za sobą ponaddwudziestoletnią pracę twórczą na estradzie, kilkanaście płyt, pisał Pan muzykę teatralną i filmową, otrzymał wiele nagród. Mam wrażenie, że Pan dojrzewał do wydania tej płyty i przyszedł taki moment, żeby się z tym materiałem zmierzyć.

To jest bardzo trafna uwaga. Dodam, że bezpośrednim impulsem do powstania tej płyty było spotkanie z Jeremim Przyborą, umożliwione przez Tygodnik Powszechny. Przybora nie był już wtedy bardzo skory do wywiadów czy do poznawania nowych ludzi. A ja miałem zaszczyt i wielkie szczęście go wtedy poznać, "dotknąć". Przybora udzielił mi obszernego wywiadu, który przerodził się później w kilka innych spotkań, już niezwiązanych z samym materiałem dla Tygodnika. Zostałem więc na moment, i to jak się okazało, w ostatniej chwili, wpuszczony do korytarza tajemnicy tego wielkiego duetu. I to wszystko, łącznie z rychłym i niespodziewanym odejściem Przybory, spowodowało, że tę płytę robiłem, żeby sobie samemu poradzić z tym żalem po stracie, po zamknięciu tych drzwi, po tym Zmierzchu. I by móc przejść dalej. Ważne było również to, że dzięki temu spotkaniu poznałem piosenki, o których istnieniu nie wiedziałem, takie jak Śmierć ptaka, prawdopodobnie ostatnia, którą razem z Wasowskim zrobili.

To chyba jedyna w ich repertuarze piosenka niosąca w sobie taki ogromny ciężar filozoficzny.

- Właściwie eschatologiczny! To jest przy tym wszystkim taka otwarta wiara Przybory w nicość po życiu. Na pytanie: czy jest człowiekiem niewierzącym? odpowiadał: "Nie. Ja jestem człowiekiem głęboko niewierzącym".

Jest w tym tekście bojaźń...

Wielka. W każdym człowieku, nawet choćby wszystko racjonalizował, jest jakaś metafizyczna potrzeba skrawka nadziei, nawet jeżeli nie jest to umocowane w żadnym systemie religijnym. Ta "brama trwóg".

A może też nadzieja, że mimo tego, że odchodzimy z tego świata, to pozostajemy w pamięci ludzi, którzy zostają.

Na pewno. Ta piosenka powstała, kiedy Wasowski był już słabszego zdrowia, kiedy już mniej współpracowali, potem był stan wojenny, a w 1984 roku Wasowski zmarł. To też jest przejmujące w tym kontekście.

Czym kierował się Pan w doborze piosenek do tej płyty?

Gdybym pokazał pani wstępną listę, to ona nie byłaby o wiele dłuższa. Były takie żelazne pozycje jak Kawiarenka Sułtan, Kutno czy Stacyjka Zdrój, które zdarzało mi się śpiewać wcześniej na koncertach. Od początku wiedziałem, że nie chcę nagrywać piosenek kabaretowych - nie jestem aktorem, te piosenki są nagrane w mistrzowskich interpretacjach, z którymi trudno się mierzyć. Ułożyłem sobie listę piosenek, przez które widać będzie takiego faceta jak ja, a nie kreacje aktorskie. To jest bardzo prosty klucz - klucz autentyczności, poczucia, że się śpiewa o sobie. W wykonaniach Kaliny Jędrusik takich piosenek, jak Stacyjka Zdrój czy Zmierzch, pamiętamy porywający, bardzo ekspresyjny i nasycony emocją śpiew. A mnie chodziło o to, żeby się całkowicie wycofać, z przodu jest tekst, z przodu jest melodia, ja zaś jako taki porte parole. Przez takie "schowanie się" ta dyskretna nuta osobista jest paradoksalnie bardziej wydobyta. Też ciekawa historia, że w pierwszym zamierzeniu płytę kończyłem na Pejzażu bez Ciebie. Dałem tę, prawie już skończoną, wersję do przesłuchania synowi Przybory. Po wysłuchaniu płyty Konstanty, czyli Kot, był bardzo zadowolony, ale zapytał "Dlaczego nie nagrałeś Zmierzchu? Ja tak to lubię". Odpowiedziałem: "Nie wiem. Jakoś mi to do głowy nie przyszło". Miałem dosłownie tylko jeden dzień studia, więc nagrałem Zmierzch z samym fortepianem. Tak więc ta piosenka została dołączona do całości na życzenie Kota Przybory i całość tę dobrze wieńczy.

Z wkładki do płyty można by wnioskować, że praca nad nią to był mozolny proces twórczy.

Mozół? Raczej pasja, bo starałem się niczego nie uronić ani z kunsztu kompozytorskiego, ani kunsztu literackiego, czyli musiałem dotrzeć do źródeł. W przypadku Wasowskiego pomogli mi jego żona Maria i syn Grzegorz. Oboje bardzo życzliwie potraktowali mój pomysł, dostałem kserokopie nut i wgląd w archiwalne nagrania na płytach, na których sam Wasowski - w domu, przy pianinie - śpiewa te piosenki, takie demo. Muszę powiedzieć, że są to najgenialniejsze wykonania! Genialny aktor, genialny wokalista, genialny pianista. No absolutnie Leonardo da Vinci, bo przy tym przecież logik, matematyk, studiował fizykę (prądy słabe), umysł ścisły niesłychanie, fenomenalna pamięć, a przy tym precyzja i ogromna pracowitość. I on to wszystko jeszcze łączył z takim niewymuszonym niesłychanym talentem aktorsko-wokalnym.

Co dała Panu możliwość dostępu do jego partytur?

Była to lekcja klarownego zapisu fortepianowego, który był właściwie bardzo precyzyjnie, polifonicznie zorganizowaną aranżacją. Wystarczyło tylko to przenieść na odpowiednie instrumenty. Chcąc poznać te piosenki dogłębnie, a nie tylko na ucho zharmonizować je z oryginalnych nagrań, po dotarciu do tych oryginalnych partytur bardzo wiele zrozumiałem z konstrukcji już ściśle muzycznej tych piosenek, i to było dla mnie niesłychanie pouczające. Poza tym Wasowski miał wielkie zdolności plastyczne, więc to są nuty napisane misternie i kaligraficznie. Możliwość patrzenia na te nuty i odczytywanie z jego rękopisu to było niesamowite przeżycie - to tak, jakby wziąć rękopis swojego ukochanego poety i widzieć, jak własną ręką napisał te zdania, które mamy od dzieciństwa w głowie.

To trochę jak w "Amadeuszu" Salieri patrzący na rękopis Mozarta ...

Z Mozartem się zgadzam, ale z Salierim się nie zgadzam (śmiech). Bo na pewno Wasowski był Mozartem polskiej piosenki, chociaż jakbym miał się upierać, to był raczej Bachem, bo był niesłychanie precyzyjnie polifoniczny. Natomiast z Salierim się nie identyfikuję, bo ja nigdy nie próbowałem ścigać się czy zazdrościć Wasowskiemu geniuszu.

Wasowski to nie tylko Kabaret... i współpraca z Przyborą...

Oczywiście. Ale wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy. Polecam kompilację płyt kompaktowych Wasowski da się lubić, gdzie Grzegorz Wasowski zebrał wszystkie dostępne nagrania, w których autorem muzyki jest jego ojciec. Okazuje się, że to jest autor takiej ilości przebojów, od Złoty pierścionek na szczęście, poprzez Warszawa da się lubić, szereg piosenek Młynarskiego jak W Polskę idziemy, drodzy panowie czy przepiękna piosenka Ewy Bem Gram o wszystko. On napisał setki, chyba ponad tysiąc, piosenek, nie mówiąc już o muzyce do filmów dla dzieci, którą pisał z wielką radością.

Mówiąc o fenomenie piosenek Przybory i Wasowskiego na ogół przytacza Pan słowa Wisławy Szymborskiej: "Mistrzowskie połączenie piosenki lirycznej z żartobliwą. Mistrzostwo polega na tym, że nie widać szwów". A jak Pan z osobistego punktu widzenia opisałby ten fenomen?

Za wszelką cenę unikanie patosu nawet w wyrażaniu skrajnych emocji. W piosence bardzo łatwo popaść w sentymentalizm, jeżeli mówi się o zawiedzionych uczuciach czy wielkich uniesieniach. U Przybory jest to, co u wszystkich mistrzów gatunku - przełamywanie narastającego patosu szczegółem na tyle przyziemnym lub absurdalnym, że natychmiast odejmuje się z tego balonu trochę niepotrzebnego, rozdymającego go powietrza. Przecież kiedy śpiewa Michnikowski "już kąpiesz się nie dla mnie w pieszczocie pian..." - jak na to spojrzymy z punktu widzenia historii, jaką to opowiada, to jest to potworna depresja porzuconego kochanka! Ale patrzymy na to z uśmiechem, bo to jest tak napisane. Tam jest zabawa słowem, tam jest zabawa aliteracją, tam jest zabawa wewnętrznym rymem, urodą samego słowa. Nie: mam koncepcję i ją żartobliwie opiszę, tylko - mam zabawny rym i zobaczmy, jaką historię można z tego rymu zbudować. Tak też zresztą do tego odnosił się Boy-Żeleński, jeden z mistrzów Przybory. To jest jedna z metod pracy nad piosenką. I Przybora potrafił to wszystko genialnie zrobić. I trafił na partnera - cud, jaki zdarza się raz na milion na świecie - partnera, który idealnie wiedział, jak dać muzyczny odpowiednik jego świata literackiego.

Relacja między nimi też była ciekawa, bo oni, wbrew pozorom, nie utrzymywali stosunków towarzyskich...

Tak, takich dwóch samotników.

We wkładce płyty jest takie fenomenalne zdjęcie obu panów - razem, a jednak każdy w swoim świecie.

Cieszy mnie, że pani to dostrzegła. Ten fotomontaż to moje "dziecko" i taki był mój zamysł.

Czy uważa Pan, że obecne pokolenie jest w stanie docenić fenomen tych piosenek?

Na pewno inteligentna młodzież tak. Natomiast na ile zestarzał się komizm Kabaretu Starszych Panów czy innych programów, sposób podawania dowcipu przez aktora, tego nie wiem. Chociaż kiedy podczas Spotkań Zamkowych w Olsztynie Magda Umer puszczała na telebimie fragmenty z Kabaretu... i Divertimenta, to widownia się śmiała tak, jakby siedziała na filmie komediowym. Jest to na tak wysokim poziomie abstrakcyjnego, absurdalnego humoru, że się nie dewaluuje. Ale ja jestem maniakiem, więc tutaj trudno o obiektywne wnioski.

Oprócz inspiracji Przyborą, Markiem Grechutą czy Janem Kantym Pawluśkiewiczem Pana młodzieńcze fascynacje obracały się wokół muzyki anglosaskiej. Studiował Pan też przez trzy lata anglistykę. Będąc "doszłą" anglistką ciekawi mnie, dlaczego Pan zrezygnował?

Musiałem dokonać wyboru i przestać udawać studenta, bo była we mnie tak silna, narastająca pasja pisania i śpiewania piosenek, występowania. A tego nie da się robić "po godzinach".

Jakie najbliższe plany?

Bardzo chciałbym zrealizować (może w przyszłym roku) swój projekt ballady filmowej o Inowrocławiu, mieście, z którym jestem rodzinnie związany i w którym się kiedyś wychowywałem. Do jesieni ukończę pracę nad płytą 11:11, którą zacząłem równolegle z Café Sułtan. Będzie to album poświęcony zagadce czasu, w różnych (czasem ironicznych) aspektach. Gościnnie występuje na nim Anna Maria Jopek, a także Dorota Miśkiewicz. Premiera przewidziana jest na 18 listopada. Mam też w zamyśle płytę związaną z postacią Marka Grechuty, coś w rodzaju mojego "songbooku", a bezpośrednią okazją do tego będzie sześćdziesięciolecie jego urodzin. Cały czas dużo koncertujemy; ostatnio w Londynie. Są plany na występy w Chicago i w Nowym Jorku, jeszcze niesprecyzowane co do terminu. Byłem wielokrotnie w Stanach z Piwnicą pod Baranami, Nieszporami Ludźmierskimi, ale z własnymi recitalami - co trochę dziwne - jeszcze nie...

 

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail