EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skażonej strefy
I
stało się.
Donald Franciszek Tusk
przegrał wybory prezydenckie.
Czyli mówiąc dobitnie - zwyciężyła idea Polski warcholskiej. Niepodległej
(jak długo?!), ale warcholskiej. Polacy jeszcze raz uwierzyli wyborczym obietnicom,
tym razem Prawa i Sprawiedliwości: "Dostaniecie, dostaniecie - zapewniali
Kaczyńscy podczas kampanii. - Dostaniecie wszystko, o co naród prosi; wszystkie
potrzeby zostaną zaspokojone: 3 miliony nowych mieszkań, praca dla wszystkich;
wynegocjujemy z Unią Europejską wyższe dotacje dla rolnictwa; bezrobocie
- won!". Znów naród się nabrał jak dziecko na obietnice bez pokrycia.
Silniej przemówił do nich jowialny "dobrodziej" niż polityk nowej generacji,
prawdomówny, nie obiecujący gruszek na wierzbie, próbujący nawiązać
ze społeczeństwem obywatelski dialog o możliwościach i współpracy.
Może było to dla ogółu za trudne? Choć Tusk mówił prosto i rzeczowo.
Nie dorośliśmy.
Największy żal mam do nieobecnych na wyborach. Byli za Platformą Obywatelską,
ale uznali, że obejdzie się bez ich głosów. Piękny weekend, pojechali
w góry...
Bo inteligencja - ta prawdziwa, której wcale nie muszą potwierdzać dyplomy
- była za Tuskiem. Miasta były za Tuskiem. Miasteczka poniżej pięćdziesięciu
tysięcy mieszkańców - w połowie. Wieś i Podkarpacie - za Kaczyńskim.
No i stało się. - Panie przewodniczący (partii - przyp. aut.), zadanie
zostało wykonane - zameldował jeden bliźniak drugiemu.
Braci Kaczyńskich poznałam w opozycji, a tak naprawdę, to w czasie pierwszego
wolnego Sejmu, zwanego kontraktowym. Obsługiwałam ten Sejm dla Tygodnika
Powszechnego. Pamiętam, jak ich myliłam. - Rozmawia pani z Jarosławem
- korygował "starszy" brat. Albo odwrotnie.
Pamiętam, że nim jeszcze Tadeusz Mazowiecki zaczął tworzyć rząd,
już zaczęli intrygi w - zdawało się - wspólnym obozie.
Mazowiecki tworzył rząd w bólach. Dosłownie, brał kandydatów na
ministrów z łapanki. Wzbraniali się z obawy, że nie udźwigną.
Weźmy choćby Jacka Kuronia, który z wahaniem zgodził się być
ministrem pracy i opieki społecznej. - Muszę mu pomóc - przekonywał
sam siebie. - Muszę. Skoro nikt nie chce.
No i właśnie za Kuronia zabrali się bliźniacy. Wojnę na górze
zaczęli daleko wcześniej niż Wałęsa.
Byłam przerażona: teraz mamy się kłócić?! Teraz, kiedy nie jesteśmy
jeszcze w pełni wolni?!
Komentarz Lecha Wałęsy, który na stare lata nadspodziewanie mądrzeje:
- Kaczyńscy są to ludzie walki; urodzeni zabijacy; walka jest ich żywiołem.
Sprzęgną się z każdym, byle zdobyć władzę. Pracować nie umieją.
Są ludźmi destrukcji. Walka i władza za wszelką cenę. Ludzie wiecznego
konfliktu, nie cofną się przed żadną intrygą, żeby ich było
na wierzchu.
Czyż nie jest to definicja warchołów?
Na wieść o wygranej prezydenturze Lecha Kaczyńskiego jednocześnie z
mężem sięgnęliśmy po pilota telewizyjnego, żeby program wyłączyć.
Nie mieliśmy siły oglądać orgii tryumfalizmu. Wzięłam podwójną
porcję proszków nasennych i poszłam spać...
*
A więc wszystko zostało po staremu. Nie będzie zniesiony immunitet poselski
ani nadmiar limuzyn rządowych. Administracja nie zostanie odchudzona. Nowy
prezydent zostanie w ogromnym Pałacu Namiestnikowskim (Tusk proponował skromniejszą
siedzibę dla prezydenta).
Kaczyńskich poparła Samoobrona. Myślałam, że samorzutnie - ale
skąd! Okazuje się, że od dawna PiS prowadził z kryminalistą Lepperem
tajne rozmowy. Lojalność wobec koalicjanta nie istniała. No i zrobili
go wicemarszałkiem Sejmu! Człowieka z prawem na bakier, bo pamiętam, jak
na samym początku wolności Lepper skrzyknął rolników, pobrali ogromne
pożyczki inwestycyjne, przehulali je i nie spłacili. Zrobili zajazd na
Sejm, niosąc na kijach porozrywane surowe mięso trzody chlewnej. Tak się
złożyło, że widziałam to widowisko z okien starej biblioteki sejmowej.
Lepper miał ponad sto spraw karnych. Zaciągniętych pożyczek nie spłacił,
i stał się bogaczem. Skrzyknął znów ludzi i rozbijali wagony, wysypując
importowane zboże. Stworzył partię pod nazwą Samoobrona. Stał się
wicemarszałkiem Sejmu. W pierwszym wystąpieniu zapisał się skandalicznym,
fałszywym donosem, oskarżając kilku posłów o korupcję. Potrząsał
jakimiś kartkami, które miały stanowić dowód. Został usunięty
z mównicy. W sierpniu br. stołeczny sąd okręgowy skazał go na rok
i trzy miesiące więzienia w zawieszeniu na 5 lat, 20 tys. zł grzywny,
pokrycie prawie 5 tys. zł kosztów sądowych i 50 tys. zł zadośćuczynienia
dla Andrzeja Olechowskiego za pomówienie w 2001 r. z sejmowej trybuny polityków
PO i SLD.
W obecnych wyborach PiS poparły "moherowe berety", czyli rzesza ludzka od
Radia Maryja ks. Rydzyka. Ksiądz dyrektor powiedział o Tusku: - Ładna
twarz, ale wilcze oczy. - Jak można popierać wilcze oczy? Niektórzy
księża ostrzegali ludzi z ambon bez żenady: - Głosowanie na Tuska
stanowi grzech ciężki. Kaczyńscy wystosowali list do proboszczów,
zaczynający się od słów: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus"...
I dalej, jak będą Kościół popierać. Do poprzednich wad należy
dodać faryzeuszostwo.
W tej sytuacji ludzie prawi, a przy tym mający sensowny program naprawy,
nie byli w stanie kontynuować koalicji z grupą zaprzańców. Prawdę
powiedziawszy, od początku dziwiłam się, że taka koalicja powstaje.
Dla takiego laika jak ja było jasne, że to nonsens.
Pisząc te słowa - a jest 27 października 2005 roku - oddycham z ulgą,
że Platforma Obywatelska zerwała porozumienie. "Już mówiły jaskółki,
że niedobre są spółki", a zwłaszcza z takim ugrupowaniem jak PiS.
Wałęsa powiada: - Wiedziałem, że Kaczyńscy wykolegują wszystkich,
którzy staną im na drodze.
Niech więc porządzą sami. Bez ludzi kompetentnych, bo takich mają zaledwie
garstkę. Niech zaznają smaku strajkowiczów najeżdżających Warszawę
i palących ich kukły za niedotrzymane obietnice.
Bogu dzięki Platforma nie opuszcza rąk. Już szykuje konwencję samorządową
na początek przyszłego roku. Obywatelskość wykuwa się w samorządzie.
Niech ich Opatrzność wspiera.
Wyznaję: przeżyłam szok. Miałam nadzieję, że uda mi się umrzeć
w godniej rządzonej Polsce. Teraz, jako urodzona pesymistka, powinnam posypać
głowę popiołem i powiedzieć: "Finis Poloniae". Znów tracimy szansę,
jak tyle, tyle razy. Czy naród może wyrosnąć z warcholstwa?
*
Jeden z najwybitniejszych jezuitów młodej generacji, świetnie wykształcony
(profesor habilitowany), poliglota, opuścił zakon i kapłaństwo. Ojca
Stanisława Obirka typowałam po cichu (nie tylko ja!) na generała jezuitów.
Niestety, jego otwarte spojrzenie na sytuację współczesnego katolicyzmu
sprawiło, że tracił po kolei funkcję za funkcją, aż stało
się to, co się stało.
Ostatnią kroplę przelał wywiad dla belgijskiego Le Soir. Powiedział
w nim, że Jan Paweł II miał w sobie coś z wiejskiego proboszcza.
- Nie chciałem skandalu - mówi dziennikarzom Tygodnika Powszechnego.
Czyż jest coś obraźliwego w określeniu "wiejski proboszcz"? Zwłaszcza
jeżeli się pamięta o powieści Pamiętnik wiejskiego proboszcza
Bernanosa albo o Janie Vianneyu. Wiejski proboszcz, który się troszczy o
parafię i dyscyplinuje ludzi, to - inaczej mówiąc - dobry gospodarz. Skądinąd
sam nie nadaję się do wiejskiej parafii i nie fascynowałem się formą
duszpasterzowania Jana Pawła II. Taki jest mój pogląd. Czy nie mogę
go wyrazić?
Księdza profesora Stanisława Obirka pozbawiono możliwości publikowania
w katolickich mediach i występowania w kościołach. Intelektualistę odcięto
od tego, co jest istotą jego działalności. Wystąpił z klasztoru.
Kościołem w Polsce rządzi konserwa. W episkopacie przeważają ludzie
zachowawczy; z klapkami na oczach. Nie widzą, że kopią dla siebie grób.
Owszem, mamy wielu mądrych duchownych różnych szczebli, ale są oni
w mniejszości. Czyż w episkopacie nie powinien przeważać głos
księdza arcybiskupa Józefa Życińskiego? Powinien nieść się szeroko,
daleko poza diecezję lubelską. To samo dotyczy wielu, wielu innych. Odzywają
się, nawołują, ale jakby w sposób zawoalowany. Ich głos gaśnie w
twardym drylu konserwy. Ludzie szemrzą, ale podporządkowują się. Ale
coraz częściej jest to podporządkowanie się kilku obyczajom. Chrzest,
I Komunia Święta, coraz rzadziej sakramentalne małżeństwo, wymagające
od młodych sztywnego gorsetu przygotowań, przestrzeganych jak rygor wojskowy.
Mówi się, że Polska wierzy. Wierzy, bo w niedzielne przedpołudnia
ludzie płyną na msze. Ale poza tym mało interesują się wiarą. Coraz
mniej. Bo jak? Kler skłonny do potępień, gubi poczucie Ewangelii. Jawny
sprzeciw księdza Stanisława Obirka wydaje mi się iskrą nadziei na zmianę.
Jest próbą rozkruszenia betonu. Nie na miarę rewolucji Lutra (takiej nie
trzeba), ale wystarczającej, żeby oczyścić atmosferę. Odmienić
sposób traktowania wiernych.
Księdza Obirka znam, nieraz udzielał mi gościny w kompleksie domów
Ignatianum w Krakowie przy ulicy Kopernika, którym zarządzał. Wiem, jaki
jest to człowiek. Ogromna strata dla Kościoła. Instytucja, która gubi
perły, a wywyższa miernoty, powinna się mieć na baczności.
PS. Już druga młoda lekarka (a niestety, coraz częściej muszę korzystać
z usług medycyny) mówi mi, że wie, że jestem dziennikarką, bo
uczyła się na Tygodniku Powszechnym. W czasie, gdy były uczennicami,
istotnie, dużo łamów tego pisma zapełniały moje reportaże i
wywiady. Okazuje się, że nic w naturze nie ginie.
|