KS. JANUSZ BALICKI
Boże Narodzenie
2005
 |
W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta,
żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy
ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był
Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać
zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef
z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego,
zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida,
żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która
była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla
Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego
Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż
nie było dla nich miejsca w gospodzie
(Łk 2,1-7).
|
Powyższy tekst przenosi nas przeszło dwa tysiące lat wstecz, do czasu, kiedy istniało Cesarstwo Rzymskie, potężne mocarstwo kontrolujące dużą część ówczesnego świata, z władcami, których imiona zapisała historia, takimi jak Cezar August czy wielkorządca Syrii Kwiryniusz. Spisy ludności już w starożytności były ważnym środkiem informacji dla władzy na temat obywateli, potrzebnej ze względu na podatki i służbę wojskową. Organizowano je również w Cesarstwie Rzymskim, które zajmowało obszerne terytorium, chociaż z nieporównywalnie mniejszą w stosunku do dzisiejszych mocarstw liczbą obywateli. W rzymskiej prowincji Syrii, do której należała Judea, mieszkało w tym czasie ok. 4 mln ludzi. W tej liczbie były dwie szczególne osoby, Maryja i Józef, które zgodnie z rozporządzeniem władzy rzymskiej musiały udać się do miejsca swego pochodzenia, Betlejem. (Nie będziemy brać pod uwagę sporów niektórych historyków, czy to był spis w całym Cesarstwie, czy tylko spis lokalny w Syrii i Judei). Ewangelista Łukasz podaje krótką informację, że nie mogli tam znaleźć noclegu, a dla Maryi nadszedł czas porodu i byli zmuszeni zatrzymać się po prostu w stajni, gdzie przyszło na świat Dziecię Jezus. Nie jest ważne, czy nastąpiło to po, czy przed udaniem się do "lokalu" spisowego, czy Nowonarodzony został ujęty w tym spisie (nie wiemy też, czy rejestrowano już dzieci), ważne natomiast, że warunki, w których Jezus przyszedł na świat, nie licowały z ludzką godnością, a przecież to niemowlę było Synem Bożym. Ewangelista św. Jan, najbliższy uczeń Jezusa, pisze o jego narodzinach: "Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało [...]. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. [...] Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas " (J 1,1-3.10-11.14.18).
Powyższy tekst w ujęciu już rozbudowanej teologii mówi o tym, że odwiecznie istniejący Syn, druga osoba Trójcy Świętej, przybiera ludzką naturę w momencie zwiastowania Maryi i rodzi się jako dziecko w betlejemskiej szopie. Ten, który wraz z Ojcem stwarzał świat, przychodząc na ten świat musi urodzić się w stajni! Czy obchodząc pogodne święta Bożego Narodzenia w niezwykłej oprawie kolorowych bombek na choince, prezentów, różnorodnych potraw i w ciepłej rodzinnej atmosferze, stajnię przerabiając na piękne miejsce, nie "zamalowujemy" historycznej rzeczywistości, zapominając o braku wrażliwości ludzi, którzy nie przyjęli kobiety mającej rodzić dziecko? Czy w ten sposób nie uciekamy dzisiaj od owej ciemniejszej strony ludzkiej egzystencji, chociażby wynikającej z faktu, że około 1,3 mld ludzi ma na swoje dzienne utrzymanie mniej niż jedego dolara, a prawie 3 mld mają niecałe dwa dolary? Jak można radośnie przeżywać dzisiejsze święta, mając świeżo w pamięci to, co się stało w ubiegłym roku, w drugi dzień tych świąt, kiedy ogromne fale tsunami powstałe w wyniku trzęsienia ziemi na Oceanie Indyjskim zabiły w ciągu godziny prawie 300 tys. osób na wybrzeżach kilku krajów Azji, głównie Indonezji, Tajlandii i Sri Lanki? Czy nie fałszujemy ludzkiej rzeczywistości czyniąc ją w święta tak bajecznie kolorową?
Istnienie zła na świecie, które staje się boleśnie wyraziste szczególnie w zestawieniu ze świętami Bożego Narodzenia, na pewno nie jest łatwe do wytłumaczenia. Od wieków stawiane są pytania, jak pogodzić Bożą wszechmoc z kataklizmami, których jesteśmy obecnie tak często świadkami w USA? Jak pogodzić zło fizyczne spotykające człowieka zarówno w skali globalnej, jak i w wymiarze indywidualnym (wypadki, choroby, śmierć)? Jak pogodzić wszechmoc i dobroć Boga z istnieniem złych ludzi, czy to w skali świata (dyktatorzy), czy w skali jednostkowej (osoby), którzy krzywdzą ludzi wokół siebie? Czy Bóg nie ponosi za nich odpowiedzialności, skoro ich stworzył? Ktoś może powiedzieć, że Jezus przyszedł na taki świat, jaki powołał do istnienia jego Ojciec, świat, w którym ludzie żyją w ubóstwie, dzieci rodzą się w skrajnie złych warunkach, gdzie jest niesprawiedliwość i w człowieka uderzają wielorakie nieszczęścia. Nie ma więc co się użalać, że urodził się w stajni, że nie było nigdzie miejsca dla jego rodzącej Matki.
Powyższe wątpliwości dotykają znacznie szerszego wymiaru, z którym mieli problemy różni myśliciele w historii (jak np. Schopenhauer), którzy sądzili, że istniejący świat jest najgorszy z możliwych. Nazywano ich pesymistami. Różnica między optymistą a pesymistą polega na tym, że ten pierwszy dostrzega to, co jest, i cieszy się z tego, co ma, a ten drugi nie dostrzega tego, co jest, i tego, co posiada, ale to, czego mu brakuje, i to go smuci.
Jeśli chodzi o zło fizyczne, trzeba chyba postrzegać je w wymiarze procesów zachodzących w całej przyrodzie, w której utrzymanie niewyobrażalnie skomplikowanego systemu doprowadza często do wydarzeń powodujących lokalne zniszczenia. Coraz częściej jest lub może być za nie odpowiedzialny człowiek, który narusza równowagę w istniejącym świecie.
Z kolei zło moralne, niezależnie od jego skali, jest ceną, którą "płaci" Stwórca, obdarzając powołanego do istnienia człowieka wolną wolą. Zwierzę nie popełnia zła moralnego, kieruje się instynktem podporządkowanym rozwojowi swojego gatunku, człowiek natomiast, mając też ten instynkt, ostatecznie dokonuje świadomych i wolnych wyborów i tylko one podlegają osądowi moralnemu.
Jezus wprawdzie przyszedł na taki świat, jaki stworzył jego Ojciec, to jednak nie można zapomnieć, że przyjął na siebie ludzkie warunki, z wszystkimi konsekwencjami. Narodziny w stajni, a potem jego męka i śmierć krzyżowa ukazują, że w takim świecie, jaki jest, tkwi głęboki sens. Nie rozwiążemy problemu zła, ale zarówno przyjęcie przez niego ludzkiej natury, co właściwie jest treścią świąt Bożego Narodzenia, jak i konsekwencje, jakie z tego później wynikły, ukazują ludzką egzystencję w innej perspektywie. Nikt nie obiecał nam życia bez trudności i cierpień. Są one nawet z góry wpisane w naszą drogę życiową. Są ceną, jaką płacimy za nasze istnienie. Można się ich bać i myśleć o nich z przerażeniem. Nie spowoduje to jednak, że ich unikniemy. Można je natomiast próbować potraktować jako wyzwania postawione przed nami, jako przeszkody, które trzeba pokonywać.
Gdyby nie było tych trudności, nie byłoby rozwoju naszego gatunku. To tylko walce z nimi zawdzięczamy rozwój naszego mózgu oraz osiągnięcia, które przekazują od dziesiątek czy setek tysięcy lat pokolenia wcześniejsze następnym pokoleniom. Dzieje się tak dlatego, że istnieje wpisana w naszą naturę wiara w sens ludzkiej egzystencji. Wiara ta jest niezwykle potrzebna współczesnemu człowiekowi. I to właśnie święta Bożego Narodzenia mogą pomóc w jej ożywieniu. Boże Dziecię, leżące bezbronne w betlejemskim żłóbku, niesie człowiekowi przesłanie o tym, że nie jest on sam. Ojciec Niebieski, który posłał swojego Syna, aby przyjął ludzką naturę, jest także naszym Ojcem. Nie obiecuje on nam raju już na ziemi, ale daje nam, jeśli tego chcemy, moc i siłę ducha do radzenia sobie ze wszystkimi trudnościami. Wskazuje nam, że nasze ziemskie trudności są niczym w porównaniu z tym, kim jesteśmy. Oprawa świąt, jeśli oczywiście nie zaginie w niej ich treść, wyraża symbolicznie wielką radość człowieka z faktu, że "Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas", co oznacza, że Bóg przyjął ludzką naturę, wchodząc w ludzką historię i w ten sposób nadając jej najgłębszy sens. Tak zatem zdarzenie, które upamiętniają corocznie obchody świąt Bożego Narodzenia, nie jest zawieszone w próżni, jest osadzone w czymś, co jest wokół nas i w nas samych, czego często nie dostrzegamy na co dzień.
Kiedy w ubiegłym roku sonda wysłana na Marsa pokazywała nam kolorowe zdjęcia
z tej planety, były one identyczne z pustynnymi miejscami
na naszym globie. Tak właśnie kiedyś wyglądała cała nasza
planeta. W pewnym okresie jej dziejów były na niej tylko skały
i piasek. Dzisiaj ta planeta tętni życiem. Mieszka na niej
niezliczona ilość gatunków, a wśród nich człowiek, prawie
już 6,5 mld osób! Ta sama siła, która stoi za tym faktem w
skali całego globu, stoi za każdą pojedynczą osobą żyjącą
na Ziemi. Istnienie każdej jednostki ludzkiej jest wkomponowane
w ten niepojęty, żywy i trwający nieprzerwanie akt stwórczy.
Świadomość tego aktu niewątpliwie bardzo pomaga przeżyć głęboko
święta Bożego Narodzenia, ale także święta Bożego Narodzenia
mogą otworzyć człowiekowi oczy na dostrzeganie Stwórcy w tym,
co go na co dzień otacza. Czy można życzyć komukolwiek czegoś
większego z okazji obecnych świat? Czy można wymienić jakiś
jeszcze większy powód do radości i optymizmu?
------------------------------------
Na zdjeciu: Fiori da Urbino (1535-1612), Narodziny.
|