CZESŁAW KARKOWSKI
Nowojorska kronika
(sztuki plastyczne)
Malarz
Anielski
Piękna wystawa w Metropolitan Museum poświęcona malarstwu
Fra Angelico, jednego z największych mistrzów włoskiego renesansu,
nie wymaga rekomendacji. Mamy niepowtarzalną okazję obejrzenia
ponad 70 obrazów (z reguły niewielkich) Malarza Anielskiego,
którego papież Jan Paweł II przyjął w 1984 r. w poczet błogosławionych
i ogłosił patronem malarzy. Jego twórczość uznano za tak wspaniałą,
że wkrótce po śmierci (w 1455 r.) zaczęto określać go przydomkiem
Pictor Angelicus. I pod tym mianem przeszedł do historii,
choć naprawdę nazywał się Guido di Pietro, a po wstąpieniu
do zakonu dominikanów przybrał imię Jan (Fra Giovanni).
Zdecydował się na życie zakonne już jako ukształtowany malarz.
Zasadniczo nie znamy jego świeckiej twórczości, Fra Angelico
jest dla nas dzisiaj właściwie wyłącznie artystą religijnym,
pobożnym mistrzem pędzla, który oddał swą sztukę w pełni na
usługi religii i Kościoła. Zasłynął jako twórca wielkich ołtarzy
składających się z wielu obrazów, starannie skomponowanych
na chwałę wiary. Największą zaś sławę przyniosły mu freski,
zwłaszcza w opactwie św. Marka we Florencji. Z oczywistych
względów nie mogą być one wystawione w Metropolitan Muzeum,
ściągnięto więc na użytek tej wystawy z ponad 50 miejsc w
Europie i Ameryce rozmaite fragmenty prac Fra Angelico; przechowywane
w muzeach, w kościołach czy przez prywatne osoby elementy
większych całości, pokawałkowanej i rozwłóczonej po różnych
krajach i kontynentach. Organizatorzy tej wspaniałej wystawy
starali się odtworzyć i unaocznić zainteresowanym pierwotny
wygląd tych większych kompozycji. Czasami oglądamy tylko oderwane
części, co widać na przykład w przypadku elementów znakomitego
Zwiastowania, gdzie anioł przynoszący nowinę i Maria znajdują
się na osobnych kawałkach drewna wyraźnie kiedyś rozpiłowanego
na części.
Pierwsze, co się rzuca w oczy zwiedzającemu tę wystawę, to kolorystyka. Obrazy Fra Angelico są niewiarygodnie barwne, a żywość kolorów po 500 latach z okładem zdumiewa. Jego niewielkie, niekiedy zgoła bardzo małe prace malowane na desce lśnią złotem, mienią się błękitem i czerwienią. Obok tych trzech wyraźnie przez artystę ulubionych barw widzimy całą gamę innych kolorów, tak że każde dzieło jest popisem zestawień barwnych. Wyraźnie widać jego przygotowanie do zawodu miniaturzysty. Fra Angelico malował dzieła, jakby tworzył maleńkie obrazki na pergaminie. Kolor to pierwsza zwracająca uwagę rzecz. Druga - starannie zaznaczona linia konturu przedstawianych kształtów, linia oddzielająca jedną plamę (plamkę) barwną od drugiej. W jego wyobraźni artystycznej nie mieściła się jeszcze koncepcja przechodzenia jednych kolorów w drugie, nakładania się ich, a nawet swoistego mieszania czy cieniowania. Trzecia wreszcie to narracyjność obrazów. Niekiedy są to historie z życia świętych (na przykład św. Mikołaja czy doskonałe sceny z życia świętych Kosmy i Damiana), a czasem - opowieść rozwija się na jednym obrazie.
Artysta malował przede wszystkim na potrzeby Kościoła i wiary, przedstawiał więc sceny z życia świętych dobrze wszystkim odbiorcom znane: św. Franciszek wzywający magów sułtana do próby ognia, aby dowieść, czyja wiara jest prawdziwa, św. Jakub uwalniający czarownika Hermogenesa z więzów nałożonych mu przez diabły, które poganin ów wypuścił na świętego, czy cudowne rozmnożenie ziarna w porcie przez św. Mikołaja, aby wspomóc głodnych. Te i inne opowieści wierni znali i rozpoznawali na obrazie, ponieważ Fra Angelico przedstawiał je zręcznie, sugestywnie, a co najważniejsze - zgodnie z ówczesną wyobraźnią i przyjętą konwencją; dziś, aby te obrazy zrozumieć, potrzebujemy wyczerpującego komentarza.
Można uznać wspaniały, stosunkowo duży jak na tę wystawę obraz Madonna z Dzieciątkiem i pięcioma aniołami za kwintesencję sztuki Fra Angelico. Maria przedstawiona jest na nim w długim niebieskim płaszczu zdobionym w gwiazdy (symbol władzy niebiańskiej), zarzuconym jednocześnie na głowę (zmodyfikowana tradycja bizantyjska), pod nim strój w królewskiej purpurze (symbol ziemskiego panowania). Z tyłu trzy kolorowe anioły podtrzymują bogatą złoto-czarną kurtynę, dwa - siedzą z przodu. Wielki złoty talerz nimbu Marii sygnalizuje jej świętość. W obrazie dominują trzy kolory (błękitny, czerwony i złoty) w połączeniu z innymi, oszczędniej użytymi.
Ostatnia część wystawy poświęcona jest twórczości pomocników i naśladowców Fra Angelico. Równie dobrych, równie interesujących. Ekspozycja czynna jest do końca stycznia przyszłego roku, mamy więc sporo czasu na wizytę w Metropolitan Museum.
Rysunki van Gogha
Jak już jesteśmy w Metropolitan Museum (wstęp coraz droższy, ostatnio 15 dolarów), nie sposób przepuścić inne wspaniałe wystawy w nim czynne. Bezsprzecznie najgłośniejsza z nich poświęcona jest rysunkom Vincenta van Gogha.
Na tej wielkiej ekspozycji zgromadzono ponad sto rysunków holenderskiego artysty, wybranych z ponad tysiąca. Znakomitych, efektownych, fascynujących. Jedyny problem polega na przedarciu się przez tłum, żeby je obejrzeć. Wystawa została wspaniale nagłośniona, dodatkowo samo nazwisko twórcy wzbudza stosowną ekscytację. Tłumy ciągłą strugą zdążają do pomieszczeń wystawowych, stają przed dziełami, podziwiają, delektują się albo po prostu w skupieniu starają się zrozumieć, co w nich takiego tkwi wielkiego - w tych w większości prostych rysunkach wykonanych czarnym atramentem i przycinanym z trzciny piórem (jak gęsim); czasem - kredkami, rzadko - farbami.
No cóż, jak zawsze. Wielkość tkwi w prostocie, w sprowadzeniu przedstawianej rzeczy do podstawowych czynników, do elementarnych pociągnięć piórkiem. Z tym, że rysunki van Gogha nie są akurat oszczędnym szkicem składającym się z paru linii, ale starannym, pracowicie wykonanym dziełem. Sumiennie i cierpliwie stawiane kreseczki tworzą w efekcie w pełni wypracowany obraz przedstawiający a to szeroką panoramę pól, a to wioskę wśród drzew, ogrody, mokradła czy portrety ludzi.
Zostawmy specjalistom roztrząsania nad wpływem (niewątpliwym) japońskiej grafiki na twórczość van Gogha oraz nad stopniem inspiracji dokonań impresjonistów i neoimpresjonistów na jego sztukę. Po obejrzeniu bogatej wystawy łatwo się zorientować, że zasadniczo rysunki van Gogha są trojakiego rodzaju. Pochodzące z holenderskiego okresu, powstałe pod wpływem prac francuskich realistów - są pesymistyczne, ponure, depresyjne. Przedstawiają wychudzone postaci chłopów i robotników, steranych, znużonych ludzi przy pracy na polu albo zmordowanych po robocie. Ich wymizerowane twarzą świadczą o ciężkim życiu, o trudzie i głodzie. Krajobrazy (znakomite) wpisują się w ów ogólny nastrój - są przygnębiające, jesienno-zimowe, ogołocone z życia, martwe. Twarze portretowanych osób - smutne, z wyrazem beznadziei.
W czasie krótkiego pobytu we francuskim Arles, najważniejszym okresie twórczości van Gogha, nastrój rysunków zmienia się. Stają się pogodniejsze, czarna tonacja znika, szkice nabierają światła, powietrza, oddechu. Artysta rysuje, co widzi - pola, wioski, drzewa, ogrody, ludzi. Sięga po trzcinę i atrament z różnych powodów. Malowanie jest dlań wewnętrznym przymusem, ale nie zawsze ma pieniądze na farby, nie zawsze silny wiatr pozwala na ustawienie sztalug z blejtramem w plenerze.
Van Gogh wzorem wszystkich malarzy, od pierwszych impresjonistów począwszy, zerwał z tradycją szkicowania jako fazy wstępnej, przygotowania do końcowego dzieła. Malował od razu, bezpośrednio kładąc farby na płótnie, starając się uchwycić przejściowe emocje, nastroje chwili, doznania mające zasadniczy wpływ na wygląd przedstawianej rzeczywistości. Z obrazów, z których był szczególnie zadowolony, robił następie czarno-białe repliki na papierze i rysunki te wysyłał bratu, aby pochwalić się osiągnięciami. A zatem grafika van Gogha nie pełni służebnej roli wobec zasadniczej twórczości ani nie jest także szukaniem nowych środków wyrazu w innej technice. Jest to ciągle to samo malarstwo, ta sama sztuka, tylko za pomocą innych środków, akurat dostępnych czy koniecznych w danej chwili.
Wreszcie trzeci, ostatni okres, znaczony ponownym pobytem w szpitalu psychiatrycznym. Rysunki tracą prostotę i spokój. Drzewa są konwulsyjnie poskręcane, krajobraz zaczyna falować, a cały świat przedstawiony wibruje i drga. Na przykład na doskonałym, kolorowym Stairs in the Garden of the Asylum drzewa ogrodu szpitalnego wręcz płoną, rozedrgany krajobraz migoce i mieni się, zatraca kontury i kształty, przemienia się w pulsującą masę zieleni i słońca.
Wystawa rysunków van Gogha będzie czynna do końca roku, ale trzeba na nią iść jak najwcześniej. Kiedy po Święcie Dziękczynienia turyści w większej liczbie zaczną przybywać do miasta, będzie w salach wystawowych jeszcze tłoczniej niż teraz.
***
W Metropolitan czynnych jest kilka atrakcyjnych wystaw, wśród nich "Prague: The Crown of Bohemia, 1347-1437". Zwiedzając tę piękną wystawę, nie sposób oprzeć się refleksji: dlaczego nie Kraków? Wymaga to inicjatyw ze strony władz polskich, skutecznej perswazji, wysiłku organizacyjnego oraz sporych pieniędzy. Kraków (na przykład) ma jednak wiele do pokazania, może zachwycić i zainteresować, a zważywszy na współczesny pęd ludzi do muzeów, na pewno obejrzałoby taką wystawę setki tysięcy Amerykanów. Zwykłych, przeciętnych mieszkańców tego kraju, którzy mają mgławicowe pojęcie o Polsce. Spóźniono się, dziś trudno powtarzać ów pomysł, ale warto się zastanowić, w jaki sposób można by przedstawić Polskę w Ameryce.
Muzea nowojorskie są skłonne do negocjacji, ale trzeba do nich przyjść z konkretną,
atrakcyjną propozycją.
|