MARIA KORNATOWSKA
43. Nowojorski Festiwal Filmowy
Czy kino się odrodzi?
Organizowany
przez Film Society of Lincoln Center pod inteligentnym kierownictwem
Richarda Peñi festiwal był wydarzeniem, moim zdaniem,
wysoce interesującym, zwłaszcza tu, w kolorowym królestwie
kina łatwego i przyjemnego. Pokazano 24 filmy długometrażowe,
fabularne i dokumentalne oraz 13 krótkich. Był to przegląd
kina trudnego, myślącego, skłaniającego do refleksji nad regułami,
które rządzą życiem zbiorowości pod różnymi szerokościami
geograficznymi i nad sytuacją jednostki w świecie skomplikowanym,
nieprzejrzystym, wymykającym się spod kontroli racjonalnej
logiki.
Okazało się nagle, że filmowcy z różnych stron globu chcą znów wyrażać idee i poglądy, szukać własnej prawdy o przeszłości, o wydarzeniach historycznych zdałoby się wymazanych ze zbiorowej pamięci lub jednoznacznie zaszufladkowanych. Wróciło nieoczekiwanie kino polityczne, rzec by można, używając niepopularnego terminu, "zaangażowane". A nawet kino wywrotowe, podważające zastane systemy i wartości. Siłą rzeczy pojawiły się też na NYFF filmy rozważające samą naturę kina. Bywa ono narzędziem analizy rzeczywistości, ale może też być narzędziem manipulacji nią. Ta ambiwalencja leży w jego naturze. Przesądza o jego charakterze.
Sposoby manipulacji to jeden z głównych tematów 43. NYFF. Manipulacji jawnej i utajonej. Ukrytej. Żyjemy w epoce dominacji mediów, dominacji elektronicznych środków komunikacji i kontroli zarazem. To zjawisko fascynujące, choć jednocześnie wzbudzające lęk. Ukazał je austriacki reżyser Michael Haneke w zrealizowanym we Francji znakomitym filmie Caché (Ukryte). W spokojne życie pewnego paryskiego małżeństwa (Juliette Binoche i Daniel Auteuil) z wolna wkrada się lęk. Niepokój coraz głębszy. Są podglądani, ktoś śledzi ich życie, zna przeszłość. Gdzie przebiega granica między rzeczywistym zagrożeniem a głosem sumienia, który, być może, się odezwał? Oto pytanie, jakie stawia prowokacyjnie film Hanekego.
Wydawało się, że nikt już nie zajmuje się historią. Wręcz nie wypada jej znać. Przeszłość momentalnie odchodzi w niepamięć. Ginie w mroku. Istnieje tylko teraźniejszość, dynamiczna, migotliwa. Ale, jak wynika z festiwalowego programu, odżywa zainteresowanie tym, co minione. W zwierciadle kina teraźniejszość wyrasta z przeszłości, jej upiory kładą się cieniem na naszą wspaniałą teraźniejszość, nie sposób pojąć, co dzieje się obecnie, bez zrozumienia tego, co działo się kiedyś. Temat ekscytujący. Winy i nadzieje przeszłości. The Sun Aleksandra Sokurowa - opowieść o cesarzu Hirohito, którego postawa w 1945 roku przesądziła o życiu milionów ludzi i losach Japonii. Film wybitny, odważny formalnie i myślowo, z niezwykłą kreacją Isseya Ogaty w roli Hirohito.
Z kolei The President's Last Bang Koreańczyka Im Sang-soo to dzieło może nie najwyższych lotów, ale interesujące jako obraz stawania się historii w naszych czasach, pełnych furii, gwałtu i absurdu. Im Sang-soo przedstawia przebieg zamachu na skorumpowanego prezydenta Parka Chung-hee w roku 1979. W rezultacie rządy objęła junta wojskowa. Jedna dyktatura zastąpiła drugą. O zmianach politycznych decyduje przede wszystkim pragnienie władzy, no i... sprzyjające zbiegi okoliczności
Paradise Now Palestyńczyka Hany Abu-Assada to sprawnie
zrealizowany film o dwóch terrorystach-samobójcach. Terroryzm
jawi się tu także jako produkt przeszłości. Biedy, kompleksów,
życia spędzanego w obozie dla uchodźców, beznadziei i absurdalnej
determinacji. Reżyser stara się być obiektywny, świadom, że
samobójcze zamachy niczego nie rozwiązują. Jego bohaterowie
przechodzą w trakcie filmu znamienną ewolucję. Dojrzewają
do myślowej samodzielności.
Jednym z najciekawszych i najodważniejszych dzieł tego ciekawego i odważnego przeglądu był oryginalny, brechtowski w zamyśle film Larsa von Triera Manderlay, druga część amerykańskiej trylogii, której część pierwszą stanowiło Dogville. Manderlay jest filmem dojrzalszym i ostrzejszym. Jego ostrze godzi zresztą nie tylko w Amerykę, w której duński reżyser nigdy dotąd nie był, lecz przede wszystkim w różnego pokroju ideologie zbawiania ludzkości. Grace, córka gangstera (tym razem nie Nicole Kidman, ale Bryce Dallas Howard) pragnie wyzwolić, uszczęśliwić i wychować do życia w świetlanej demokracji Murzynów utrzymywanych w niewolnictwie 70 lat po oficjalnym zniesieniu tegoż. Pełna wzniosłej chęci naprawy zła tego świata, Grace dowiaduje się z czasem, a może i poniewczasie, że Murzyni dobrowolnie żyli w postniewoli i sami sobie wymyślili surowy reżim i system kar. W zamian mieli zapewnione jadło i święty spokój. Wolne życie w zorientowanej na totalną rywalizację Ameryce przerastało ich możliwości i potrzeby. Rasizm, wrogość otoczenia, brutalność reguł gry obowiązujących w "wolnym" społeczeństwie wyzwala w nich lęk i agresję. Przesłanie Manderlay przekracza jednak grunt amerykański. Ma charakter uniwersalny. Dotyka problemów szalenie dziś istotnych. Niejednoznacznych.
Jak nie bez racji zauważył New York Times, kino amerykańskie zaczęło myśleć. Podczas towarzyszącej festiwalowi dyskusji "Speaking truth to the power" jedna z nestorek politycznego dziennikarstwa, Helen Thomas, wezwała ludzi mediów do budzenia uśpionej świadomości społeczeństwa. Pretekstem do podjęcia dyskusji był świetny film George'a Clooneya Good Night, and Good Luck. To wg mnie najlepszy film amerykański ostatnich lat, nawiązujący do tradycji "złotego wieku" Hollywood. Poważny, inteligentny, skoncentrowany na tym, co ważne, niekokietujący widowni i nieszantażujący jej emocjonalnie. Clooney, rzecz godna uwagi, wypowiada się za dziennikarstwem, które dąży do prawdy, walczy o określone wartości, za dziennikarstwem pełnym pasji i zaangażowania w sprawy publiczne. Dodajmy, że Edward R. Murrow, bohater filmu (David Strathairn), był postacią charyzmatyczną, o co dziś trudno. Osobowością mocno zarysowaną, silną. Good Night, and Good Luck to nie tylko film o konflikcie Murrow-senator McCarthy, lecz przede wszystkim niezwykle aktualna rozprawa o kondycji współczesnych mediów.
Krytyczny obraz współczesnego społeczeństwa amerykańskiego przebija z najnowszego dzieła Stevena Soderbergha Bubble i z niby zabawnej, choć raczej w istocie ponurej komedii Noah Baumbacha The Squid and The Whale. Bubble rozgrywa się na głębokiej, zapyziałej prowincji, wśród tzw. ludzi prostych. Mroczne instynkty budzą się tu z nudy, pustki codziennego życia, z kompleksów i frustracji. Bohaterowie są ludźmi wydrążonymi, pozbawionymi określonego kośćca, systemu wartości, a może i uczuć. Przerażająca to wizja, bliska niegdysiejszej literaturze Południa. Soderbergh jest sprawnym reżyserem komercyjnym, ale na szczęście od czasu do czasu robi dzieła ambitne, gwoli swej przyjemności, by móc wyrazić własne poglądy na życie i człowieczeństwo. Ostatnio bawi się też w producenta, ambitnego właśnie.
The Squid and The Whal erozgrywa się z kolei w środowisku nowojorskich
intelektualistów zżeranych przez snobizmy i niespełnione ambicje. Narcystycznych
do szpiku kości. Film jest do pewnego stopnia autobiograficzny. I być może fakt
ten nadaje mu specyficzny autentyzm. Trafność obserwacji psychologicznych idzie
w parze z błyskotliwymi, w dodatku tchnącymi prawdą dialogami. Baumbach poruszył
inny jeszcze problem obecny bardzo mocno w filmach festiwalowych. Dramatyczną
sytuację dzieci rzuconych w obojętny, egocentryczny i całkowicie nieodpowiedzialny
świat dorosłych. Rozwodzący się rodzice ani przez chwilę nie biorą pod uwagę
uczuć i przeżyć swoich małoletnich synów. Kundel (Piotr Jagielski) z filmu Doroty
Kędzierzawskiej Jestem (I Am) został odrzucony nawet przez rodzoną
matkę. Prawdziwy kundel. Młodociany bohater (Jeremie Renier) przejmującego i
jak zwykle znakomitego dzieła braci Dardenne L'Enfant sprzedaje świeżo
narodzonego synka, bo pieniądze cenniejsze są niż dziecko, które o ileż łatwiej
"zrobić" niż kasę. Kino bez osłonek ukazuje hipokryzję współczesnych społeczeństw
głoszących nieustającą apologię życia rodzinnego i tzw. wartości rodzinnych.
Prawda wygląda nieco inaczej. Instytucja rodziny znalazła się w głębokim kryzysie.
Z przyrodzoną czeskiej tradycji mieszaniną zrozumienia, uśmiechu i melancholii opisuje to Bohdan Slama w Szczęściu (Something Like Happiness). Ponury pejzaż małego miasteczka, szare blokowisko i grupka szkolnych przyjaciół. Czesi jak to Czesi, wciąż wierzą, że człowiek może być dobry, że potrafi się poświęcać, że powodują nim inne jeszcze niż pieniądz i potrzeba posiadania motywy. Szczęście to film wzruszający, piękny, humanistyczny - należałoby powiedzieć, używając całkiem niemodnego określenia. Nutę humanizmu i rzadkiej już wiary w człowieka odnajdziemy też w The Death of Mr. Lazarescu rumuńskiego reżysera Cristi Puiu. Tragiczna odyseja symbolicznego Łazarza (Ion Fiscuteanu), samotnego, chorego człowieka, przekraczającego kolejne kręgi piekła, czyli szpitale Bukaresztu, budzi wręcz grozę. Ale w tym piekle obojętności i totalnego znieczulenia znajduje się jedna jedyna istota z okruchem człowieczeństwa w sercu. Skromna, zahukana pielęgniarka z pogotowia, do końca nieopuszczająca tytułowego pana Lazarescu.
O humanizm i ludzkie uczucia trudno w obecnych zabieganych czasach. Neil Jordan musiał się więc cofnąć w Londyn swingujących lat 1960-70, by ukazać pozytywną, radosną postać transwestyty Patricka (Cillian Murphy). Breakfast on Pluto brzmi niemal jak utopia. Jordana nie interesuje seksualny aspekt transwestytyzmu. Transwestytyzm jest tu metaforą wolności, swobody wyboru własnej tożsamości i stylu istnienia poza ograniczeniami obowiązujących powszechnie konwencji i życiowych konieczności. Wiek XX ma na swoim koncie taki szczęśliwy krótki moment szaleńczej wolności. Prawdziwego tryumfu młodości. Kolorowe, rozmuzykowane, rozśpiewane lata 60. I ten właśnie moment, ten "krótki czas" przywołuje Jordan. Ze zrozumiałą nostalgią. I ogromnym wdziękiem. Breakfast on Pluto przypomina chwilami Wolterowskiego Kandyda. Filozoficzną przypowiastkę. Dramatyczną i optymistyczną zarazem. A może nawet pouczającą...
Richard Peña zdołał zgromadzić kilka dzieł rzeczywiście wybitnych. Warto przy okazji odnotować - ważne, jak myślę - zmiany w sposobach kształtowania filmowej materii, w sposobach narracji. Choćby brak ostatecznych rozwiązań akcji. Zawieszone zakończenia wymagające współudziału wyobraźni widza. Skłaniające go do myślowej aktywności, do podejmowania gry z tym, co na ekranie. Niedopowiedzenia - nie dowiemy się np., kto wysyłał niepokojące kasety w Caché. Możemy się jedynie domyślać, słusznie lub niesłusznie. Pasywność odbioru zostaje przełamana. Świat ekranu otwiera się na świat realny, skomplikowany, niejasny, rządzony przez przypadki, nieprzejrzysty. Zaciera się granica między tym, co się wydarzyło, a tym, co mogło się wydarzyć lub istnieje w wyobraźni którejś z postaci. Kino zdaje się powracać do swych korzeni, do owego szczególnego rodzaju nadrealności, stopu rzeczywistości i zmyślenia, jawy i snu. Powstaje, niczym Feniks z popiołów, z magmy tandety, komercji i efektów specjalnych, w jakiej utknęło ostatnimi laty.
Na tle innych wybitności najwybitniejszym wydarzeniem ostatniego NYFF był dla mnie film Patrice Chéreau Gabrielle według opowiadania Josepha Conrada, z Isabelle Huppert w roli tytułowej. Warto przypomnieć przy okazji, że według tego samego opowiadania Witold Orzechowski nakręcił przed laty Jej powrót z Beatą Tyszkiewicz w roli głównej. Film Chéreau jest fascynującą, niezwykłą historią relacji między kobietą i mężczyzną, opowieścią o tym, czym bywa małżeństwo. Obrazem ogromu namiętności i zupełnego braku kontaktu. Niczym wielka literatura sięga głęboko i dociekliwie w niedocieczoność ludzkiej duszy, w niepoznawalność człowieka, obok którego się żyje. Film Chéreau ma coś z Viscontiego i coś z Prousta. Wyrasta z literatury i muzyki (świetne kompozycje Fabrio Vacchiego). Jest niby trochę teatralny, lub może nawet operowy, a przecież bardzo filmowy. Tworzy własny świat. Przyznaję, że nie przepadałam dotąd za twórczością tego francuskiego reżysera. Tym razem jednak zrobił film wspaniały. Malarsko sfotografowany (Eric Gautier), po proustowsku opowiedziany i rewelacyjnie zagrany (w roli męża viscontiowski Pascal Greggory).
Wydarzeniem festiwalu była też projekcja arcydzieła Michelangelo Antonioniego Zawód: reporter (1975 r.). Mimo upływu lat film się nie starzeje. Jest nadal awangardowy. I politycznie wciąż, niestety, na czasie. Nakreślony przez Antonioniego - mistrzowsko, dodajmy gwoli ścisłości - obraz otaczającego nas świata wpisuje się idealnie w zestaw pokazanych na festiwalu filmów najnowszych. Jak mawiał stary, mądry książę Lampedusa: "Wszystko musi się zmienić, by nic się nie zmieniło"...
|