[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 16 grudnia 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Spoty
zimowe

Nie, to nie literówka: spoty reklamowe ze sportami zimowymi mają wiele wspólnego. Jedne bez drugich żyć nie mogą, to pewne. Współcześni zawodnicy to przede wszystkim skaczące i zjeżdżające słupy ogłoszeniowe. Nawet jak pokażą Adama Małysza czy Hermanna Maiera en face, na pierwszy plan wyskakują pożerające ich głowy, szyje, ramiona, rękawice, narty - drapieżne, kolorowe, krzykliwe litery, znaczki, naklejki.

Piszę o tym, bo pochodzę z czasów "szarego śniegu", jak pisał kiedyś "Ałuś" Bachleda o swojej drodze przez mękę, czyli karierze alpejczyka z naszego obozu. Wtedy spotów nie było, reklama była dźwignią handlu, ale nie weszła jeszcze do telewizji, podobnie zresztą jak narciarstwo. Jak już pokazali jakieś zawody, to był jeden wielki zawód z powodu jakości: na ekranie padał nieustannie śnieg, choć w rzeczywistości świeciło słońce.

Piszę o Bachledzie nie bez powodu. Zawsze na progu zimy wraca do mnie stary nawyk szykowania się do sezonu, odkurzania nart, suchej zaprawy. Wracają też wspomnienia, jak to słodkie wspomnienie sprzed 25 lat, z pierwszego w Polsce strajku roku 1980. Czy chcecie tego, czy nie, górale byli przed stoczniowcami, a strajki w przełomowym roku 1980 nie zaczęły się wcale latem, a wczesną wiosną, która w górach jeszcze była zimą. Tak się złożyło, że byłem tego świadkiem, i mam na to świadka - właśnie Andrzeja Bachledę. Ta informacja niewątpliwie dokonuje rewizji w historii Polski, a przynajmniej odsłania białą - nomen omen - kartę w naszych dziejach.

Pierwszy strajk roku 1980 odbył się 10 marca w Świńskim Kotle w Tatrach. Na alpejskich mistrzostwach Polski rozgrywano właśnie slalom. Była "sakrucko" - jak mówią górale - mgła. Maciej Ciaptak-Gąsienica ominął bramkę, czego nie widział albo nie chciał widzieć sędzia, ale widzieli inni zawodnicy i dziennikarze, razem z wyżej podpisanym i Andrzejem Bachledą; wydarzyło się to kilka metrów od naszego miejsca. Ciaptak "złapał" tyczkę między narty, nie został jednak zdyskwalifikowany, a dopuszczony do drugiego przejazdu. No i wtedy się zaczęła... historia solidarności.

Na znak protestu 26 czołowych zawodników kraju zjechało ze startu i zebrało się w połowie trasy na pospolitym ruszeniu. Gardłowano w sprawie szanowania przepisów, zachęcano Ciaptaka do solidarności i fair play. Przysłuchiwał się temu uważnie Andrzej Bachleda, wyposażony tego dnia w biegówki i dresy, a przed laty w nagrodę Fair Play, przyznaną mu w Paryżu za prośbę o zdyskwalifikowanie go, jaką zgłosił po slalomie na Mistrzostwach Europy; ominął bramkę, czego sędzia nie dostrzegł.

Zawodnicy sejmikowali, a sędziowie próbowali dokończyć zawody, co się nie udało, bo strajkowicze zablokowali trasę łamistrajkowi Romanowskiemu; stracił tym samym szansę na tytuł wicemistrzowski. Nieżyjący już trener Andrzej Roj-Gąsienica, podówczas szef wyszkolenia Polskiego Związku Narciarskiego, obiecał buntownikom skreślenie z wyjazdów zagranicznych i ze startów w Pucharze Europy, który za tydzień miał zjechać do Zakopanego.

Strajk na stoku zakończył się małym stanem wojennym w polskim narciarstwie: zgodnie z obietnicą "internowano" w domach całą czołówkę - poza Maciejem Ciaptakiem-Gąsienicą. Ale i on jechał na Nosalu tak, jakby mu ktoś splątał nogi, i na doskonale mu znanym stoku nie zajął nawet miejsca w pierwszej dziesiątce. Może czuł na plecach ukłucia spojrzeń 26 oszukanych przezeń kolegów, którzy jeszcze wtedy nie wiedzieli, że przechodzą do historii jako pierwsi solidarnościowcy roku 1980, strajkujący w obronie swoich praw, wolności zgromadzeń, wolności słowa i godności. Ot, co.

Od narciarskich świństw w Świńskim Kotle minęło ćwierć wieku. Przed nami kolejna zima, a przede mną list wiernej Czytelniczki z Krosna. Pani B. pisze: "W ubiegłym roku popróbowałam jazdy na nartach. Mój strach miał wielkie oczy. Pierwszy raz na nartach, pierwszy na wyciągu, a jednak niemożliwe stało się błahostką. Pozazdrościłam wszystkim, którzy czują satysfakcję z białego szaleństwa, i nie dlatego, że spotykają się tam z pobudek czysto snobistycznych, ale tak po prostu dla dobrego samopoczucia i miłego spędzenia wolnego czasu. Tak oto zimowe niedzielne popołudnia stały się ciekawsze i bardziej zajmujące. Teraz już wiem, że jazda na nartach jest nałogiem i mnie ten nałóg dopadł. Spodobała mi się ta forma wypoczynku, bez względu na to, czy jestem w posiadaniu najnowszego sprzętu i najmodniejszego ubranka. Odkryłam w sobie pasję szusowania po śniegu. Nie chcę już byczyć się przed telewizorem albo komputerem, wolę szum wyciągu i wiatr pod czapką. Dlatego dochodzę do wniosku, że na pewne rzeczy nie jest w życiu za późno i nieprawdą jest, że w pewnym wieku nam nie wypada. Jeżeli chcemy być szczęśliwi, chcemy jeszcze coś osiągnąć, to stawmy czoło nowemu wyzwaniu. Nauczyłam się niewiele, jednak zapału i motywacji mam tyle, co Hermann Maier. Może z czasem rozwinę to, co we mnie zakwitło - gwiazda białego sportu".

"Herminatorowi" w spódnicy życzę wytrwałości. Mam tylko nadzieję, że w trakcie rozwoju swego pięknego nałogu nie da się zamienić w spot reklamowy...

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail