[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 11 listopada 2005


GRAŻYNA DRABIK

Nowojorska kronika
(teatr)

Z przodu ogromnej sceny: samotna postać. Krąg światła wyłania ją z otaczającego mroku, oświetla promieniem naszej uwagi.

Widzimy wyraziście sylwetkę. Zwykłe czarne spodnie. Szaroniebieski podkoszulek. Stojąca postawa sugeruje opór i sprzeciw, jakby przeciwstawiała się głodnej ciemności. Plecy wyprostowane. Ręce wyciągnięte prosto wzdłuż ciała, spięte, gotowe unieść się w geście walki. Broda wysunięta nieco do przodu znamionuje upór. Głowa wznosi się dumnie do góry. Oczy, szeroko otwarte, patrzą gdzieś poza nami - poza uważnymi obserwatorami.

Za siatką-zasłoną, która przecina scenę prawie niewidzialną, lecz nieprzekraczalną granicą, majaczy druga postać. Przesuwa się parę kroków w prawo, w lewo, czasem zbliży nieco lub odejdzie jeszcze bardziej w głąb.

Tyka zegar, obojętny licznik przemijania.

Uderza samotność tego obrazu: krucha poszczególność jednego bytu wobec wszechogarniającej pustki. Bezruch. Cisza.

Pierwsze słowa, które padają ze sceny, po bardzo długiej ciszy, przychodzą jak wyzwolenie.

- Lecz masz przyjaciół.
Masz mnóstwo przyjaciół.
Cóż masz do zaoferowania swoim przyjaciołom, że są aż tak skłonni ci pomagać?
Cóż masz do zaoferowania swoim przyjaciołom, że są aż tak skłonni ci pomagać?
Cóż masz do zaoferowania?

Sens tekstu staje się coraz ciemniejszy, lecz dźwięk ludzkiego głosu niesie z sobą pociechę.

Jest to jednak pociecha niewystarczająca, by wyznaczyć pomost porozumienia. By zarzucić kotwicę życia. Obserwujemy przepaść osamotnienia. Rozpacz oddaną precyzyjnym rytmem słów. Zwycięstwo śmierci.

*

Francuska inscenizacja tekstu Sarah Kane 4:48 Psychose jest jednym z najtrudniejszych przedstawień, jakie mi było dane kiedykolwiek oglądać. Trudnym także z powodu określenia mojego doń stosunku.

Przede wszystkim podziw. Bo tyle jest tu do podziwiania.

Podziw dla Isabelle Huppert i jej nadzwyczajnego artystycznego osiągnięcia. Podziw dla ryzyka, jakiego się podjęła: dwie godziny recytacji prawie ciągłego monologu prozą, utrzymanego w posępnej tonacji.

Dla aktorskiego kunsztu, który okazuje w ramach surowo wyznaczonych ograniczeń: tekst podawany jest bez żadnego wsparcia gestem czy ruchem scenicznym, bez rynsztunku kostiumu. Huppert przez całe przedstawienie stoi nieruchomo w tym samym miejscu pośrodku sceny, w kręgu płynnego, zmieniającego się światła, w centrum naszej uwagi.

Grać - to znaczy wyraziście podać słowo. Ożywić je głosem: perfekcyjnym w wymowie i modulacji. Głosem ciepłym jak przyjazny dotyk, nawet kiedy sens słowa krzyczy czy rani. Dzięki głosowi aktorki tekst Kane pulsuje poezją. Przykuwa uwagę. Oswaja niebezpieczeństwa delikatnością melodii.

I oto ból istnienia, wszystkie smutki i wątpliwości, najtrudniejsze odczucia - wstydu, niepewności, braku zaufania, strachu, bezsensu, rozczarowania, poczucia winy, nieumiejętności - zamieniają się w rodzaj poematu-pieśni. Bolesnej, lecz pięknej pieśni, pełnej zrozumienia i przebaczającej porażkę. 4:48 Psychose w wykonaniu Isabelle Huppert staje się elegią dla tych, którzy czują się przegrani i pokonani.

*

Podziw należy się także partnerowi Huppert w tym przedsięwzięciu, francusko-angielskiemu aktorowi Gerardowi Watkinsowi. Ledwo widzialny, niewyraźnie rysujący się za zasłoną, punktuje monolog Huppert głosem w starannie wyważonej tonacji zainteresowania i całkowitej obojętności, obecności i nieobecności. Sugeruje wewnętrzny rozdźwięk raczej niż rozmówcę-partnera. Nie jest niezależnym bytem, a echem jednej czy paru różnych osób, nie wiadomo - zachowanych w pamięci, czy zaledwie wyimaginowanych.

Podziw budzi również praca reżysera Claude'a Regy'ego i jego współpracowników, odpowiedzialnych za surowy a wyrazisty kształt przedstawienia zbudowanego minimalistycznymi środkami. Wąski snop światła, trzymający aktorkę w objęciu-uwięzieniu, jest najbardziej dramatycznym tu wizualnym elementem.

Zmrok, który spowija scenę, rozjaśnia jeszcze czasem świetlna projekcja cyfr. Numery, wyliczane przez Bezimienną, pojawiają się na suficie, na ścianie, tańczą wokół nieruchomej sylwetki pośrodku sceny.

- 100 - 72 - 42 - 21 - 12 - 44
- 81 - 91 - 93...

Umysł stara się odgadnąć w nich jakąś celową regularność, dopatrzeć się znaczenia. Cyfry pojawiają się jednak w przypadkowym szyku. Powtarzają się i znikają. Kuszą możliwością sensu i wymykają złożeniu w jakikolwiek wzór.

Pozostaje tylko "4:48". Precyzyjnie określony, ulotny moment, kiedy umysł osiągnął pełną jasność widzenia. Jasność bezsensu.

- O 4:48
zasnę.

Kiedy czytam teraz ponownie tekst, pokłaniam się z podziwem przed precyzyjną konstrukcją sztuki i odwagą Sarah Kane. Jest to trudny, wewnętrzny monolog osoby, o której do końca nie będziemy wiedzieć prawie nic.

Nie znamy jej imienia. Nie wiemy, skąd pochodzi. Gdzie mieszka. Kogo kocha. Czy jest kochana. Domyślamy się, że nieobce jej są zwykłe uczucia. Słyszymy fragmenty kłótni, protesty, zaklęcia, urywki rozmów - z przyjacielem? Z byłym kochankiem? Z psychiatrą?

Musiała przecież z kimś pracować, za kimś tęsknić, czegoś pragnąć. Musiała mieć jakieś imię - otrzymane od kogoś, powtarzane przez bliskich. Dla nas jednak pozostaje anonimowa.

Nienazwane będą jej zmartwienia ani radości. Czy kiedyś poczuła smak dumy ze swoich osiągnięć? Czy boi się zastrzyków? Czy lubi szpinak? Czy woli Mozarta od Beethovena?

Nic nie wiemy. Słyszymy natomiast wszelkie możliwe odcienie rozpaczy. Egzystencjalne wątpliwości. Wyrazy rozżalenia i agresji wobec kogoś, kto - być może - stara się pomóc. Próby chłodnego rozumowania. Słyszymy bezradność logiki wobec przemijania. Gorzej, bezradność wobec wniosku, że skoro wyrok śmierci jest nam w losie człowieczym dany nieuchronnie, przypisany, nic nie ma sensu.

Otrzymujemy celną diagnozę depresji:

Symptomy: Nie je, nie śpi, nie rozmawia, nie odczuwa pociągu seksualnego, w rozpaczy pragnie umrzeć.
Diagnoza: patologiczny żal.

Jesteśmy świadkami prób szukania ratunku - medycznego? duchowego?

Przyszłam do ciebie w nadziei, że będę uzdrowiona.
Jesteś moim lekarzem, moim zbawcą, moim wszechpotężnym sędzią, moim kapłanem, moim bogiem, moim chirurgiem duszy.

Zdumiewający jest fakt, że tekst zbudowany z fragmentów rozproszonej świadomości stanowi spójną całość. Rozwija się w fascynujących kadencjach pytań i powtórzeń, przekleństw i protestów, lirycznych westchnień i krystalicznych kręgów medytacji.

W formalnym wymiarze jest to wybitne artystyczne osiągnięcie. Oto mamy sztukę maksymalnie pozbawioną dramatycznych elementów sztuki. Tekst odziera główną postać z wszelkich śladów osobowości. Zaciera granice między obiektywnym faktem i subiektywnym odczuciem. Eliminuje określenie miejsca akcji i czasu. Eliminuje akcję.

Pozostaje dramat czystego słowa. W 4:48 Kane pisze:

Choćby jedno słowo na papierze i już mamy teatr.

Gdzieś indziej określa swoje artystyczne credo:

Dużo ważniejsza od treści jest forma sztuki. Forma i treść starają się być jedną i tą samą rzeczą - forma nadaje sztuce znaczenie.

Język jest tu prawdziwym bohaterem. Zwycięski, popisuje się swoją mocą. Przysłuchujemy się przecież z uwagą recytacji przez dwie godziny. Jest sprawą drugorzędną nawet fakt, że słuchamy wersji francuskiej. Zafascynowani, podziwiamy melodię słów. Bijemy gorące brawa na końcu przedstawienia.

Lecz jest to pyrrusowe zwycięstwo. Formalny eksperyment doprowadzony do radykalnej konkluzji, która jednak nie chroni nas od tragicznego ładunku treści.

Bezimienna żegna się z życiem. Jeszcze walczy, próbuje słowami zakląć bezsens. Lecz ciągi liczb, nawet powtarzane z uporem, nie składają się w żaden wzór. Litanie żalów i porażek, nawet wyliczane rytmicznie i śpiewnie, nie zmniejszają ich obezwładniającego ciężaru.

Otóż mój protest: nie mogę - nie chcę - uciec od przypomnienia, że bijemy brawa nie tylko talentom aktorki i pisarki, lecz także krzykowi rozpaczy. Forma nadaje sztuce treści, lecz sztuka jest nie tylko o formie.

Samo słowo nie zbuduje sensu. Nie zaradzi bezradności wobec zagubienia i osamotnienia. Język zawodzi wobec depresji.

Słowa nie są muzyką.

*

Ostatnie kwestie Bezimiennej zamieniają mnie w bezradnego wspólnika decyzji samobójstwa. W świadka ostatecznej desperacji.

Nie pragnę śmierci
żaden samobójca jej nie pragnął
patrz na mnie jak znikam
patrz na mnie
znikam
patrz na mnie
patrz
to jestem ja, z którą nigdy się nie spotkałam, której twarz jest
naklejona na odwrotnej stronie mojego umysłu
proszę
rozsunąć kurtynę

W lutym 1999 r., parę tygodni po napisaniu 4:48 Psychose, znaleziono Sarah Kane martwą. Powiesiła się na sznurówkach ze swych butów, w łazience szpitala, gdzie trafiła po zażyciu nadmiernej dawki środków nasennych. Miała 28 lat i dar słowa.

Nie mogę rozsunąć kurtyny.

--------------------------------

Sarah Kane, 4:48 Psychose, w tłumaczeniu na francuski Evelyne Pieiller. Reżyseria: Claude Regy, scenografia: Daniel Jeanneteau, kostiumy: Ann Willliams, oświetlenie: Dominique Bruguiere, dźwięk: Philippe Cachia. Występują: Isabelle Huppert, Gerard Watkins. Brooklyn Academny of Music, Harvey Theater, 19-29 października.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail